NEWSY

Aktualności z całego świata!

Wojt
Sanepid nałożył 21 kar grzywny za handel dopalaczami, łączna suma kar to ponad 500 tysięcy złotych. Inspektorzy zabezpieczyli ponad dwa i pół tysiąca opakowań z dopalaczami, przekazano do dalszych czynności 12 produktów które zostały wysłane do badań w celu określenia zawartości substancji psychotropowych. W tym roku pierwsze kontrole nie przyniosły pracownikom sanepidu żadnego sukcesu, w wytypowanym punkcie na ulicy Mostowej nie znaleziono żadnych dopalaczy. News pierwszy na forum przesłał użytkownik Mucha.
 
Inspektorzy razem z policjantami przeprowadzili 29 kontroli. W czterech punktach w Poznaniu znaleźli prawie dwa i pół tysiąca opakowań dopalaczy. 12 produktów - sprzedawanych jako produkty kolekcjonerskie - wysłano do laboratorium, by potwierdzić obecność substancji psychotropowych.
W czterech kontrolowanych sklepach działało sześć podmiotów. Inspektorzy weszli do tych punktów, bo podejrzewali, że nielegalnie handlują dopalaczami.
Po kontroli Sanepid zakazał im prowadzenia działalności. Nałożył też 21 kar na 501 tysięcy złotych. Ukarani cały czas się odwołują.

W ubiegłym roku do szpitali trafiło 115 osób z Poznania i powiatu poznańskiego z powodu zatrucia dopalaczami.
W tym roku Sanepid przeprowadził już pierwsze kontrole. W tym tygodniu inspektorzy weszli do punktu przy ul. Mostowej w Poznaniu, ale tym razem dopalaczy nie znaleźli.
 
 
RadioMerkury.pl
 
Wojt
Oficjalnie, komuś przeszkadzał zapach unoszący się przy salonie kosmetycznym, miał to być zapach narkotyków. Pytanie jak pachną narkotyki przez zamknięte okna i drzwi, marihuana w ilości 150 gram nie wydziela aż tak mocnego zapachu, aby była ją czuć po drugiej stronie ulicy. Zapewne nie chodziło o zapach a standardowo o zwykły donos, w trakcie wkroczenia funkcjonariuszy do lokalu, odbywało się w nim porcjowanie narkotyków. Zabezpieczono 2 kilogramy amfetaminy i 150 gram marihuany. Zatrzymanym grozi do 12 lat pozbawienia wolności.
 
Policjanci z gdańskiej komendy wojewódzkiej przejęli narkotyki o czarnorynkowej wartości ponad 100 tys. złotych. Dwa kilogramy amfetaminy i marihuana zostały znalezione w jednym z salonów kosmetycznych w Trójmieście. Opinia biegłego pozwoli na przedstawienie zarzutów w tej sprawie. Za posiadanie znacznej ilości narkotyków grozi do 10 lat pozbawienia wolności, natomiast wprowadzanie do obrotu znacznej ilości środków zagrożone jest karą do 12 lat więzienia.
Funkcjonariusze z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku z wydziału zajmującego się zwalczaniem przestępczości pseudokibiców zostali poinformowani, że z jednego z salonów kosmetycznych w Trójmieście wydobywa się zapach charakterystyczny dla narkotyków. Sprawdzając tę informację policjanci weszli do środka budynku i na podłodze lokalu zobaczyli porozkładane narkotyki i przyrządy służące do ich porcjowania. Funkcjonariusze zabezpieczyli tam m.in. 2 kg amfetaminy i 150 gramów marihuany.
Zabezpieczone środki odurzające o czarnorynkowej wartości przeszło 100 tys. zł zostały przekazane biegłemu do badań.
Według informacji policjantów narkotyki te miały trafić najprawdopodobniej do osób związanych ze środowiskiem pseudokibiców jednej z drużyn piłkarskich Trójmiasta.

W związku ze sprawą zatrzymano 27-letnią mieszkankę Gdańska. Policjanci dalej zajmują się wyjaśnieniem tej sprawy.

Za posiadanie znacznej ilości narkotyków grozi kara do 10 lat pozbawienia wolności, natomiast za wprowadzanie do obrotu znacznej ilości środków odurzających 12 lat więzienia.
 
 
Policja.pl
Wojt
Polska młodzież wie, iż nie trzeba łamać prawa aby zdobyć namiastkę odurzenia, widząc, iż radzą sobie coraz lepiej a zdobywane leki w mieszankach dają odurzenie lepsze niż narkotyk w dodatku za który mogą wylądować na dołku, wybierają leki z apteki. Na nic nowe ustawy i rozporządzenia w sprawie handlu lekami, apteki wyposażają się w nowe kasy fiskalne które będę w stanie drukować paragony po pierwsze o wiele szybciej i w dodatku pozwolą rozbijać zakupy wielu sztuk na pojedyncze paragony 5-10 razy szybciej niż robiły to do tej pory. W Polsce sprzedaż leków nasennych, jest 10 krotnie wyższa niż w pozostałych 37 krajach w których przeprowadzono badania.
 
Co siódmy 15- i 16-latek miał styczność z lekami uspokajającymi nieprzepisanymi przez lekarza. Młodzież sięga też np. po leki stymulujące, które można kupić bez recepty – wskazuje socjolog Artur Malczewski.
Z raportu ESPAD opracowanego w ramach badań Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA) wynika, że polskie nastolatki zajmują pierwsze miejsce w Europie pod względem zażywania leków uspokajających i nasennych bez zalecenia lekarza – podaje Polskie Radio.
Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że tempo życia wzrasta, a Internet stał się bogatym i łatwo dostępnym źródłem informacji na temat tego, jakie substancje zażywać i jak je zdobyć.
- Tworzy nam się taki styl życia i bycia, że coraz chętniej zażywamy różnego rodzaju substancje chemiczne, żeby radzić sobie z problemami, czy wyrażać emocje. W zależności od dostępności albo mody, te substancje się zmieniają. Wcześniej były to alkohol i papierosy, później narkotyki, a od pewnego czasu leki bez recepty - przyznała terapeutka uzależnień Martyna Figurska.
Okazuje się, że blisko jedna czwarta 15-letnich dziewcząt sięga po leki uspokajające, a co dziesiąta nastolatka bierze leki przeciwbólowe w celu odurzania się - podaje dane Dziennik Gazeta Prawna.
Jeśli chodzi o zażywanie środków nasennych, średnia dla 37 krajów uwzględnionych w badaniu wyniosła 2 procent. W Polsce wynik był ponad dziesięciokrotnie wyższy.
Jednymi z powodów, dla których młodzież tak chętnie sięga po te specyfiki, są również ich dostępność i niskie ceny.
 
 
 
RynekAptek.pl
Wojt
Marihuana powoli staje się tematem zastępczym, przy którym nie wiele się robi - wręcz można wywnioskować że jest to szopka. W ciągu ostatniego roku, władza pare razy sygnalizowała iż daje zielone światło do działań pro legalizacyjnych ws medycznej marihuany, niestety jak to u bas często bywa, politycy zdążyli już kilka razy zmienić zdanie, najpierw przeciągano temat zamrażając ustawę W biurze analiz sejmowych, gdy udało się po kilku miesiącach usiąść do dyskusji, konsultacje zostały przełożone na miesiąc później. Teraz, po śmierci Kality z SLD temat wrócił i chociaż Kukiz15 chciał składać wniosek o wotum nieufności dla ministra Radziwiła, PIS stanowczo oznajmiło, że niema możliwości aby odwołać ministra.
Zdaniem BCC, dla dobra pacjentów należy prawnie uregulować kwestie medycznego wykorzystania marihuany zgodnie z postanowieniem Trybunału Konstytucyjnego.

Marihuana to nie tylko problem medyczny, społeczny, ale także prawny. W Polsce nie jest uznawana za produkt leczniczy. Czy powinna być zalegalizowana? Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 4 listopada 2014 r. (sygn. akt SK/55/13)  potwierdził co do zasady słuszność zakazu uprawy konopi i posiadania marihuany. TK wskazał jednocześnie, że nie ma przeciwwskazań do zmiany obowiązującego prawa gdy chodzi o interes pacjenta, przede wszystkim w stanach terminalnych.
Trybunał  Konstytucyjny  stwierdził  zasadność wprowadzenia takiego prawa i wydał w tym zakresie tzw. postanowienie sygnalizacyjne z 17 marca 2015 r. (sygn. akt S 3/15), w którym przedstawił Sejmowi RP celowość podjęcia działań ustawodawczych, zmierzających do uregulowania kwestii medycznego wykorzystania marihuany. TK nie przesądził o sposobie prawnego uregulowania przez ustawodawcę stosowania w medycynie marihuany. Wskazał jedynie na potrzebę unormowania tej kwestii.
Zdaniem BCC, Ministerstwo Zdrowia nie wykazuje się zbytnią aktywnością w tej sprawie. Błędne i nie do końca prawdziwe jest rozumowanie MZ, że polscy pacjenci bez większych problemów mają dostęp do marihuany stosowanej w celach medycznych w ramach tzw. importu docelowego. Niestety, procedura uzyskania zgody na import docelowy nie jest taka prosta. Konieczna jest zgoda konsultanta wojewódzkiego danej specjalności, a następnie ministra zdrowia.
Obowiązujący stan prawny uniemożliwia wprowadzenie na szeroką skalę substancji zawierających olej konopny w celach leczniczych. Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii kryminalizuje i penalizuje wszelkie posiadanie konopi, niezależnie od ich przeznaczenia. Ustawodawca położył bowiem zdecydowany nacisk na zwalczanie uzależnień prowadzących do utraty zdrowia i, w zasadzie, wykluczył możliwość medycznego wykorzystywania marihuany. Zwracał już na to uwagę Trybunał Konstytucyjny. Polska pozostaje jednym z niewielu krajów Europy, w którym ta kwestia nie jest uregulowana.
W opinii organizacji, konieczna jest regulacja prawna, dzięki której dałoby się uniknąć podobnych sytuacji jak w Centrum Zdrowia Dziecka. Przecież chodzi o dobro pacjentów cierpiących nie tylko na lekooporną padaczkę, ale także na stwardnienie rozsiane, miażdżycę, a nawet AIDS. Chodzi przede wszystkim o stosowanie marihuany leczniczej w opiece paliatywnej i jakość leczenia bólu. Dostęp do terapii przeciwbólowej powinien być jednym z istotnych kryteriów oceny przez Narodowy Fundusz Zdrowia ofert świadczeniodawców przy kontraktowaniu  usług zdrowotnych.
Reasumując:
1.     Należy prawnie uregulować kwestie medycznego wykorzystania marihuany, zgodnie z postanowieniem sygnalizacyjnym Trybunału Konstytucyjnego z 17 marca 2015 r.,
(sygn. akt S 3/15).
2.     Poważnej analizy wymaga niespójność regulacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.
3.     Za słuszne należy uznać stanowisko MZ stwierdzające, że jeśli nie ma jednoznacznych i niepodważalnych dowodów naukowych, potwierdzających skuteczność stosowania pochodnych konopi indyjskich, koniecznym jest dalsze prowadzenie badań (przy zapewnieniu należytych procedur bezpieczeństwa pacjentów), które ostatecznie ustalą kliniczną przydatność takich leków.
4.     Jeżeli badania kliniczne potwierdzają skuteczność leczenia marihuaną, konieczna jest pilna nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, która w obecnej wersji nie wyróżnia celu medycznego jej stosowania.
 
 
RynekAptek.pl
Wojt
Często dostępna w darknecie - pasta kokainowa, która często ceną nie wiele odstaje od kokainy jest tańsza lecz w gąszczu ogromnej ilości ofert a do tego przeróżnych cen. Sama w sonie pasta zawiera bardzo mało kokainy, jest to tak zwany produkt uboczny powstający przy produkcji narkotyku często zasyfiony dodatkami nie wiele mającymi wspólnego z środkiem odurzającym, częściej są to środki chemiczne, mogące nieść za sobą negatywne konsekwencje zdrowotne. Pasta jako wyrób, to nic innego jak pozostałości po produkcyjne, czyli zanieczyszczony siarczan kokainy i resztki roślinne.
 
Na światowym rynku kokainowym liczą się trzej czołowi producenci. Do ich grona zalicza się Kolumbia, Boliwia i Peru. Fakt ten nie powinien dziwić, ponieważ krasnodrzew, z liści którego wytwarza się narkotyk, pierwotnie porastał stoki Andów. Z tego też powodu wszystkie kraje Ameryki Południowej, położone wzdłuż wschodniego pasma gór, przodują w wyrobie kokainy. Narkotyk w czystej formie eksportowany jest w całości do Europy i U.S.A. Natomiast to, co pozostaje w trakcie wieloetapowego procesu produkcji, trafia na rynki lokalne. Miejscowi nazywają ten specyfik paco.
Paco to skrót od zwrotu „pasta de cocaina”, co w języku hiszpańskim oznacza dosłownie pastę kokainową. Jest to używka o konsystencji papki, zawierająca śladowe ilości narkotyku bazowego oraz wiele substancji trujących. Pasta składa się z odpadów powstających w poszczególnych etapach produkcji „białego proszku”. Analizy chemiczne, przeprowadzone przez ONZ, nie określiły jednoznacznie ani czynników bazowych, ani konkretnego składu tego środka odurzającego. Problem wynika głównie z różnorodności sposobów ekstrahowania kokainy i jej derywatów z liści koki. Jedynym, powtarzalnym składnikiem aktywnym jest zawsze sam narkotyk. Aby zrozumieć dlaczego tak trudno określić co zawiera w sobie paco, należy przyjrzeć się każdemu z etapów produkcji. Zanim kokaina osiągnie bowiem swoją finalną formę, poddawana jest kilku reakcjom chemicznym.


W celu wyekstrahowania narkotyku liście koki poddaje się procesowi macerowania, czyli zmiękczania. Dolewa się do nich wodę i rozpuszczalnik, na przykład w postaci nafty czy benzyny. Z mikstury tworzy się gęsty, ciemnozielony płyn, który należy dokładnie oddzielić od odpadów. Do przefiltrowanej cieczy dodaje się następnie stężony kwas siarkowy, który powoduje odseparowanie się alkaloidu. Powstaje substancja o konsystencji papki, w kolorze szarym lub brązowym. Jest to siarczan kokainy, zawierający jeszcze wiele zanieczyszczeń, które należy usunąć. W tym celu dodaje się kolejno: kwas siarkowy, nadmanganian potasu i amoniak. Otrzymuje się skrystalizowany produkt zwany bazą (freebase). Aby dokończyć proces produkcji, należy rozpuścić siarczan kokainy w acetonie lub eterze, a następnie połączyć otrzymany roztwór z kwasem solnym i alkoholem. Po paru dniach wytrąca się osad w formie kryształków chlorowodorku kokainy, będącego najpopularniejszą i najczystszą odmianą narkotyku. Związek ten można przetwarzać jeszcze w zasadę kokainową, stosując sodę oczyszczoną lub amoniak. W ten sposób otrzymuje się równie popularny crack. Proces produkcji narkotyku jest długi, skomplikowany i wymaga zastosowana wielu substancji chemicznych. Z tego powodu farmerzy często sprzedają półprodukty w postaci pasty lub bazy, przetwarzając kokainę tylko do pewnego stopnia. Choć narkotyk w finalnej postaci zalicza się do najdroższych, farmerzy za jednego sprzedanego na ulicy grama proszku, otrzymują około 5 centów.

Podsumowując, paco jest mieszaniną zanieczyszczonego siarczanu kokainy i resztek roślinnych, występującą w formie pasty. Z chemicznego punktu widzenia ma ona postać zasadową. Oznacza to, że nie jest substancją rozpuszczalną w wodzie. Nie można jej więc wypić, ani wstrzyknąć, gdyż w tej formie nie przyniosłaby upragnionego odurzenia. Z tego powodu paco zażywa się w formie inhalacji. Pastę zmieszaną z tytoniem można palić w formie skręta lub bezpośrednio z fajki. W tym celu umieszcza się ją na kawałku metalu, po czym podgrzewa i wdycha opary przez słomkę. Aby narkotyk się nie przypalił i nie przykleił do metalowych ścianek, pastę uprzednio pokrywa się popiołem lub wełną stalową. Jako narzędzie do palenia służą fajki domowej produkcji, zrobione z łatwo dostępnych przedmiotów. Zwolennicy paco używają wszystkiego, co znajdzie się pod ręką: puszek po napojach, inhalatorów dla astmatyków, folii aluminiowej, rurek prysznicowych czy anten telewizyjnych.

 
Dlaczego używka cieszy się aż tak ogromną popularnością w Ameryce Łacińskiej? Być może dlatego, że pasta kokainowa oddziałuje na organizm ludzki błyskawicznie. Po trzydziestu sekundach od pierwszego zaciągnięcia skutkuje szybkim i intensywnym odurzeniem. Powoduje wzrost ciśnienia, co palący odczuwa jako ciepło rozchodzące się po całym ciele. Osoba zażywająca popada w euforię, przestaje odczuwać smutki i żale. Każdy kto zapali paco czuje się Bogiem, ale niestety zaledwie przez pięć minut. High opuszcza niemal natychmiast, pozostawiając nieprzyjemne odczucie przygnębienia i apatii. Nagły spadek nastroju jest nie do zniesienia. Aby pozbyć się tego stanu, palacze próbują od razu zdobyć następną dawkę. Koszty są niewielkie, ponieważ jeden mach, zwany tam „petardą”, to równowartość polskiej złotówki. Niestety przeciętny użytkownik wypala od dwudziestu do pięćdziesięciu skrętów dziennie, co znacznie tę kwotę zwiększa.

Skupionych na wiecznym poszukiwaniu kolejnej działki uzależnionych, nazywa się w Ameryce Południowej muertos vivientes, czyli żywe trupy. Dzieje się tak dlatego, że używka blokuje poczucie głodu, a chemia w niej zawarta wysusza ciało od środka. Uzależnieni są wychudzeni, bladzi i pozbawieni życia. Paqueros, bo tak również określa się zwolenników paco, często po prostu nie jedzą, nie piją i nie śpią. Podczas gdy większość środków odurzających wywołuje długoterminowe efekty, ten powoduje zmiany niemal natychmiast. Narkotyk jest silnie toksyczny dla organizmu, gdyż składa się głównie z rozpuszczalników i innych trujących związków chemicznych, a czystej kokainy zawiera jedynie namiastkę. Paco wyniszcza kompletnie organizm ludzki, w terminie sześciu miesięcy od rozpoczęcia zażywania. Wyrządza szkody porównywalne do palenia osiemdziesięciu papierosów dziennie przez dwadzieścia lat. Największe spustoszenie sieje tam, gdzie nie widać. Dym wdychany podczas inhalacji, błyskawicznie niszczy błonę śluzową płuc. Amatorzy kryształków charczą, plują, mają problemy z oddychaniem. Zdarza się również, że wymiotują krwią. Związki chemiczne zawarte w narkotyku atakują serce, wątrobę i inne organy wewnętrzne. Uzależnieni cierpią na nadciśnienie, arytmię, przedwczesne zawały, żółtaczkę i rozedmę. Paco uśmierca również najważniejszy ludzki organ – mózg. Niestety te zmiany są nieodwracalne, gdyż używka trwale uszkadza neurony. Zwolennicy narkotyku przechodzą różne stadia emocjonalne, od nadpobudliwości i wzmożonej agresji, po całkowite otępienie. U wielu z nich rozwija się także psychoza. Wszystko zależy od tego z jaką intensywnością przyjmują kolejne dawki. Z powodu braku witamin i złego odżywiania, osoby uzależnione posiadają liczne rany na ciele, a ich wargi są popękane. Nie odczuwają zmęczenia, głodu ani bólu, są obojętni.

Pasta znana jest we wszystkich częściach Ameryki Południowej, lecz w każdym kraju pod inną nazwą. W Argentynie jest to paco, w Kolumbii basuco, a w Ekwadorze – baserolo. Peru zna je pod postacią kete, a Boliwia jako pitillo. Chilijska ludność wymyśliła najwięcej określeń i odmian. Wyróżniamy między innymi: angustia, co oznacza cierpienie i cocaina de los pobres, czyli kokaina ludzi biednych. Palo rosa to pasta mieszana z heroiną lub opium, mono połączone jest z tytoniem i wreszcie marciano to używka z domieszką marihuany.

Narkotyk obecny jest na terenie całego kontynentu, ale zdecydowanie najwięcej jest go w Argentynie. W kraju tym odnotowuje się bowiem największy odsetek osób uzależnionych. W samej tylko stolicy – Buenos Aires jest ich od 300 do 700 tysięcy. Eksperci oceniają, że w niektórych dzielnicach nędzy, zwanych villas miserias, nawet pięćdziesiąt procent młodych ludzi pali pastę. Co ciekawe, po narkotyk sięgają również reprezentanci klasy średniej i wyższej. Paco używają wszyscy, niezależnie od wieku czy płci. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych użycie pasty kokainowej w roku 2007 wzrosło w samej tylko Argentynie o 200 procent.

Zanim jednak paco dotarło do Argentyny i Urugwaju, znane było już od przeszło dwudziestu lat w Kolumbii, Peru i Boliwii. Pojawienie się narkotyku w nowych krajach było powiązane z transformacją produkcji, rozprowadzania i handlowania chlorowodorkiem kokainy. W roku 1988 Ameryka Łacińska przeszła istotne zmiany, kiedy to ONZ ogłosiło konwencję o zwalczaniu nielegalnego obrotu środkami odurzającymi. W jej następstwie państwa gdzie hoduje się liście koki, zaczęły ograniczać dostęp do substancji chemicznych, niezbędnych do wytworzenia kokainy. Kartele szybko doszły do wniosku, że bezpieczniej będzie przemycać same rośliny, a narkotyk produkować tam, gdzie łatwiej można dostać niezbędne składniki. Spowodowało to, że kraje produkujące kokainę przeniosły finalną fazę produkcji do Argentyny, a później Urugwaju. Panują tam nie tylko lepsze warunki do chemicznego przetwarzania, ale również dla eksportu, zarówno drogą morską jak i powietrzną. Pasta transportowana jest z obu krajów za pomocą tak zwanych „mułów”. Są to osoby, którym płaci się za przemycanie kapsułek wypełnionych proszkiem. Jednorazowo przewożą ich od 60 do 100, jeśli są połykane, gdy mocuje się je do ciała, można ukryć naraz nawet 300. Wynagrodzenie dla muła wynosi pomiędzy 15 a 80 tysięcy peso, co jest równowartością od 400 do 800 dolarów amerykańskich.

Argentyna służy jako główny kanał przerzutowy dla kokainy. Radary wykrywające samoloty pokrywają zaledwie dziesięć procent państwowej powierzchni. Granica z Boliwią jest wyjątkowo nieszczelna, więc w północnej części kraju znajduje się wiele nielegalnych lądowisk. Startują z nich samoloty przemycające narkotyk w stronę wybrzeża, skąd trafia do Afryki Zachodniej w kontenerowcach. Następnie towar przerzucany jest do Hiszpanii i stamtąd dalej rozprowadzany do reszty Europy. Za zaistniałą sytuację na granicy argetyńsko-boliwskiej obwinia się prezydenta Boliwii – Evo Moralesa. Jest on liderem ruchu hodowców koki, zwanych Cocaleros. Polityka przywódcy pobłażliwie podchodzi do uprawy i produkcji kokainy. Morales jest bowiem jednym z pierwszych farmerów uprawiających narkotyk. Zachęca on wręcz swój kraj do produkcji, w celu naturalnej konsumpcji. Popiera to argumentem, że żucie liści koki jest w ich kraju tradycją od setek lat. Pod rządami tego prezydenta handlarze narkotyków praktycznie nie mają żadnego problemu, by przetransportować liście za granicę.
Argentyńczycy, jako najbardziej uzależniony naród, za zaistniałą sytuację obwiniają kryzys z 2001 roku. Według nich, pasta wciąż byłaby tylko bezużytecznym odpadem, gdyby nie załamanie ekonomiczne kraju, które było przyczyną bankructwa. Spowodowało to znaczny wzrost bezrobocia i biedy. Rząd zamroził wypłaty pensji i emerytur. Z bankomatów nie można było wyciągać pieniędzy. Wiele rodzin z dnia na dzień straciło oszczędności życia. W Argentynie nastała bieda, która jest pierwszym i głównym powodem rozprzestrzeniana się plagi paco. Dochodzi do tego brak zainteresowań, edukacji i przede wszystkim możliwości tamtejszej ludności.

Rozwiązanie problemu paco niestety nie będzie proste. Kokaina jest bowiem obecna w Ameryce Południowej od wieków i jest częścią tamtejszej kultury. W końcu to właśnie Indianie peruwiańscy odkryli jako pierwsi cudowne właściwości psychoaktywne zawarte w liściach. Krasnodrzew porastał tereny Andów na długo zanim odkryliśmy jego działanie. Uprawa tej rośliny nie jest i pewnie nie będzie zakazana na kontynencie. Hiszpanie już w XVI wieku, pierwszy raz próbowali znieść hodowlę i spożycie koki. Nałożone restrykcje oczywiście nie były i nie są respektowane i do dnia dzisiejszego. Żaden przepis nie był w stanie tego zmienić. Dopóki tradycja uprawy będzie kultywowana, kokaina nie zniknie z rynku. A jeśli proces przetwarzania będzie wciąż miał miejsce, nie ubędzie również szkodliwych odpadów w formie paco.
Artykuł z #40 numeru Gazety Konopnej SPLIFF
 
 
 
SPLIFF.pl
Wojt
Kolejny dzień i kolejna plantacja właśnie zjechała w doniczkach właśnie do magazynu rzeczy zatrzymanych. Dorośli panowie z Warszawy zorganizowali na Śląsku plantacje, umieszczając tym samym swojego człowieka aby doglądał i pilnował roślin. Policjanci w trakcie śledztwa mieli natrafić na grupę osób która zajmowała się zakładaniem plantacji i rozprowadzaniem marihuany na terenie Mazowsza. W trackie czynności i prowadzonych przeszukań nieruchomości, funkcjonariusze zabezpieczyli na Śląsku 184 rośliny w różnym stadium rozwoju. Dalsze czynności w Warszawie, zabezpieczono gotówkę w kwocie 44 tysiące i pół kilograma suszu gotowego do sprzedaży, dodatkowo zabezpieczono wagę i woreczki strunowe.
Dzięki skuteczności stołecznych policjantów wydziału do walki z przestępczością narkotykową znaczna ilość marihuany nie trafi na rynek. Do zatrzymania czterech mężczyzn zajmujących się narkotykowym procederem doszło na terenie Warszawy oraz Śląska. W powiecie bielskim funkcjonariusze zlikwidowali nielegalną plantację. Uprawa działała z pozoru na zwyczajnej posesji. Za te przestępstwa grozi kara co najmniej 3 lat więzienia
Kolejny raz szeroko zakrojona praca operacyjna stołecznych policjantów wydziału do walki z przestępczością narkotykową przyniosła efekty. W trakcie wykonywanych czynności służbowych pozyskali informację o nielegalnej uprawie konopi na terenie województwa śląskiego. Kryminalni ustalili, że mieszkańcy Warszawy wynajęli dom na terenie powiatu bielskiego, gdzie prawdopodobnie miała znajdować się plantacja marihuany. Z informacji kryminalnych wynikało, że narkotyki miały trafić na warszawski rynek.

Stołeczni policjanci w związku z uzyskaną informacją przeprowadzili szereg czynności operacyjnych. Między innymi ustalili miejsca pobytu Daniela K. lat 26,  Marka G.  lat 28, oraz Jakuba P. lat 31 trudniących się przestępczym procederem. Podczas kontroli ich mieszkań na terenie Pragi Południe  ujawnili: wagę elektroniczną, prawie pół kilograma suszu roślinnego, torebkę strunową z zawartością zbrylonej substancji koloru brązowego oraz telefony komórkowe. Zabezpieczone zostały również pieniądze o łącznej kwocie ponad 44 tysiące zł.

W tym samym czasie stołeczni policjanci dokonali kontroli domu jednorodzinnego na terenie Śląska. Z ich informacji wynikało, że przebywa tam mężczyzna, który "opiekuje się" nielegalną plantacją. Na miejscu zatrzymali 28-letniego Łukasza K. Podczas przeszukania znaleźli i zabezpieczyli 184 krzaki konopi oraz urządzenia służące do ich uprawy.
http://www.policja.pl/dokumenty/zalaczniki/1/1-226658.jpg
Po zebraniu materiału dowodowego w tej sprawie wszyscy mężczyźni zostali doprowadzeni do prokuratury na terenie Pragi Południe, gdzie  usłyszeli zarzuty.

Odpowiedzą oni między innymi za posiadanie narkotyków oraz przetwarzanie znacznych ilości środków odurzających i uprawę konopi. Za te przestępstwa grozi kara co najmniej 3 lat więzienia.
 
 
Policja.pl
Wojt
Dzielny i pomysłowy ogrodnik nie patrzy na przeszkody, on realizuje swój cel i wszystko szło idealnie aż do wczoraj. Niestety kryjówka którą wymyślił 22-letni mężczyzna jest godna podziwu, włożył w to strasznie dużo czasu i wysiłku. Zaplanował każdy szczegół, doprowadził prąd, zrobił cyrkulacje powietrza. Projekt zrealizował w sposób godny aby go nagrodzić brawami, niestety funkcjonariusze policji nie byli tak pogodni i dobroduszni i nie bili braw. Mieszkanie Rudnej koło Lublina został zatrzymany i grozić mu teraz będzie do 10 lat pozbawienia wolności.
 
22-latek z Rudnej koło Lubina stwierdził, że hodowla marihuany w ziemiance to dobry pomysł na biznes. Susz składował na strychu. Na trop młodego farmera wpadła jednak policja. Teraz grozi mu nawet 10 lat więzienia.
Policjanci nad tą sprawą pracowali od dłuższego czasu. Z informacji, jakie zebrali, jasno wynikało, że 22-latek z Rudnej może uprawiać konopie indyjskie. Swoje przypuszczenia potwierdzili na miejscu.




Okazało się, że mężczyzna do hodowli marihuany wykopał nawet specjalną ziemiankę ukrytą w zagajniku. Zabezpieczono w niej sześć krzewów konopi indyjskich. Ponadto w domu 22-latka policjanci znaleźli gotowy susz ukryty na strychu, z którego można by przygotować 500 rynkowych porcji narkotyku.



 

Za posiadanie znacznej ilości narkotyków 22-lakowi może grozić kara do 10 lat więzienia. Policja ustala również, czy mężczyzna zajmował się tylko hodowlą, czy także rozprowadzaniem marihuany.
 
 
 
CannabisNews.pl
Wojt
Dzisiaj zajrzymy za kulisy darknetu, jeden z zagranicznych dziennikarzy, spotkał się ze sprzedającym marihuane i hasz. Sam wątek ilości sprzedawanych przez "Patrona" narkotyków w dalekiej nieznanej części świata internetu, jest bardzo interesujący. Fakt, iż sprzedający wozi w swoim samochodzie skrzynkę zagłuszająca prace telefonii GSM, widać że chodzi o grube pieniądze. Jeden fakt nie pokrywa się z prawdą, mianowicie wkładanie nowych kart sim do starego telefonu jest ogromnym błędem, gdyż operator zbiera numer IMIE telefonu, przez co nową kartę powiąże ze starym numerem, przez co zmiana sim nie przynosi żadnego pożytku.
 
„Deep web umożliwia zakup narkotyków w bezpieczny, pozbawiony ryzyka sposób. Ludzie nie muszą szukać dilerów w ciemnych zaułkach. Dzięki nam mogą dostać towar prosto do domu" – mówi jeden z potentatów głębokiej sieci

W dolinie pomiędzy marokańskimi górami stał duży budynek z cegły. Prowadziła do niego polna droga, którą właśnie jechaliśmy. Zapadła już noc i przez okno samochodu mogłem zauważyć przytłumione światło sączące się przez pozbawione szyb okna. Towarzyszył mi mężczyzna przedstawiający się jako Patron, czyli „szef" po hiszpańsku. Dotarcie na miejsce zajęło nam pięć godzin: kręte drogi biegły skrajem urwisk, a w dodatku były usiane posterunkami żandarmerii, przez co ciągle musieliśmy się zatrzymywać. Wszyscy funkcjonariusze, którzy do nas podchodzili, z szerokim uśmiechem podawali Patronowi rękę.
 
Mężczyzna roześmiał się: „Każdy policjant, stąd aż po wybrzeże, dostaje ode mnie w łapę".
Podróż zaczynała wywoływać u mnie chorobę lokomocyjną. Asfaltowa droga skończyła się przynajmniej osiem kilometrów wcześniej, a kierowca kilka razy wykonał ostry zwrot o 180 stopni, żeby „zmylić urządzenia lokalizujące". W końcu zajechaliśmy pod ceglany budynek i wysiedliśmy z samochodu. Nasz kierowca zatrąbił, a jakiś mężczyzna w ogrodniczkach wyszedł nam na spotkanie i objął Patrona. Przez kilka minut rozmawiali po francusku, po czym wpuścili mnie do środka przez metalowe drzwi. W niepozornym budynku piętrzyły się worki z marihuaną wielkości snopów siana. Sięgały aż do sufitu. „Sądzę, że mamy tu jakieś dwie tony trawy" – skomentował Patron.
Duża część należała do niego, chociaż warto zaznaczyć, że jego towar nie będzie rozprowadzany na ulicy, tylko zostanie zapakowany do małych paczuszek i dostarczony przez listonoszy. Patron wielokrotnie podkreślał, że „nie jest gangsterem" i to prawda; najlepszym określeniem byłoby chyba „działający na olbrzymią skalę deep webowy diler". W internecie sprzedaje opium i haszysz najwyższej jakości. Jak twierdzi, miesięcznie w bitcoinach zarabia „około 100 tys. funtów (500 tys. złotych)".
Jego narkotyki są rozprowadzane po całym świecie w niepozornych listach i przesyłkach. Kiedyś rozmawiałem już z internetowym baronem narkotykowym o tym, jak działa ten biznes, ale dzięki Patronowi po raz pierwszy mogłem zobaczyć to na własne oczy.

Handel narkotykami w deep webie rozpoczął się od założenia Silk Road (ang. Jedwabny Szlak –droga handlowa w Azji używana od III wieku p.n.e. do XVII wieku n.e.), słynnej platformy internetowej należącej do mężczyzny działającego pod pseudonimem Dread Pirate Roberts (DPR). Strona została zamknięta w 2013 roku, kiedy FBI aresztowało jej właściciela Rossa Ulbrichta, wówczas-32 lata. Niegdysiejszy król internetowej przestępczości narkotykowej dostał bardzo surowy wyrok: podwójne dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego oraz 20 i 15 lat za inne przestępstwa. Celem FBI było położyć kres internetowemu handlowi narkotykami, który w tamtym okresie przeżywał prawdziwy rozkwit. Stało się jednak coś zupełnie odwrotnego – Jedwabny Szlak okazał się mityczną hydrą i na miejsce odciętej głowy od razu wyrosły kolejne. Kiedy zamykano Silk Road, strona miała tak naprawdę tylko jednego poważnego rywala, Black Market Reloaded. Obecnie w głębokiej sieci istnieje już ponad 15 platform, za których pośrednictwem można handlować narkotykami. Większość z nich ma znacznie lepsze zabezpieczenia niż Silk Road. Można by wręcz powiedzieć, że kupno narkotyków w sieci nigdy nie było łatwiejsze.
Patron wystawia swój towar na nowszych stronach, takich jak Hansa Market czy AlphaBay. Wierzy, że deep web jest miejscem, gdzie może „etycznie sprzedawać narkotyki" i, podobnie jak większość ludzi w tym biznesie, nie uważa siebie za kryminalistę.
 
„Słuchaj, na świecie istnieją przestępcy i przestępcy" – powiedział mi, kiedy szliśmy na zaplecze budynku. „W świetle prawa przestępcą jest zarówno kierowca prowadzący pod wpływem, jak i ktoś, kto przekroczył ograniczenie prędkości czy osoba chora na raka, która pali marihuanę z własnego ogródka. Nie sądzę, żeby należało polegać na opinii rządu w kwestii tego, co jest dla ludzi dobre, a co nie. Samemu powinno się o tym decydować".
Patron zrobił przerwę, żeby zapalić papierosa. Palił jak lokomotywa; kiedy tylko nie miał w ustach szluga, zaciągał się waporyzatorem.
„Deep web umożliwia ludziom zakup narkotyków w bezpieczny, pozbawiony ryzyka sposób. Nie muszą szukać dilerów heroiny w jakiś ciemnych zaułkach. Dzięki nam mogą dostać towar prosto do domu" – stwierdził.
Chociaż na pierwszy rzut oka Patron nie wygląda na kogoś, czyją ambicją byłoby zostać „Szefem", widać w nim pewną hardość. Zrozumiałem to, obserwując, jak załatwiał interesy w Maroko. W jednej chwili był najbardziej charyzmatyczną, uśmiechniętą osobą w pokoju, a w następnej stawał się absolutnie poważnym, powściągliwym biznesmenem. Zmiana następowała w mgnieniu oka. A mimo to, im dłużej z nim rozmawiałem, tym bardziej miałem wrażenie, że w głębi duszy Patron ma w sobie coś z komputerowego geeka. Bardzo niebezpiecznego geeka, oczywiście.
Fascynował się bezpieczeństwem systemów operacyjnych, komputerami oraz technologią, a także bronią i wyposażeniem wojskowym. Pamiętam, że wcześniej spacerowaliśmy razem po marokańskich dokach i Patron przyglądał się zacumowanym tam motorówkom straży przybrzeżnej. Wiedział wszystko na ich temat: nazwy i numery modeli, rodzaj silników i maksymalne przyspieszenie, a nawet to, jakiej rangi pracownicy mogli nimi sterować. Patron nie był dilerem, którego wciągnął deep web; był deepwebowcem, którego wciągnął świat narkotyków. Możliwe, że to właśnie dzięki temu nadal pozostaje o krok przed ścigającymi go władzami.

Patron wyjął z pomieszczenia na zapleczu jakiś worek i wyciągnął z niego kilka kilogramów sprasowanego haszyszu oraz trzy torby sproszkowanej marihuany (tak zwanego „shake'a"). Rzucił je na stół i powiedział: „To część następnego transportu. Niedługo popłynie razem z moją załogą".
 
„Załogą" Patron nazywał niewielki północnoafrykański kartel Norte Africa działający na terenie Maroko i Hiszpanii. Jego członkami są Hiszpanie i Berberowie (rdzenni mieszkańcy Afryki Północnej). To właśnie dzięki nim towar Patrona trafia do Europy, skąd później jest rozwożony do klientów na całym świecie.
„Obecnie zajmuję się głównie ćwierćtonowymi transportami. Miesięcznie mamy mniej więcej dwie dostawy po 250 kg narkotyków, ale zależy to także od popytu". Patron wytłumaczył mi, że chociaż rzeczywiście zarabia przyzwoite pieniądze, wcale nie jest krezusem: „Żyję na poziomie, ale przecież muszę także płacić mojej załodze: osobistym ochroniarzom, farmerom, przemytnikom… Wszystkim. Chcę, by każdy dostawał sprawiedliwą dolę. Jednocześnie właśnie dlatego pracuję z tymi ludźmi – za uczciwą cenę dostaję towar wysokiej jakości. Te farmy działają już od pokoleń".
Patron otworzył torbę sproszkowanej marihuany, a jej zapach od razu wypełnił cały pokój. „Gdy rośliny dojrzeją, zostają ścięte i wysuszone. Następnie robimy z nich »shake«, z którego wytwarza się haszysz. Potem rozwozimy nasz towar, za każdym razem w wielu pojazdach". Kiedy haszysz zostanie już sprasowany w kostki, Patron pomaga załadować go do ciężarówek, które zawożą narkotyki w okolice marokańskiego wybrzeża. Do Europy trafiają na łodziach hybrydowych.
„Te cacka mają około pięciu silników, każdy po około 300 koni mechanicznych" – wytłumaczył Patron. „Są niesamowicie szybkie. Kiedy na nich płyniesz, cały świat zlewa ci się w jedną, niewyraźną plamę; zajebiście przerażające doświadczenie. Po zacumowaniu w Hiszpanii od razu rozładowujemy cały towar".
Narkotyki są natychmiast przewożone do bezpiecznych kryjówek. My również do nich zmierzaliśmy. Zanim jednak opuściliśmy Maroko, musieliśmy spędzić noc w przeraźliwie zimnym budynku, który nie został jeszcze ukończony i nie miał żadnego ogrzewania. Patron powiedział, że „tylko to mieliśmy do wyboru".
Zauważyłem, że za każdym razem, gdy tylko docieraliśmy do kolejnego punktu podróży, Patron zmieniał w obu komórkach karty SIM, a następnie zamykał je w specjalnych torbach blokujących sygnał radiowy. W trakcie trzech godzin, które zajął nam dojazd z hiszpańskiego wybrzeża do mety Patrona, dwukrotnie zmienialiśmy samochody, z czego raz na poboczu nieoświetlonej i nieoznakowanej drogi. Do tego Patron na czas jazdy zawsze ukrywał w aucie jeden ze swoich dwóch paszportów (a przynajmniej z dwóch, o których wiedziałem). Jego ostrożność graniczyła z paranoją, ale trudno było mu się dziwić – gdyby został złapany, trafiłby do więzienia na 15 lat.
 
 
„Dobra" – powiedział ostrożnie Patron, zaciągając się papierosem i zerkając w lusterko. „Jesteśmy prawie na miejscu".
Przyśpieszyliśmy, zostawiając w tyle ciemną dróżkę pośrodku niczego, którą wcześniej jechaliśmy. Wkrótce zajechaliśmy na mały placyk, przy którym stało kilka domów. Dwóch młodych mężczyzn podeszło do nas i objęło Patrona. Rozmawiali ze sobą po hiszpańsku. Po kilku minutach ruszyliśmy z Patronem w stronę budynków, podczas gdy tamta dwójka gdzieś sobie poszła.
Po przekroczeniu progu miałem wrażenie, że znalazłem się w kryjówce filmowych hakerów z lat 90. Wszędzie leżały laptopy, splątane przewody, ekrany telewizyjne i czytniki kart USB. Była też kanapa oraz stolik, na którym walały się resztki jakiegoś jedzenia. Na ścianie wisiał myśliwski sztucer z przymocowaną do niego lunetą. Zapytałem Patrona, czy lubi polować.
„Taa, lubię polować" – odpowiedział, po czym zrobił pauzę. „Ale wiesz co, gdybyś strzelił z tego do człowieka, kurewsko by go zabolało".
Patron na chwilę zniknął w innym pokoju, po czym wrócił z laptopem i torbą, której zawartość wysypał na stół. Był to kilogram haszyszu „Amnesia" i duża bryłka opium w kształcie krążka do hokeja.
Patron podłączył do komputera pamięć USB. Od razu uruchomił się jakiś program. „Używam Tails, sam rozumiesz" – powiedział, wskazując na pendrive'a. Tails to system operacyjny mający zapewnić prywatność w internecie. Blokuje odbieranie nieanonimowych połączeń, a wszystkie wychodzące dane wysyła przez sieć komputerową Tor, która została zaprojektowana specjalnie w celu ukrywania tożsamości użytkownika. Handel narkotykami w deep webie ma sens tylko wtedy, gdy używa się takich programów. W przeciwnym razie sam prosisz się o wpadkę.
 
Po zalogowaniu się do sklepu w głębokiej sieci Patron sprawdził nowe zlecenia. Było ich całkiem sporo. „Proszę bardzo, ta kobieta zamówiła haszysz. Pokażę ci, jak to się robi".
Odpalił papierosa i zaczął stukać w klawiaturę. Patron, ukryty w swojej cyberpunkowej kryjówce, wyglądał absolutnie na miejscu. Miałem wrażenie, że obserwuję doświadczonego mechanika naprawiającego samochód – był w swoim żywiole i instynktownie wiedział, co ma robić.

Nagle rozległ się zgrzyt i stojąca w rogu drukarka zaczęła pracować. Po chwili wypadł z niej sfałszowany rachunek za członkostwo w klubie fitness. Patron bez słowa założył parę chirurgicznych rękawiczek, wyjął z kieszeni kurtki nóż i z wydrukiem w ręku podszedł do biurka. Włączył stojący na ziemi przenośny grzejnik i pomiędzy metalowe pręty włożył nóż. Na desce do krojenia położył kostkę haszyszu i zapalił kolejnego papierosa, mimo że poprzedni wciąż tlił się w popielniczce.
„Słuchaj" – zaczął, po czym zrobił pauzę i zaciągnął się papierosem. „Dobra, no to tak. To, co teraz zobaczysz, rząd uznaje za niezgodne z prawem. Natomiast z etycznego punktu widzenia, wcale nie uważam, żebym robił coś złego".
Kiedy Patron czekał, aż nóż osiągnie odpowiednią temperaturę, zaczął ze mną rozmawiać na zupełnie inny temat. Powiedział mi, że jego marzeniem jest otworzyć własny ośrodek zdrowia, gdzie można byłoby legalnie przeprowadzać eksperymentalną terapię kannabidiolem (CBD), czyli niepsychoaktywną substancją chemiczną znajdującą się w marihuanie.
Gdy nóż się nagrzał, Patron zgasił swojego na wpół wypalonego papierosa i zabrał się do roboty. Z kostki haszu odciął mniej więcej gramowy plaster, po czym owinął go folią spożywczą i przykleił z tyłu rachunku, który następnie złożył i włożył do koperty. Nie sposób było się domyślić, że w środku znajdowały się narkotyki.
 
„Ta-dam" – zaśmiał się. „Sprawdzasz skrzynkę pocztową, otwierasz przesyłkę, a tu niewinna fakturka z siłowni".
Patrona w równiej mierze ukształtował zarówno internet, jak i nielegalny przemysł narkotykowy. Jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że znacznie lepiej czuł się, pracując w swojej kryjówce, otoczony laptopami, papierosami i prochami, niż wykonując znacznie bardziej niebezpieczne zadania w górach. To właśnie społeczność deep webu i istniejące w niej poczucie wspólnoty nadawały sens jego pracy; bez tego taki styl życia i pieniądze nie miałyby dla niego znaczenia. Jak sam powiedział: „Podobają mi się wartości, które wyznawał DPR. Stworzył zupełnie nową kulturę".
Zanim pożegnałem się z Patronem, zapytałem go, które elementy deep webu i działającego tam rynku narkotykowego budzą w nim aż tak pozytywne emocje.
„Ogólnie rzecz biorąc, w deep webie wszyscy staramy się pokojowo dogadywać" – odpowiedział. „Problemy rozwiązujemy poprzez administratorów sieci, więc wszelkie spory przebiegają spokojnie i w bardzo cywilizowanych warunkach. Do tego dochodzi jeszcze hurtowy transport narkotyków, który oczywiście ma miejsce poza siecią. Jego korzenie sięgają czasów prawdziwego Jedwabnego Szlaku. Jeżeli się nad tym zastanowisz, zobaczysz, że to właśnie deep web pomaga uniknąć przemocy w tym sektorze. Handel narkotykami od zawsze był związany z przelewem krwi – przypomnij sobie chociażby wojny opiumowe – a teraz dzięki deep webowi mamy szansę położyć temu kres".
Tłumaczenie: Zuzanna Krasowska
 
 
 
Vice.com
Wojt
Okradali osoby starsze metoda na wnuczka, byli przebiegli i planowali mądrze swoje "skoki" na osoby starsze. Wszyscy mają większa lub mniejsza przeszłość kryminalną, nie którzy z nich odsiadywali już wieloletnie wyroki więzienia. Mieli konkretny plan, okradając starsze osoby planowali uzbierać z tego procederu jak największą ilość pieniędzy, w celu uruchomienia własnej linii do produkcji amfetaminy. Wszystkim kierować miał 41-letni Mariusz W., śledczy zarzucają mu kierowanie grupa przestępczą.


Kilkanaście osób odpowie przed sądem za oszustwa metodą na wnuczka i policjanta. Większość oskarżonych to znani śledczym kryminaliści. Ich ofiary traciły dziesiątki tysięcy złotych.
W piątek prokuratura skierowała do Sądu Okręgowego w Lublinie akt oskarżenia przeciwko 11 osobom. Wszystkie są podejrzane m.in. o wyłudzanie pieniędzy metodą „na wnuczka” oraz „na policjanta”. Siedmioro oskarżonych odpowie za udział w zorganizowanej grupie przestępczej.
– Miała ona na celu dokonywanie przestępstw przewidzianych w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii oraz oszustw – wyjaśnia Agnieszka Kępka, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.
Wśród tych osób jest 41 letni Mariusz W., którego śledczy podejrzewają o kierowanie gangiem.
– Cztery osoby objęte aktem oskarżenia są podejrzewane o współpracę z członkami grupy podczas dokonywania poszczególnych przestępstw – dodaje prokurator Kępka.
Wśród oskarżonych są głównie osoby z bogatą przeszłością kryminalną. Wielu z nich odsiadywało długoletnie wyroki za przestępstwa narkotykowe oraz przeciwko mieniu.
– Zasadniczym celem działania grupy było uruchomienie własnej linii do produkcji amfetaminy – wyjaśnia prokurator Kępka. – Oszustwa miały być jedynie sposobem do szybkiego zdobycia środków niezbędnych na ten cel.
Ofiarami naciągaczy padły osoby w podeszłym wieku. Oszuści zawsze działali w podobny sposób. Jeden z członków grupy dzwonił do potencjalnej ofiary. Podawał się za członka bliskiej rodziny. Opowiadał wymyśloną historię na temat trudnej sytuacji życiowej w jakiej się znalazł i prosił o pomoc materialną.
– Innym razem telefonujący podawał się za policjanta i prosił o wpłacenie pieniędzy na wskazany przez siebie rachunek. Tłumaczył, że takie działanie pomoże organom ścigania w ujęciu sprawców przestępstw – wyjaśnia prokurator Kępka.
Czasem sprawcy łączyli obie metody. Do ofiary dzwonił jeden z członków grupy podając się za krewnego i prosił o pomoc finansową. Po chwili do ofiary dzwonił oszust. Przedstawiał się jako policjant i informował ofiarę, że osoba dzwoniąca wcześniej była naciągaczem. Dzwoniący prosił ofiarę o pomoc w ujęciu „oszusta”. Chodziło o przelanie pieniędzy na wskazany rachunek.
Prokuratura ustaliła, że ofiarami gangu padło co najmniej 12 osób. Każda z nich straciła od 2 tys. zł do 40 tys. zł. Zdarzało się, że ta sama ofiara kilkukrotnie przekazywała oszustom pieniądze. Niektóre z ofiar zaciągały nawet kredyty, żeby zdobyć pieniądze dla oszustów. Członkowie gangu obracali kradzionymi pieniędzmi korzystając z kont, założonych na podstawione osoby. Planowana linia produkcji amfetaminy nie zostawała nigdy uruchomiona.
Członkowie gangu zostali bowiem zatrzymani. Pięciu z nich zostało aresztowanym. Grozi im do 12 lat więzienia.


 
DziennikWschodni.pl
Wojt
Kombinowanie to znana w Polsce przypadłość w każdym aspekcie życia, kiedyś kombinowało się skąd załatwić papier czy mięso. W latach późniejszych beznyne czy ostatecznie kartki. Lecz okazuje się iż nie tylko Polak wymyśli jak obejśc prawo lub załatwić coś na granicy prawa. W przykładzie z Polskimi patentami-pomysłami, można zestawić mieszkańca Massachusetts który w arcy ciekawy sposób, dodaje w prezencie do zakupionych woreczków strunowych marihuane. W 2018 roku mają nastąpić zmiany w przepisach, które pozwolą na handle lecz w obecnej chwili, wolno posiadać i palić lecz handel jeszcze nie został zalegalizowany.

Naginanie prawa to nie tylko polska specjalność. Marihuana w Massachusetts jako prezent do zakupu foliowych torebek – to pomysł na obejście zakazu sprzedaży konopi indyjskich w tym stanie.
Po tym, jak gubernator stanu Massachusetts, Charlie Baker, opóźnił wprowadzenie legalnej sprzedaży marihuany w sklepach, ktoś opublikował w sieci nietypową reklamę. Corey, bo tak podpisał się autor reklamy, oferował plastikowe torby w różnych cenach – od 20 do 325 dol. Do każdej z toreb oferował prezent w postaci marihuany w torbie.

Najdroższa torba miała zawierać 27,8 g suszu różnych szczepów konopi. „Sprzedaję pustą torbę. Marihuana znajdująca się w środku jest legalnym prezentem, w żaden sposób nie związanym ze sprzedażą torby” – informował Corey.

Podczas listopadowego głosowania mieszkańcy stanu zdecydowali, że osoby powyżej 21. roku życia mogą legalnie sadzić, posiadać i palić marihuanę. Można także podarować komuś do 1 uncji suszu. Nie można go jednak sprzedawać. Ma się to zmienić dopiero w 2018 roku. Na razie reklamowanie, promowanie czy kryptoreklama są naruszeniem prawa.
Po dwóch dniach treść reklamy zmieniono: „Nie reklamuję darmowych prezentów z marihuaną. Mówię tylko, że jestem super. Napisz do mnie, a możemy wyjść razem i coś zjeść. I przegadać temat. Spalić jointa. I zrelaksować się. Nie reklamuję darmowych prezentów z marihuaną.”
Źródło: bostonglobe.com
 
 
CannabisNews.pl