Skocz do zawartości

load6

Doświadczony
  • Zawartość

    552
  • Rejestracja

  • Ostatnio

O load6

  • Ranga
    Weekendowy entuzjasta władka
  • Urodziny 1 Styczeń

Informacje o profilu

  • Płeć
    Nie powiem

Ostatnio na profilu byli

9908 wyświetleń profilu
  1. World of tanks

    ooo który to niech się przyzna
  2. World of tanks

    Gra ktoś z Was w tą grę ? Jak tak to może jakiś pluton zagramy ?
  3. Humor - wątek główny

    http://www.youtube.com/watch?v=ROkZtilk3Ls
  4. W Polsce powstanie pierwsza legalna plantacja marihuany Wszystko wskazuje na to, że już w tym roku tysiące rodaków będą mogły zaciągać się dymem ze skrętów zupełnie legalnie - dowiedział się Newsweek.pl. I to dla dobra nauki. Chętni do wzięcia udziału w niecodziennym i długoletnim doświadczeniu, które zakłada palenie marihuany już są poszukiwani. Okazuje się, że polskie prawo pozwala na zażywanie narkotyków. Warunek? korzystanie z używek musi być elementem eksperymentu naukowego. I właśnie tę furtkę zamierza wykorzystać BioInfoBank. To jednostka naukowa, która od ponad dziesięciu lat angażuje się w innowacyjne projekty naukowe z zakresu informatyki i biotechnologii. Tym razem instytut zamierza przeprowadzić szereg badań z zakresu neuropsychologii na grupie wieloletnich palaczy marihuany. Chodzi m.in. o sprawdzenie, jak narkotyk wpływa na funkcje poznawcze, sprawność intelektualną oraz relacje społeczne. Plan zakłada, że przebadanych zostanie przynajmniej tysiąc ochotników, choć organizatorzy liczą nawet na 10 tys. królików doświadczalnych. – Chcielibyśmy, żeby byli to ludzie po trzydziestce, palący od wielu lat – mówi Jędrzej Sadowski, prawnik, jeden z inicjatorów przedsięwzięcia i doradca instytutu BioInfoBank. Sadowski dodaje, że projekt przeprowadzenia badań pozytywnie zaopiniowała już Komisja Bioetyczna działająca przy Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, a założeń inicjatywy nie kwestionują wojewódzkie inspektoraty farmaceutyczne, których stanowisko jest kluczowe w uzyskaniu pozwolenia. Ochotnicy do wzięcia udziału w przedsięwzięciu będą mogli się zgłaszać już w najbliższych tygodniach za pośrednictwem forum stworzonego na specjalnej stronie internetowej. Jednak nim poświecą swe zdrowie dla dobra nauki, każdy z nich przejdzie szczegółowe badania lekarskie. - Doświadczenia będą prowadzone w porozumieniu ze specjalistami od uzależnień, dzięki czemu projekt będzie elementem Krajowego Programu Przeciwdziałania Narkomanii – zaznacza Sadowski. Oznacza to stalą opiekę lekarską dla uczestników badania. Zostaną też objęci ochroną danych osobowych. W początkowej fazie projekt będzie finansowany przez BioInfoBank. Jednak by budżet instytutu nie poszedł z dymem, eksperyment z czasem wesprą sami uczestnicy badania, którzy będą płacić za wypalaną marihuanę. Gram ma kosztować ok. 30-35 zł., czyli podobnie jak na czarnym rynku. Konopie indyjskie mają pochodzić z zakładanych przez instytut plantacji. Pionierski ośrodek najprawdopodobniej powstanie w Warszawie. - Uprawą marihuany zajmą się ludzie, którzy mają za sobą problemy prawne z powodu hodowania narkotyku. – Niektórzy dołączą do nas niemal prosto z aresztu - mówi Sadowski. Eksperyment ma potrwać kilka lat. Toteż na jego rezultaty trzeba będzie sporo poczekać. Inicjatorzy projektu mają nadzieję, że zmienią one stosunek Polaków do marihuany. Ot, choćby w jej zastosowaniu farmakologicznym. -Kuracja z wykorzystaniem marihuany jest nieporównywalnie tańsza od konwencjonalnej – tłumaczy Andrzej Dołecki, prezes stowarzyszenia Wolne Konopie, który nie ukrywa, że inicjatywie kibicuje. Innego zdania jest Radosław Nowak, kierownik działu profilaktyki w gdańskim centrum profilaktyki i uzależnień. - Powinniśmy ratować ludzi biorących narkotyki, a nie poglębiać ich kłopoty. Traktowanie ludzi jako królików doświadczalnych jest nieetyczne - twierdzi. Wygląda jednak na to, że chętnych do wzięcia udziału w badaniu nie zabraknie. Źródło a tak na prawdę to : "Szkoda że pismak nie wspomniał tego że ta marihuana nie będzie posiadało środków psychoaktywnych czyli thc. Co za tym idzie ? palenie takiej trawki to jak zebranie trawy z pola i palenie czyli zero pożądanego efektu. Błazenada i brak istotnych informacji w artykule. Panie Krzysztof Domaradzki gratuluję rozeznania !"
  5. Humor - wątek główny

    Zwixxxxxxxowany typ
  6. NSA: inspekcja sanitarna mogła zabrać dopalacze właścicielowi sklepu Inspekcja sanitarna mogła zabrać w 2010 r. dopalacze właścicielowi jednego z wałbrzyskich sklepów oferujących takie wyroby - orzekł we wtorek (23 kwietnia) NSA. Uznał, że nie naruszyło to konstytucyjnej zasady wolności gospodarczej, bo zagrożone było zdrowie i życie ludzkie. Działanie inspekcji sanitarnej było skutkiem decyzji Głównego Inspektora Sanitarnego z 2 października 2010 r., w której nakazał on wycofanie z obrotu na terenie całego kraju dopalacza o nazwie "Tajfun" oraz wszelkich podobnych wyrobów, mogących mieć wpływ na bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia. Decyzja GIS nakazywała też zaprzestanie produkcji i sprzedaży tych wyrobów. Ze względu na bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia ludzi, decyzji głównego inspektora nadano rygor natychmiastowej wykonalności. Pracownicy inspekcji sanitarnej w Wałbrzychu przeprowadzili kontrolę w wałbrzyskim sklepie i zabrali 625 sztuk dopalaczy - były sprzedawane jako wyroby kolekcjonerskie. Zabezpieczone dopalacze przekazano do depozytu komendy miejskiej policji, a właściciel sklepu odebrał je rok później. Sprzedawca skierował sprawę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego we Wrocławiu. Twierdził, że na skutek działań inspektora sanitarnego musiał zamknąć sklep, mimo że na dopalaczach było zaznaczone, że nie są przeznaczone do spożycia. W październiku 2011 r. wrocławski sąd oddalił jego skargę. Orzekł, że pracownicy inspekcji sanitarnej mieli prawo zabrać dopalacze. WSA powołał się tu na przepisy ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji, które mówią, kiedy organy państwowe mogą stosować przymus natychmiastowy - chodzi o sytuacje, gdy zwłoka groziłaby m.in. niebezpieczeństwem dla życia lub zdrowia ludzkiego. Sąd wyjaśnił, że w takich wypadkach można egzekwować polecenia ustne, bez potrzeby wystawienia tytułu wykonawczego i doręczenia postanowienia o zastosowaniu środka egzekucyjnego. Według WSA nie miało znaczenia to, że na sprzedawanych dopalaczach był napis, iż nie są one przeznaczone do spożycia - ważne było to, że były to wyroby, które zgodnie z ostateczną decyzją głównego inspektora miały być wycofane z obrotu. Mężczyzna zaskarżył ten wyrok do Naczelnego Sądu Administracyjnego, twierdząc, że sąd I instancji naruszył m.in. gwarantowane konstytucją prawo wolności gospodarczej. We wtorek NSA oddalił jego skargę kasacyjną. Sąd uznał, że w tej sytuacji były podstawy do zastosowania przymusu natychmiastowego. Chodziło o zagrożenie zdrowia i życia ludzkiego, czyli przypadek, w którym nie ma miejsca na czekanie - wyjaśnił sędzia sprawozdawca. Sąd uznał, że podjęte środki egzekucyjne były właściwe. NSA odniósł się również do zarzutu naruszenia swobody wolności gospodarczej, zagwarantowanej w konstytucji. Wyjaśnił, że prawo to podlega "swoistemu ważeniu" i że ustawodawca dopuszcza jego ograniczenie, gdy jest to szczególnie istotne dla chronienia innych wartości, takich jak zdrowie i życie obywateli. Źródło
  7. Jak ćpał międzywojenny Śląsk, czyli opium w Amsterdamie i eter w Czyżowicach Jak się okazuje, Amsterdam nie od dziś ma w Polsce złą prasę jako siedlisko zepsucia, rozpusty i narkotycznych odlotów. Już osiem dekad temu, kiedy Jacques Brel, który miał opisać Amsterdam w najsłynniejszej chyba swojej pieśni, był niespełna pięcioletnim brzdącem, korespondent "Tajnego Detektywa", John Green, opisał opiumowe zakamarki wielkiego portu. John Green to zapewne kolejny pseudonim - żurnalisty polskiego, a może i francuskiego, jeśli artykuł jest przekładem z "Detective" wydawanego przez Gallimarda. Tak czy owak, trudno uwierzyć choćby w jedno słowo, bo wszystko tu jest jak z groszowych powieści: i tawerna, pod którą dziewczyna "tonęła formalnie w ramionach rosłego wilka morskiego", i "orientalna pstrokacizna", i tak dalej, i tak dalej, aż po słowa piosenki, wykrzykiwanej przez zdeprawowaną do cna papugę. Ale jak mawiał pan Jowialski u Fredry: - Znacie? - Znamy! - Więc słuchajcie. (większe i czytelniejsze skany tutaj) Prawda to, czy nie - w międzywojennej Europie narkotyki były bardzo popularne. Niegdyś traktowane jako specjalność Dalekiego Wschodu, stopniowo zdobywały kolejne regiony. Najpierw wypada wspomnieć to, czym narkotyzowali się jeszcze romantycy: haszysz i opium (czy to palone, czy jako laudanum), potem pojawiały się kolejne leki, które z początku - jak i laudanum - trafiały do aptek, a potem były z nich wycofywane. Po pierwsze: morfina, pochodząca z początku XIX wieku (1804) a sprzedawana od roku 1827 przez firmę Merck (wiek później Merck będzie produkował meskalinę, zażywaną przez Witkacego i oznaczaną w portretach narkotycznych jako MM) i ograniczona komercyjnie w USA w roku 1914. Następnie "nieuzależniający odpowiednik" morfiny, czyli heroina. Był to produkt firmy Bayer (tak, tej od Aspiryny TM, stworzonej w 1897, na rok przed Heroiną TM) sprzedawany w latach 1898-1910 i trwale wycofany przez Ligę Narodów w II poł. lat 20-tych, bo z czasem okazał się gorszy jeszcze od morfiny. Równolegle pojawiła się wspomniana meskalina, znana od tysiącleci w kulturach Ameryki Południowej, a w Europie wprawdzie wyizolowana (1897) i zsyntetyzowana (1919), ale niespecjalnie popularna, jeśli nie liczyć kół intelektualistów. I tak dalej, i tak dalej. Równolegle początek wieku to pierwsze wielkie międzynarodowe ustawy antynarkotykowe (1912 - Haga, 1925 - Genewa). Również polski Kodeks Karny z 1932 roku przewidywał kary: Kto bez upoważnienia udziela innej osobie trucizny odurzającej, podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu. Nic dziwnego. Euforyczne czasy po zakończeniu I wojny światowej wymagały odreagowania kilkuletniego stresu - ponadto w okopach Wielkiej Wojny tysiące żołnierzy i oficerów uzależniły się od rozmaitych substancji psychoaktywnych, więc kultura ćpania przeniosła się z linii frontu zarówno do podrzędnych tingel-tangli, jak i na ekskluzywne przyjęcia. Szok spowodowany przez Wielki Kryzys obniżył wprawdzie możliwości finansowe społeczeństwa (wspominałem o ubogich narkomanach w tekście o ćpaniu w międzywojennej Warszawie), ale pogłębił zapotrzebowanie na odlot, na oderwanie się od szarej kryzysowej rzeczywistości. Jedni wybierali alkohol, inni - narkotyki właśnie. A te trafiały do Europy głównie przez porty. W Polsce ćpano na ogół narkotyki z Niemiec - przede wszystkim z Hamburga, trafiające do nas przez popularną pośród przemytników strefę Wolnego Miasta Gdańsk. W 1929 roku szacowano, że tylko w Warszawie kokainę, morfinę, opium i eter zażywa 15 tysięcy osób. Wyjątkiem był właśnie eter (substancja stosowana do narkozy), zażywany tradycyjnie na Górnym Śląsku i przez Łemków - ten trafiał do nas nie drogą morską, a lądową. Przemycano go w specjalnych pojemnikach (tzw. "blachanach") przez zieloną granicę z Czechosłowacji i Niemiec. Eter pijali (np. z kawą lub sokiem malinowym, z wodą słodzoną miodem i korzeniami, etc.), wąchali lub wlewali do ucha górnicy i robotnicy, a także - masowo - gimnazjaliści. Podawano go nawet - z cukrem lub na smoczku - małym dzieciom, żeby prędzej zasnęły. Pewien ksiądz donosił w liście do biskupa o jakiejś kobiecinie, która mówiła z dumą o swoim dwunastoletnim synku, że potrafi wypić całą szklankę eteru. Był to, jak widać, środek odurzający klasy robotniczej (Witkacy z odrazą wyrażał się o jego zapachu): ten "element pocieszający" pojawił się na Śląsku pod koniec XIX wieku, sprowadzony przez biedaków, jeżdżących na saksy do Niemiec, i szybko zyskał popularność. Trawestując znane powiedzenie o tanim winie, tani eter był dobry, bo był dobry i tani - po roku 1918 polski monopol spirytusowy doprowadził do gwałtownego wzrostu cen alkoholu, a wódka stała się w Polsce znacznie droższa niż w krajach ościennych. W tej sytuacji eter płynął jak woda: na wsiach sprzedawano go powszechnie w tak zwanych "kapliczkach", z których każda miała swoje własne przepisy na podawanie: czy to jako "himber" (z dosmaczanym niekiedy dodatkowo sokiem malinowym), czy w inny sposób. Wierzono nawet, że ma właściwości lecznicze, ale, jak wiadomo, uzależniony we wszystko jest skłonny uwierzyć. W tych rejonach, gdzie eter (zwany "kropką" lub "anodyną") zyskiwał na popularności, zanikało niemalże uzależnienie od alkoholu, ale była to wymiana siekierki na kijek. Księża grzmieli przeciwko eteromanom z ambon, kopalnie zakazywały dopuszczania odurzonych eterem górników do pracy, a rząd polski, przerażony rozmiarami tego nałogu, rozszerzył na eter wspomniane przepisy antynarkotykowe. Badania wśród uczniów na Śląsku (Kazimierz Hrabin, 1933) wykazywały, że do czynienia z tą substancją miało, w zależności od miejsca zamieszkania, od 25 do 80% gimnazjalistów. Badania na całych populacjach (Michał Wiendlocha, 1937) wykazywały, że eteryzowało się od 30 do - w niektórych wsiach - ponad 90% społeczeństwa. Prasa alarmowała, że "dla Ślązaka szklaneczka eteru to tyleż, co kieliszek wina dla Francuza czy kufel piwa dla Niemca", zaś niektórzy lekarze dowodzili - co było już raczej produktem zbiorowej histerii - że eteromania prowadzi do "masowego wymierania dzieci", kazirodztwa, orgii, homoseksualizmu, a także do tego, że chłopcy "kopulują z kozami i innymi zwierzętami". Tak czy owak, o rozmiarze nałogu niech świadczy to, że służby celne konfiskowały rocznie od 500 do 1600 kg eteru, podczas gdy łączna waga wszystkich pozostałych skonfiskowanych narkotyków nie przekroczyła ani razu 6 kg. Starosta Rybnika szacował, że rocznie na teren starostwa trafia ok 4-5 tysięcy litrów tej substancji, a przygraniczne niemieckie fabryczki sprzedawały miesięcznie ok. 1,5 tys. litrów. Czyżowice, centrum handlu eterem, nazywano żartobliwie "Yjterowicami". W latach 30-tych rząd polski próbował stworzyć wespół z nazistowskimi Niemcami wspólny front walki z eteromanią, ale na próżno - wszystko wskazywało, że Niemcy potajemnie wręcz wspierały eksport eteru do Polski. Zresztą za chwilę pojawiły się na scenie zgoła inne fronty i front walki z eterem okazał się mniej istotny. Po wojnie zmiana sytuacji politycznej skutecznie postawiła tamę eterowi: prywatne fabryczki padły, kontrabandę ukrócono, wódka potaniała. Czy dziś pija się jeszcze eter na Śląsku albo wśród Łemków - nie mam pojęcia. Źródło
  8. Gałka muszkatołowa jako substytut marihuany W naszych kuchniach, apteczkach i garażach znajduje się wiele substancji, które użyte w nieodpowiedni sposób mogą służyć za narkotyk, czy truciznę. Mało kto jednak wie, że jednym z nich jest znana i od dawna stosowana przyprawa - gałka muszkatołowa, która już w małych dawkach ujawnia swoje narkotyczne właściwości. Zawarta w gałce muszkatołowej mirystycyna jest tanią namiastką marihuany, co ciekawe, do uzyskania narkotycznych efektów wystarczy zawartość jednej torebki (5-15 gram). Jej działanie jest podobne (jednak groźniejsze, mniej kontrolowane i bardziej długotrwałe) do zawartego w marihuanie tetrahydroksykannabinolu (THC). Zażyciu towarzyszy suchość ust i euforia, a dużych dawkach powoduje zaburzenia świadomości i percepcji, efekty wizualne, omdlenia, długotrwałą senność i zmęczenie. Efekty psychoaktywne pojawiają się po 2–7h i trwają do 24h, jednak niektóre z nich mogą się utrzymywać nawet do 72 godzin. W wyniku przedawkowania może dojść do ciężkiego delirium, a nawet zatrzymania akcji serca. Dodatkowo zawarty w gałce muszkatołowej safrol ma działanie rakotwórcze. Źródło
  9. Powaliły ich dopalacze. Nastolatkowie stracili przytomność i trafili do szpitala O tym, jak niebezpieczne mogą być dopalacze, przekonali się dwaj 17-latkowie z Bychawy. Po zażyciu specyfiku stracili przytomność. Z urazami głowy, żuchwy i ręki trafili do szpitala. O zdarzeniu, do którego doszło we wtorek, policja poinformowała dziś. – Karetka pogotowia zabrała dwóch młodych mężczyzn, którzy doznali licznych obrażeń ciała. Jeden miał złamany nos i żuchwę, a drugi doznał urazu ręki – informuje podkom. Arkadiusz Arciszewski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie. Pracownicy szpitala za powiadomili policjantów. Ci w rozmowie z 17-latkami ustalili przebieg zdarzenia. – Jak wynikało z relacji dwóch licealistów, pewnego dnia chcieli spróbować smaku marihuany – mówi Arciszewski. – O pomoc w uzyskaniu narkotyku poprosili ich wspólnego kolegę. Gdy ten "załatwił” już towar, umówił się z nimi na jednej z Bychawskich ulic. Tam podarował im substancje umieszczone w szklanych fifkach. 17-latkowie zaciągnęli się dymem. Chwilę później obaj stracili przytomności i upadli na chodnik. Ich kolega przestraszył się i uciekł. O leżących młodzieńcach szpital powiadomili przypadkowi przechodnie. Sprawca trafił w ręce policjantów następnego dnia. Jak się okazało, przekazał swoim kolegom nie narkotyk, a tzw. dopalacze. 17-latek odpowie za spowodowanie niebezpieczeństwa utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Grozi mu do 3 lat pozbawienia wolności. Źródło
  10. CBA weszło do krakowskiego sanepidu. Według informacji podanych przez RMF FM śledczy zażądali dokumentów nt. walki instytucji z dopalaczami. 13 listopada agencji CBA wkroczyli do krakowskiego sanepidu, który otrzymał 800 tysięcy złotych dotacji na walkę z dopalaczami. Rzecznik CBA powiedział, że "agenci sprawdzają czy pieniądze zostały wydane zgodnie z przeznaczeniem”. Krakowska placówka jest pierwszą na liście, które zostanie skontrolowana pod tym kątem. Akcja prowadzona jest również w związku z ponownym pojawieniem się w sprzedaży zabronionych substancji. Sprzedawcy obchodzą zakaz nałożony przez tzw. ustawę antydopalaczową, oferując towar jako nawóz do kwiatów, kadzidełka czy pochłaniacze do wilgoci. Większość nowych sklepów, w których można kupić dopalacze powstała w Wielkopolsce na Pomorzu, Dolnym Śląsku i w centralnej Polsce. W sierpniu tego roku odnotowani 19 zatruć dopalaczami, we wrześniu 22, a w październiku 30. Źródło
  11. Dziennik Bałtycki » Wiadomości » Dopalacze na Pomorzu. Namierzono pięć sklepów, zabezpieczono... Dopalacze wróciły na pomorskie ulice. W toku rozpoznania przeprowadzonego m.in. przez sanepid okazało się, że skala dopalaczowego interesu na terenie Pomorza ma większy zasięg, niż do tej pory się wydawało, a podejrzany o sprzedaż substancji sklep mieszczący się we Wrzeszczu jest tylko jednym z wielu. Dopalaczowe interesy wyrastają bowiem jak grzyby po deszczu. Jeszcze niedawno, według Wojewódzkiego Inspektoratu Inspekcji Handlowej, na Pomorzu można było mówić o istnieniu czterech punktów, podejrzanych o zajmowanie się sprzedażą dopalaczy. Już kilka dni później z sanepidu napłynęły informacje o pięciu takich sklepach. Według Anny Obuchowskiej z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, trzy z nich mieszczą się w Gdańsku, jeden w Malborku i jeden w Tczewie. Jak jednak donoszą funkcjonariusze z gdyńskiej KMP, na pięciu sklepach może się nie skończyć . Istnieje bowiem podejrzenie, że dopalacze są sprzedawane również w Gdyni. - Przyglądamy się jednemu z lokalnych sklepów, który zajmuje się sprzedażą tzw. gadżetów skejtowskich - wyjaśnia kom. Michał Rusak, rzecznik prasowy gdyńskiej KMP. - Podczas kontroli szczególną uwagę zwracamy na artykuły oznaczone jako "kolekcjonerskie", będące "imitacją" lub "nienadające się do spożycia" - wyjaśnia policjant. Jak jednak zaznacza funkcjonariusz, wciąż są to tylko podejrzenia. Zdecydowane działania natomiast podjęli już funkcjonariusze z Gdańska. Według podkom. Magdaleny Michalewskiej z KMP w Gdańsku, od końca sierpnia inspektorzy sanepidu wraz z policjantami dokonują wzmożonych kontroli trzech punktów handlowych znajdujących się w Gdańsku, podejrzanych o handel psychodelikami. - W tym zakresie policjanci ściśle współpracują z pracownikami Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej - zaznacza policjantka. Według Romana Nowaka, rzecznika prasowego wojewody, od września w całym województwie służby sanitarne zabezpieczyły 2203 opakowania podejrzanych produktów. Laboratoryjnym badaniom zostaną poddane 163 próbki. Po cyklu publikacji, które ukazały się na łamach "Dziennika Bałtyckiego", wojewoda pomorski Ryszard Stachurski zarządził mobilizację podległych mu służb. Do walki z dopalaczami zaangażowano m.in. Wojewódzki Inspektorat Inspekcji Handlowej, Urząd Kontroli Skarbowej, sanepid, a nawet Inspektorat Nadzoru Budowlanego. Namierzone punkty są również pod stałą kontrolą policji. - Każda ze służb i inspekcji ma wykorzystać wszelkie dostępne i zgodne z prawem narzędzia, aby utrudnić funkcjonowanie przedsiębiorcom - stwierdził Ryszard Stachurski w wydanym oświadczeniu. Jak się jednak okazuje, mimo że od zapowiadanych działań minął już ponad tydzień, a na ręce wojewody spływają pierwsze sprawozdania z działań służb, dopalaczowy interes kręci się nadal. Sklep podejrzany o handel substancjami psychoaktywnymi, mieszczący się we Wrzeszczu nieopodal szkoły podstawowej, oficjalnie oferujący środki zapachowe do mieszkań, oblegają tłumy. - Przed punktem z dopalaczami, który mijam w drodze do pracy, każdego dnia widzę coraz większe grupy osób - opowiada pani Katarzyna z Gdańska. - Klientami "sklepu z zapachami" są głównie młodzi ludzie, a nawet dzieci, w wieku mniej więcej 12-16 lat - dodaje zmartwiona kobieta. Obowiązujące regulacje bowiem nie zakazują prowadzenia dalszej działalności punktów, w których znaleziono podejrzane substancje. - Próbki zabezpieczonych produktów będą przesłane do laboratorium. Tam zostaną poddane badaniu, które określi ich skład - czynności takie trwają od 4 do 6 tygodni - wyjaśnia Janina Hamerska z Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Gdańsku. - W tym czasie konkretny punkt handlowy może prowadzić działalność, jednak z wyłączeniem produktów zabezpieczonych przez inspektorów oraz innych produktów, co do których zachodzi podejrzenie, że są środkami zastępczymi - dodaje. Przedsiębiorcy handlujący dopalaczami znaleźli jednak sposób na kontrolerów. Konfiskowane substancje szybko zastępowane są nowymi, o podobnym składzie, w innym opakowaniu. Mimo to jednak urzędnicy nie mają podstaw do zamknięcia sklepów. - Inspektor sanitarny zgodnie z obowiązującymi przepisami prawnymi ma prawo zamknąć obiekty jedynie na czas niezbędny do usunięcia zagrożenia, jednak nie dłużej niż na 3 miesiące - precyzuje Janina Hamerska. Faktycznie do zamknięć podejrzanych sklepów nie dochodzi wcale, ponieważ - według przepisów - inspektorzy, zabezpieczając podejrzany towar, usuwają wymagane ustawowo do podjęcia czynności zagrożenie. Ostatecznie, jak informują inspektorzy sanepidu, nawet w przypadku ustalenia, że zabezpieczone próbki są tak naprawdę substancjami psychoaktywnymi, urzędnicy nie mają możliwości stałego zamknięcia sklepu, w którym te zostały znalezione. Najpoważniejszą sankcją, jaką może zastosować sanepid wobec handlarza dopalaczami, jest bowiem kara pieniężna. - Od wyników badań zależy, czy inspektor sanitarny wyda decyzję o całkowitym wycofaniu produktów ze sprzedaży. W takim wypadku następnym krokiem jest nałożenie kary pieniężnej w wysokości od 20 tysięcy złotych do miliona złotych - wyjaśnia Janina Hamerska. Jak nieoficjalnie przyznają funkcjonariusze, przepisy prawne zmuszają ich do wyczekiwania na błąd handlarzy. Dopiero kiedy ci po raz drugi do sprzedaży wprowadzą zdelegalizowaną wcześniej substancję, konsekwencje mogą być poważniejsze. W 2010 roku z dopalaczami walczyły tysiące policjantów i setki inspektorów Dwa lata temu premier Donald Tusk zapowiedział, że wykorzysta wszystkie możliwości prawne, które umożliwią mu zamknięcie sklepów z dopalaczami i zniszczenie ich produktów. I dwa lata temu udało się dopalacze zlikwidować. W 2010 roku, po szeroko zakrojonej akcji inspektorów sanitarnych oraz policjantów, zamknięto setki sklepów które podejrzewano o handel dopalaczami. W wielkiej dopalaczowej obławie udział brało kilkuset inspektorów sanitarnych i kilka tysięcy policjantów. Kontrolą objęto prawie 1700 sklepów, działających na terenie całej Polski, co do których zachodziło podejrzenie, że prowadzą handel substancjami psychoaktywnymi. Spośród nich zamknięto niemal 800. Przeprowadzona akcja, skoordynowana przez ogólnokrajowe służby, sprawiła, że niemal z dnia na dzień z polskich ulic zniknął problem dopalaczy. Funkcjonariuszom udało się również namierzyć osoby, które prowadziły handel specyfikami przez internet. Źródło
  12. Humor - wątek główny

    Kto się ostatni śmieje . . . . . . Temu trzeba tłumaczyć żart a co do humoru to
  13. Adwokaci odpowiadają Po serii artykułów dotyczących działalności jednego ze sklepów w Gdańsku Wrzeszczu otrzymaliśmy odpowiedź od jednej z kancelarii prawniczych, reprezentujących właściciela. Dlaczego w saszetce "Świerkowe Igiełki", którą zakupiłem w sklepie P-D w Gdańsku, nie znajdują się substancje zapachowe, dlaczego jest to produkt bezwonny i co miałoby mieć na celu umieszczenie go np. na półce albo powieszenie na ścianie? Substancja zawiera substancję zapachową. Co oznacza napis "imitacja produktu" na saszetce? To znaczy, że co kupiłem? Produkt czy jego imitację? Jeśli imitację - to czego jest to imitacja? Słowo "imitacja" ma ustaloną etymologię w języku polskim. Jego znaczenie jest powszechnie znane. Na etykietce znajduje się napis: "Chronić przed dziećmi". Jeśli więc produkt jest niebezpieczny dla dzieci, to dlaczego jest im sprzedawany? W sklepie nikt nie sprawdza dowodu tożsamości, ekspedientka sprzedaje saszetki dzieciom. Produkty nie są sprzedawane dzieciom. Pańskie elukubracje stanowią obraźliwe pomówienie. Produkt, jaki zakupiłem, jest przez dzieci "nabijany" do tzw. lufki i palony, mniej więcej tak samo jak marihuana. W ten sposób dzieci odurzają się, osiągając efekt narkotyczny. Lekarze toksykolodzy w Gdańsku przyznają, że wielokrotnie mieli już do czynienia z zatruciami po takim "spożyciu" produktów ze sklepu P-D, w tym również - po spożyciu produktu oznaczonego jako "Świerkowe Igiełki", z nazwą firmy S. i adresem w Pabianicach. Czy uważa pani za etyczne sprzedawanie tego produktu dzieciom? Nie mamy pojęcia, co robią dzieci. Jeżeli istotnie nabijają jakieś produkty w tzw. fifki, to być może powinien się tym zainteresować Sąd rodzinny. Nie wiemy również, jak się używa marihuany, natomiast Pan Redaktor, jak widać, jest w tym świetnie zorientowany. Efekt odurzenia można osiągnąć za pomocą wielu różnych substancji, m.in. herbaty, klejów, farb, lakierów itd. Fakt, że ktoś używa produktu niezgodnie z przeznaczeniem, nie może obarczać sprzedawcy. Przeznaczenie produktu jest natomiast jasne. Czy Pan Redaktor zamierza zadać te same pytania sieciom hipermarketów, które również sprzedają produkty, jakich można używać w celu odurzenia się (np. herbatę czy lakiery do paznokci)? Funkcjonowaniu sklepu we Wrzeszczu i próbie wprowadzania dopalaczy na rynek w Polsce będziemy się nadal przyglądać i nadal to opisywać. Nazwa produktu zakupionego w sklepie P-D została zmieniona Dziennik Bałtycki
  14. Po "Rozmarynowym Ogrodzie" trafił do szpitala 15-latek z Elbląga trafił do szpitala po tym jak zażył dopalacze. Jak ustaliła policja, chłopak wcześniej kupił specyfik o nazwie "Rozmarynowy Ogród". Ostatni przypadek zatrucia nielegalnymi środkami elbląska policja zanotowała we wrześniu. - 15-latek trafił do szpitala wczoraj wieczorem przewieziony przez karetkę pogotowia, zaraz po tym jak rodzice zauważyli, że źle się czuje - tłumaczy Jakub Sawicki z zespołu prasowego Komendy Miejskiej Policji w Elblągu. Szklana lufka i ciemny proszek - Jak powiedział policjantom zażywał środek o nazwie "Rozmarynowy Ogród", kupiony wcześniej przez jego znajomych. Policjanci zabezpieczyli przy nim szklaną lufkę z ciemną substancją – wyjaśnia Sawicki. Jak dodaje, działania śledczych skupią się na badaniu składu chemicznego zabezpieczonej substancji. Kupiony w sklepie Jak ustalili policjanci, nastolatek kupił substancję w sklepie, którym już wcześniej interesowali się funkcjonariusze. - W Elblągu są dwa takie sklepy, policjanci cały czas je obserwują, towar jest na bieżąco poddawany analizie laboratoryjnej - mówi Sawicki. - Wstępne dane wskazują, że towar nie zawiera substancji zabronionych. Jednak młodzież często takie specyfiki, które mimo wyraźnego napisu na opakowaniu "nie do spożycia", kupuje i próbuje wprowadzić do organizmu między innymi poprzez palenie – dodaje. Problemy z oddychaniem Pod koniec września z podobnymi objawami zatrucia trafił do szpitala 23-latek z Elbląga. Jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, jednak do dziś ma problemy z prawidłowym funkcjonowaniem układu oddechowego. - Tego typu sprawy, wspólnie z policją bada również Sanepid – informuje Sawicki. Jak dodaje, w sprawie 15-latka zostaną przesłuchani znajomi chłopca, jak również sprzedawca specyfiku. Źródło: TVN24 Pomorze
  15. Gdańsk Wiadomości Wtorek, 30 października (16:39) Zabezpieczono saszetki z tajemniczym suszem. To dopalacze? Policjanci i inspektorzy sanepidu wykryli w jednym z gdańskich sklepów ok. 500 opakowań z podejrzanymi substancjami. Eksperci nie wykluczają, że mogą być to dopalacze. Odpowiedź na to pytanie poznamy jednak dopiero po szczegółowych badaniach. Czy w saszetkach znajdują się dopalacze? Odpowiedź dadzą badania /RMF W sklepie w Gdańsku-Wrzeszczu zabezpieczono głównie saszetki z tajemniczym proszkiem oraz suszem roślinnym. Mogą to być substancje psychoaktywne, zagrażające zdrowiu lub życiu. - Sanepid zabezpiecza te substancje, my udzielamy asysty w związku z informacją, że mogą tam się znajdować środki zagrażające życiu i zdrowiu. Teraz oczywiście te saszetki trafią do badań, celem stwierdzenia, czy są tam jakieś substancje zakazane ustawą - wyjaśnia w rozmowie z reporterem radia RMF FM Magdalena Michalewska, oficer prasowy gdańskiej policji. Alina Chamerska z powiatowej stacji sanitarno-epidemiologicznej w Gdańsku przyznaje, iż jest podejrzenie, że w saszetkach są tak zwane środki zastępcze, czyli dopalacze. Co ciekawe, dzisiejsza kontrola to druga akcja przeprowadzona w tym miesiącu i w tym samym sklepie. 5 października w dwóch punktach na terenie Gdańska zabezpieczono łącznie mniej więcej 400 opakowań z podobnymi, podejrzanymi substancjami. Niestety - mimo wielu podejrzeń - wciąż nie wiadomo, czym dokładnie się tam handluje. Sanepid ma bowiem aż półtora roku na zbadanie podejrzanych środków. Możliwe więc, że będzie powtarzał takie akcje do czasu uzyskania wyników. źródło RMF
×