Skocz do zawartości

NEWSY

Aktualności z całego świata!

Wojt
Dumna akcja policji niema nic wspólnego ze zlikwidowaniem sklepu z dopalaczami. Wrocławianin został zatrzymany za pobicie policjanta i ranienie go nożem. Wszyscy ze Wrocławiu wiedzą iż "Gekon" zaopatruje całe miasto w dopalacze - tak twierdzi dziennikarz.
Ktoś słyszał w ogóle o takiej osobie? 
 
 

Łukasz W., pseudonim Gekon, kontroluje większość nielegalnych punktów z dopalaczami we Wrocławiu. Mężczyzna został jednak zatrzymany za brutalnie pobicie, a nie za handel. Choć szef grupy przestępczej jest za kratami, we Wrocławiu nadal bez trudu można kupić niebezpieczne substancje.

Łukasz W. został w poniedziałek zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze za brutalne pobicie i ranienie nożem byłego policjanta pod jednym z wrocławskich klubów. Sąd wobec podejrzanego zastosował tymczasowe aresztowanie na okres trzech miesięcy. 
W światku przestępczym Łukasz W. jest znany pod pseudonimem Gekon. Zdaniem policyjnych ekspertów, to on odpowiada za handel dopalaczami we Wrocławiu, a większość punktów z niebezpiecznymi substancjami należy do niego. – Miał swojego człowieka, który w tej chwili już z nim nie współpracuje, który pokazał mu jak to robić. Jak organizować sieć dystrybucji, sprzedaży i cały czas to robią przy pełnej nieskuteczności policji – mówi ekspert ds. przestępczości zorganizowanej. 
Jeden z takich punktów działa na osiedlu Gądów Mały. Cały czas do nielegalnego sklepu przychodzą nowi klienci. Dopalacze można kupić bez żadnych przeszkód o każdej porze, wystarczy mieć gotówkę. Bez żadnych przeszkód kopiliśmy też dopalacze w działającym 24 godzinę na dobę sklepie w ścisłym centrum Wrocławia. 
Policyjni specjaliści nie pozostawiają złudzeń. Sklepy będą działać nadal, bo choć Gekon siedzi za kratkami, to na wolności jest jego prawa ręka – pseudonim Małolat. 
Dopalacze są najczęściej sprzedawane jako środki czyszczące, jednak ich zażywanie jest znacznie bardziej niebezpieczne dla organizmu niż zażywanie większości narkotyków.
 
 

Wroclaw.tvp.pl
 

Wojt
Walka z wiatrakami trwa już 7 rok, chociaż na początku udało się pozamykać stacjonarne sklepy lecz tylko prowizorycznie. Handel trwał wtedy i handel trwa dzisiaj. Zmieniły się sposoby reklamy, czasami sposób sprzedaży wygląda dziwnie, lecz nadal wszystko co Cie interesuje możesz bez problemu kupić jeżeli.
 
 
 
Polskie prawo nie radzi sobie z problemem dopalaczy a najlepszym tego przykładem jest działalność sklepu przy ul. Paderewskiego w Nowym Sączu. Lokal został na nowo otwarty dosłownie nazajutrz po akcji policji i aresztowaniu trzech osób związanych z handlem. Przy Paderewskiego znów handlują śmiercią a Krzysztof Ziaja, szef osiedla Kochanowskiego mówi wprost: - To państwo w państwie…
O interwencję w tej sprawie poprosił nas mieszkaniec osiedla Kochanowskiego.
- W sprawie sklepie z dopalaczami przy Paderewskiego (obok Żabki) nic się nie zmienia od miesięcy. Patologii przybywa, a nikt z tym nic nie robi. (…) Mieszkańcy nie czują się bezpiecznie, często widzi się na osiedlu naćpanych mężczyzn jak i kobiety w różnym wieku.
 Siedząc chwilę w pobliżu osiedla byłem nawet świadkiem, podejrzewam, handlu. Dwóch osobników zachowujących się w nerwowy sposób dokonało wymiany z ręki do ręki „w biegu”, myśląc, że nikt nie widzi. I to w biały dzień!

Agresywnych "łysoli" (…) coraz więcej. Porozbijane butelki, obrzygane klatki. To jest nie do pomyślenia, jak łatwo dostać mandat za niegroźnie wykroczenie drogowe, a handel narkotykami w biały dzień uchodzi na sucho.
W dalszej części listu Czytelnik sugeruje, że być może najlepszym rozwiązaniem byłoby pójść w ślady tarnowian. Tam w pobliżu podejrzanego sklepiku z dopalaczami od kilku dni cały czas jest policja.
- Można? Można!!! Czemu u nas nie można podjąć takich środków? (…) – dopytuje Czytelnik.
- Ten email jest w pewnym sensie prośbą o pomoc w imieniu mieszkańców i nie tylko. Nikt nie chce się mieszać, zgłaszać spraw na policję - i wcale się nie dziwie. Wiedzą, że i tak takim telefonem niewiele zmienią - ucina mężczyzna na zakończenie.
Temat sklepu z dopalaczami przy ulicy Paderewskiego ciągnie się co najmniej od 2016 roku. Wtedy zasłoną dymną dla handlu „dopalaczami” był handel modelami samolotów. Potem pojawił się szyld, że tu można kupić popularne „liquidy”, czyli wkłady do papierosów elektronicznych. Wszyscy jednak głośno mówili, że to jedynie przykrywka dla prawdziwego profilu działalności sklepu.
Radny Tadeusz Gajdosz alarmował władze miasta – złożył nawet interpelację w tej sprawie. Do akzji wkroczyła policja i sanepid.  W drugiej połowie września sklep zamknięto, policja zatrzymała nawet trzy osoby, którym groził zarzut sprowadzenia niebezpieczeństwa na ludzkie zdrowie i życie. W konsekwencji groziło im 8 lat odsiadki.
List od Czytelnika wskazuje jednak jednoznacznie, że proceder sprzedaży dopalaczy a nie wiadomo, czy nie narkotyków trwa tym miejscu nadal w najlepsze.
- Według mojej wiedzy sklep wznowił swoją działalność zaraz nazajutrz po wielkiej akcji policji – mówi z pewną rezygnacją Krzysztof Ziaja, szef zarządu osiedla Kochanowskiego. – To jest państwo w państwie. Artykułu modelarskie nadal tam można kupić – mówi z ironią.
- Jako zarząd osiedla nie możemy tu już nic zrobić a nasze państwo nie nadąża za rynkiem – komentuje nawiązując do faktu, że wystarczy lekko zmodyfikować skład dopalacza aby ten na nowo stał się „legalny”.
- Zastanawialiśmy się nad wprowadzeniem rozwiązania, że policjanci albo straż miejska legitymowała by wszystkich, którzy do sklepu wchodzą, ale to byłoby troche nękanie, więc policja nie chce się w to zaangażować – komentuje Ziaja.
Na razie w okolicy kręcą się funkcjonariusze w cywilu, którzy bacznie śledzą też to, co dzieje się na mostku nad Łubinką, gdzie klienci sklepu przy Paderewskiego zwykli konsumować nabyty tu towar.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że ci którzy mają biznes przy Paderewskiego, wcześniej działali na Lwowskiej, ale stamtąd wykurzyli ich – na przykład wybijaniem szyb w lokalu - lokalni handlarze marihuaną, którym przeszkadzało wzmożone zainteresowanie policji sąsiadami.
 
 
 
Sadeczanin.info
 
 

 

Wojt
Przez ostatnie 2 lata rynek dopalaczy w Polsce cieszył się spokojem ze strony rządzących. Wprowadzane rozporządzenia nie miały konsekwencji karnych i "interes" szedł dalej. Od sierpnia pojawiają się różne głosy że będą zmiany, że kolejna ustawa a Ja od wielu lat powtarzam, w tej dziedzinie nie wiele się zmieni. Jak zauważa prawnik - dzisiaj za skręta są większe sankcje karne niż za posiadanie dopalaczy.
 
Sądy nie wiedzą do końca, jak sobie radzić z dopalaczami. Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii nie wyjaśnia w jaki sposób traktować różne formy ich aktywności – uważa Wojciech Górowski, adwokat, adiunkt w Katedrze Prawa Karnego UJ.

Zdaniem Wojciecha Górowskiego, sankcje karne za dystrybucję tzw. nowych substancji psychoaktywnych są trafnym pomysłem, zwłaszcza że za miękkie narkotyki wymierzane są obecnie niekiedy surowsze sankcje niż za dopalacze.
- Nie dość, że skład nowych substancji psychoaktywnych nie jest wciąż dobrze poznany, to jeszcze ich działanie okazuje się często dużo mocniejsze, niż ma to miejsce w przypadku „tradycyjnych” narkotyków. Uznaje się, że ograniczenie wolności za konsumowanie takich środków służy ochronie życia i zdrowia publicznego – tłumaczył prawnik w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej.
Podkreślił, że obecnie praktyka i orzecznictwo nie wiedzą do końca, jak sobie poradzić dopalaczami. - Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii reguluje przede wszystkim obrót, wytwarzanie, udzielanie itd. klasycznych narkotyków. Nie ma jasności, w jaki sposób traktować te same formy aktywności, gdy ich przedmiotem są dopalacze – ocenił.
Prawnik zwrócił uwagę na pewną niekonsekwencję w działaniach resortu zdrowia.
- Skoro ustawodawca zakłada, że dopalacze są bardzo niebezpieczne, to dlaczego tylko posiadanie znacznej ilości – pomijając, co to znaczy – nowych substancji psychoaktywnych jest karane? – odpowiedział pytająco.
Dalej wyjaśniał dziennikarce: - Analogicznie, gdybym dał Pani jedną tabletkę dopalacza, to podlegałbym odpowiedzialności karnej, ale pani za jej posiadanie już nie. Karane jest natomiast posiadanie jednego skręta. Takie przypadki prowokują pytanie, czy autorzy założeń nowelizacji dobrze je przemyśleli – stwierdził dr Górowski.
 
 
 
RynekAptek.pl

Wojt
Funkcjonariusze z Rybnika walczą z dopalaczami, z zabezpieczonych przez śledczych środków, można by było przygotować ponad 3,6 tys. porcji dilerskich. Wydział śledczy jest przekonany, iż zabezpieczone niebezpieczne substancje miały trafić do dalszej dystrybucji na terenie miasta. 
 
 
 
Policjanci z zespołu do walki z przestępczością narkotykową wydziału kryminalnego rybnickiej komendy ujawnili paczkę kurierską, w której znajdowały się „dopalacze”. Z zabezpieczonych przez śledczych środków, można by było przygotować ponad 3,6 tys. porcji dilerskich. Czynności w sprawie trwają.

To kolejne niebezpieczne dla życia substancje, zabezpieczone w ostatnim czasie przez policjantów z zespołu do walki z przestępczością narkotykową rybnickiej komendy. Tym razem kryminalni ujawnili paczkę kurierską, w której znajdowały się tzw. dopalacze. Z zabezpieczonych przez śledczych środków, można by było przygotować ponad 3,6 tys. porcji dilerskich.

Przechwycone "dopalacze" przekazano do badań laboratoryjnych w celu ustalenia ich składu chemicznego. Jak ustalili policjanci, substancje te miały trafić do dalszej dystrybucji na terenie Rybnika.

Czynności w sprawie trwają. Przypominamy, że za wprowadzenie do obrotu szkodliwych dla zdrowia lub życia wielu osób substancji grozi kara do 8 lat więzienia.

 

Policja.pl

Wojt
Polska policja przy współpracy z Europolem udaremniła przemyt narkotyków do Norwegii. Funkcjonariusze zabezpieczyli 138 kg różnych narkotyków, których wartość śledczy wycenili na 7 milionów. W trakcie zatrzymań na poczte przyszłych kar zabezpieczono 150 tysięcy złotych. Zatrzymanym grozi od 3 do 15 lat pozbawienia wolności. 
 
 
 
Udaremnienie przemytu haszyszu do Skandynawii, zatrzymanie czterech osób i zabezpieczenie 138 kilogramów narkotyków, których czarnorynkową wartość oszacowano na około 7 milionów złotych, to sukces gdańskich policjantów CBŚP. W sprawie policjanci współpracowali z Morskim Oddziałem Straży Granicznej, Europolem, policją norweską i Urzędem Celnym w Szwecji. Śledztwo nadzoruje pomorski wydział Prokuratury Krajowej.
Policjanci z CBŚP Zarządu w Gdańsku ustalili, że przez morskie przejście graniczne w Gdyni będzie dokonywany przemyt narkotyków. Aby wyjaśnić tę sprawę policjanci nawiązali współpracę z funkcjonariuszami Morskiego Oddziału Straży Granicznej.

Akcja zaczęła się wieczorem 7 października, kiedy to na przejście graniczne bazy promowej w Gdyni, przyjechał samochodem osobowym na norweskich numerach rejestracyjnych, Dariusz T. (lat 42).  Prawdopodobnie na widok umundurowanych funkcjonariuszy Straży Granicznej z psem postanowił przełożyć wyjazd na następny dzień. Mężczyzna nie zdążył odjechać, ponieważ został zatrzymany przez policjantów CBŚP. Jak się okazało w aucie była specjalnie skonstruowana skrytka, wkomponowana w konstrukcję samochodu, a w niej ukryte było około 20 kilogramów haszyszu.
Następnego dnia wczesnym rankiem policjanci CBŚP weszli na teren jednej z prywatnych posesji w województwie pomorskim. Z ich ustaleń wynikało, że tam narkotyki zapakowano do samochodu użytego podczas próby przemytu. W trakcie przeszukania budynków, w jednym z pomieszczeń policjanci znaleźli 72 kg haszyszu, 24 kg marihuany oraz sprzęt służący do specjalnego pakowania narkotyków.

Tego samego dnia, policjanci CBŚP wykonując dalsze czynności w sprawie, zatrzymali Adama S. (lat 38) i Aleksandra D. (lat 52). W samochodzie oraz mieszkaniu jednego z zatrzymanych funkcjonariusze znaleźli kolejne narkotyki, tj.: 21 kg haszyszu i kilogram marihuany. Zabezpieczyli także gotówkę w rożnej walucie, w kwocie ok. 150 tysięcy złotych.
Łącznie, w wyniku przeprowadzonych działań wyeliminowano z rynku około 138 kg narkotyków, których czarnorynkową wartość śledczy oszacowali na około 7 milionów złotych.

Kolejne działania policjanci przygotowali na 10 października br. Wówczas to zatrzymano osobę, której śledczy zarzucają skonstruowanie skrytki do przemytu narkotyków i przerobienie pojazdu, w którym znaleziono narkotyki.
Na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego, Prokurator z Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Gdańsku zatrzymanym przedstawił zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, mającej na celu przemyt narkotyków z Polski do Skandynawii.
Za zarzucane przestępstwa podejrzanym grozić może kara pozbawienia wolności od lat 3 do lat 15, kara grzywny, a także nawiązka do 50 tysięcy złotych. Sąd Rejonowy Gdańsk-Południe w Gdańsku, uwzględniając wniosek prokuratora, zdecydował o tymczasowym trzymiesięcznym aresztowaniu trzech osób. W stosunku do czwartego podejrzanego zastosowano dozór policyjny, poręczenie majątkowe i zakaz opuszczania kraju.
Aby wyjaśnić wszystkie aspekty sprawy śledczy współpracowali także z Europolem, policją norweską i Urzędem Celnym w Szwecji.
 
 
 
Policja.pl
 

Synchro
Na samym wstępie pragnę zaznaczyć [ja - Synchro], że opisywane w tekście działania służb są częścią większej akcji, mającej sprawić, że, zgodnie ze słowami Orbana, Węgry staną się krajem wolnym od narkotyków. Idea równie nierealna co straszna, a jak w praktyce wyglądają czystki [bo chyba tak trzeba to nazwać...] - parę słów od Krytyki Politycznej. Dodam jeszcze tylko, że użytkownicy narkotyków mają na Węgrzech możliwość odbycia odwyku zamiast kary. A teraz mądrzejsi:
 
Co zrobić, jeśli w życiu jest tak źle, że syntetyczne narkotyki są najlepszym, co może ci się przydarzyć?
 
 „Inwazja dopalaczy w Budapeszcie”, „Nowy narkotyk sieje spustoszenie”, „Rośnie liczba zgonów spowodowanych nową niebezpieczną substancją”, „Policja zatrzymała dilera sprzedającego nowe dopalacze” – oto kilka nagłówków węgierskich gazet z ostatnich kilku dni minionego lata.
Opublikowano już setki artykułów opisujących przypadki wymagające hospitalizacji bądź przypadki śmiertelnego przedawkowania powiązane z użyciem nowych substancji psychoaktywnych, zwłaszcza wśród najbardziej zmarginalizowanych grup w Budapeszcie. Niektóre z artykułów cytują wypowiedzi oburzonych mieszkańców, którzy w tramwajach byli nagabywani o pieniądze przez „agresywnie zachowujących się narkomanów”. Większość dziennikarzy twierdzi, że to całe zamieszanie wiąże się z rozpowszechnieniem nowego syntetycznego narkotyku, który sprzedaje się w Budapeszcie zwłaszcza w okolicy Hős utca (ul. Bohaterów).
W odpowiedzi na burzę rozpętaną w mediach policja zaczęła regularnie patrolować tamte rejony i przeprowadziła tam zakrojone na szeroką skalę obławy, w wyniku których aresztowano ponad osiemdziesiąt osób. Większość z nich była w posiadaniu niewielkich ilości zabronionych substancji, kilka osób zatrzymano za ich sprzedaż.
Podsumowując, policja podjęła zdecydowane działania, przestępcy znaleźli się za kratkami. Czy problem został rozwiązany? Niezupełnie. Większość artykułów prasowych nie zgłębiła sprawy wystarczająco, żeby wskazać, na czym ten problem naprawdę polega. Nie mieliśmy szans przeczytać o czynnikach społecznych, które doprowadzą do kolejnego kryzysu narkotykowego i kolejnych przestępstw. To typowy przykład zjawiska określanego przez socjologów mianem moralnej paniki. Polega to na wywoływaniu przez masowe media społecznego oburzenia, skupiającego się na konkretnej grupie ludzi, która staje się wrogiem publicznym, ściganym przez policję, bez nakreślenia strukturalnych powodów danych zachowań. Zwiększające się problemy zdrowotne i przestępstwa, o których donoszą media, rzeczywiście mają miejsce, ale wynikają one z przyczyn o wiele szerszych niż po prostu dostępność nowej substancji. Cała ta historia wymaga osadzenia jej w kontekście.
Spójrzmy najpierw na budapesztańską okolicę Hős utca, epicentrum problemu. To jedna z najbiedniejszych części miasta – jedno z kilku gett etnicznych zamieszkałych głównie przez Romów, klepiących niesłychaną biedę. Na okolicę składają się dwa kwartały wybudowane jeszcze przed II wojną światową w celu zapewnienia schronienia najbiedniejszym mieszkańcom Budapesztu. Większość mieszkań jest mała (od 25 do 31m2), a często jeden pokój zamieszkuje więcej niż jedna rodzina. Niektóre z mieszkań nie mają doprowadzonej ciepłej wody, a toalety są wspólne. Przez kilka dziesięcioleci ta okolica była uboga, ale nie miała specjalnie złej reputacji. Jednak po 2000 roku wielu mieszkańców wyprowadziło się do innych części miasta. Zastąpili ich ubodzy Romowie pochodzący z dotkniętych segregacją osiedli w węgierskich wioskach, gdzie nie mieli żadnej możliwości zarobienia na godne życie. W miejscowym języku ulicznym mówi się o nich „imigranci”. Etniczny skład okolicy szybko się ujednolicił. Stała się ona oknem, punktem tranzytowym pomiędzy dotkniętymi biedą wioskami a stolicą.
Większość tych „imigrantów”, bez wykształcenia ani lokalnych kontaktów, nie zdołała zintegrować się z budapesztańskim społeczeństwem. Większość ich marzeń o normalnym życiu obróciła się w pył, a oni sami pozostali tak samo wykluczeni ze społeczeństwa jak na wsi. I wtedy pojawiły się narkotyki.
Po 2008 roku Europa doświadczyła napływu nowych syntetycznych narkotyków, takich jak stymulanty na bazie pochodnych katynonu (m.in. mefedron, klefedron, alfa PVP) oraz syntetyczne kannabinoidy (m.in. Mocarz, Spice), które częściowo zastąpiły klasyczne nielegalne substancje. W przeciwieństwie do innych części Europy, gdzie dopalaczy używali głównie młodzi ludzie na imprezach, w Budapeszcie stały się one bardzo popularne wśród wyrzuconych na margines użytkowników heroiny i amfetaminy.
Do 2011 roku amfetamina prawie zniknęła z ulic, w miarę jak większość użytkowników przerzuciła się na wstrzykiwanie katynonu, a ostatnio także na palenie tzw. „Spice’a” (syntetycznych kanabinoidów), potocznie zwanych „magicznym tytoniem”. Mieszkańcy okolic Hős utca wyczuli potencjał finansowy związany ze sprzedażą tych środków. Jedna porcja magicznego tytoniu kosztuje 500 forintów (1,8 dolara amerykańskiego), o wiele mniej niż alkohol. Jako że syntetyczne kanabinoidy są regularnie poddawane kontroli i wpisywane przez rząd na listę nowych substancji psychoaktywnych, producenci dopalaczy stale polują na nowe importowane z Azji środki.
Wbrew temu, co twierdziły media, nie potrzeba było żadnego nowego i bardziej niebezpiecznego środka, żeby spowodować zgony z powodu przedawkowania i antyspołeczne zachowanie użytkowników narkotyków. Rynek narkotyków stale się zmienia, nowe substancje dają różne efekty w różnych dawkach, a ludzie, którzy je importują, nie są zawodowymi chemikami. Zamawiają biały proszek, który rozpuszczają następnie w kwasowym płynie, którym spryskują materiał roślinny (niemający działania psychoaktywnego, na przykład damianę). Cały proces jest niewyobrażalnie niehigieniczny i nieprofesjonalny: policja zatrzymała nawet betoniarkę, której używano do mieszania nowego koktajlu z dopalaczy… Najmniejszy błąd w tej procedurze wystarczy, aby wyprodukować środek znacznie mocniejszy od zamierzonego, co może prowadzić do zatruć.
Rozmawiałem na ten temat ze swoimi znajomymi, którzy znają się na chemii i orientują na węgierskim rynku substancji psychoaktywnych. Twierdzą, że środkiem, przez który tak wiele osób trafiło do szpitala, był 5F-MDMB-PINACA, mocny syntetyczny kanabinoid, obecnie objęty na Węgrzech kontrolą jako nowa substancja psychoaktywna. Przypuszczają, że powodem tak wysokiej liczby przedawkowań były właśnie błędy w procesie produkcji roztworu. Nadużycie tych substancji może prowadzić do zachowań paranoicznych i agresywnych, a w niektórych przypadkach do objawów psychotycznych wymagających interwencji klinicznej. Nic dziwnego, że niektórzy użytkownicy dziwnie zachowywali się w tramwajach.
Rozmawiałem z Zsuzsanną Urbanowkszy, szefową stowarzyszenia Kontúr, organizacji pozarządowej, która pomaga mieszkańcom Hős utca. Potwierdziła, że w Hős utca używanie narkotyków napędzane jest przez biedę – „Ci ludzie są tak bardzo wykluczeni ze społeczeństwa, że grupy użytkowników są jedynymi kręgami społecznymi, w których mają poczucie przynależności i są szczęśliwi”. Organizacja dysponuje jednym pokojem w bloku, gdzie stara się organizować imprezy społecznościowe dla miejscowych dzieci (w blokowisku Hős utca mieszka ponad 150 dzieci!). Ich praca jest jednak kroplą w morzu potrzeb – otrzymują niewiele funduszy i wsparcia od władz lokalnej gminy. Co gorsza, radni nie chcą rozmawiać ani z nimi, ani z mieszkańcami tej okolicy. Gmina nie ma jakichkolwiek planów rewitalizacji budynków mieszkalnych, choć większość tamtejszych mieszkań należy do niej. Rada usiłuje pozbyć się najemców, a puste mieszkania zamurowuje. Ponad 20 osób obecnie czeka na eksmisję na bruk, nie mając alternatywnego miejsca zamieszkania. Inne pustostany są własnością prywatną i są zajmowane nielegalnie, co jeszcze pogarsza zadłużenie wspólnoty mieszkaniowej.
Długi już teraz są ogromne: zdarzyło się, że gmina odmówiła zapłacenia za naprawę pękniętej rury bądź wywóz śmieci ze względu na wysokie zadłużenie. Władze mają nadzieję, że poprzez zwiększanie tego długu uda im się pozbyć niechcianych najemców i problem będzie rozwiązany. Rząd Orbana znacząco ukrócił autonomię i budżet gmin, które uważają, że nie mają ani środków, ani zasobów, żeby temu zaradzić. Gminy nie wspierają więc organizacji takich jak Kontúr ani nie wysyłają pracowników socjalnych do pracy z lokalną społecznością. Ośrodki opieki społecznej, przedszkola i żłobki pękają w szwach, a rotacja wśród ich pracowników jest zastraszająca.
Tak nagłaśniany obecnie „problem narkotykowy” wcale nie wynika z samych narkotyków – to problem walących się ciasnych budynków, biedy, bezrobocia, szkolnictwa, wykluczenia społecznego i strukturalnego rasizmu. Nie ma tam dostępu do żadnych programów redukcji szkód dla użytkowników narkotyków – służby obawiają się, że jeśli zaczną działać w okolicy, o której tyle pisano w mediach, same staną się kozłami ofiarnymi i będą musiały zakończyć działalność, tak jak to miało miejsce kilka lat temu w ósmej dzielnicy, gdzie zamknięto program dostarczania użytkownikom narkotyków czystych igieł i strzykawek. To najsmutniejsza część tej historii: ludzie, którzy próbują pomagać, są na Węgrzech zastraszani.
Bez programów zapewniających tanie mieszkania socjalne, edukację i pracę w ramach społeczności, bez działań przeciwdziałających dyskryminacji rasowej i tak nie można byłoby zmniejszyć skali spustoszeń wyrządzanych przez narkotyki. Okolicę tę należy uznać za środowisko o wysokim ryzyku, dla którego należałoby wypracować zintegrowaną strategię koordynującą prace miejscowych graczy, w tym publicznej służby zdrowia i pracowników socjalnych, organizacji pozarządowych, lokalnej społeczności oraz policji i sądów.
Obecnie to jedynie czcze marzenie. Większość debaty publicznej toczącej się wokół Hős utca została zdominowana przez strategie polegające wyłącznie na egzekwowaniu prawa. Policja w tej sytuacji sama staje się częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem. Policjanci konfiskują sterylne igły, przez co użytkownicy muszą korzystać z brudnego sprzętu. Na policję wywierana jest polityczna presja, by aresztowała jak najwięcej użytkowników w celu poprawy statystyk, by można to było potem przedstawić w mediach jako sukces. Dotyczy to nie tylko tego jednego rejonu Budapesztu, ale całego kraju. Społeczeństwo węgierskie jest jednym z najbardziej nieegalitarnych w Unii Europejskiej. Obecny rząd Węgier nie tylko finansowo zaniedbuje opiekę społeczną, służbę zdrowia i edukację, ale stosując podejście polegające wyłącznie na egzekwowaniu przepisów, podkopuje wysiłki zmierzające do integracji grup zmarginalizowanych.

Tekst pierwotnie ukazał się na politicalcritique.org. Przełożyła Kasia Byłow-Antkowiak.
Źródło: KrytykaPolityczna.pl

Synchro
W środę w nocy policjanci patrolujący warszawską Białołękę zauważyli samochód stojący na poboczu i dziwnie zachowującego się mężczyznę. W aucie znaleźli susz i biały proszek oraz kradzione tablice rejestracyjne. 36-latek był coraz bardziej agresywny. Ugryzł jednego z policjantów, a podczas zastosowania chwytów obronnych stracił przytomność. Mimo podjętej resuscytacji nie udało się go uratować.
 
Policjanci podjęli interwencję przy ul. Myśliborskiej w Warszawie. Przy srebrnym BMW kręcił się dziwnie zachowujący się mężczyzna.
Funkcjonariusze w aucie znaleźli susz i biały proszek, które po wstępnym badaniu testerem okazały się marihuaną i amfetaminą. Zabezpieczono także najprawdopodobniej dopalacze. W samochodzie znajdowały się również kradzione tablice rejestracyjne.

Policjant w szpitalu
- Z każdymi działaniami funkcjonariuszy mężczyzna stawał się coraz bardziej agresywny. Dotkliwie ugryzł jednego z policjantów. Zostały wezwane dwa dodatkowe patrole – powiedział polsatnews.pl rzecznik Komendanta Stołecznego Policji komisarz Sylwester Marczak.
Ugryziony policjant trafił do szpitala na oddział zakaźny, gdzie przechodzi badania pod kątem wykluczenia ewentualnego zakażenia.

Powiększone źrenice
Jak poinformował kom. Marczak, konieczne było zastosowanie chwytów obronnych. W pewnym momencie mężczyzna upadł na ziemię. Policjanci wezwali na miejsce pogotowie ratunkowe.
- Ratownik zauważył, że 36-latek ma powiększone źrenice - podał kom. Marczak. - Mimo podjętej resuscytacji, mężczyzny nie udało się uratować - dodał.

W momencie interwencji 36-latek nie był poszukiwany. Na miejscu pracował prokurator. Sprawę wyjaśnia także wydział kontroli Komendy Stołecznej Policji.
 
Źródło: Polsat News
 
To miała być zwykła rutynowa kontrola. W nocy z wtorku na środę policyjny patrol zauważył przy ul. Myśliborskiej nietypowo zaparkowany luksusowy samochód marki BMW. Obok auta kręcił się 36-letni mężczyzna. Jak się później okazało był nim Łukasz Ch., który w na swoim koncie miał kilka przestępstw. Był też poszukiwany listem gończym.
Od samego początku policyjnej interwencji 36-latek zachowywał się agresywnie. Nic dziwnego. W jego samochodzie funkcjonariusze znaleźli skradzione w lipcu tablice rejestracyjne oraz kilka foliowych woreczków z marihuaną i amfetaminą. Oprócz tego w jednym z woreczków znajdowała się nieznana substancja - najprawdopodobniej dopalacze.
Gdy policjanci powiedzieli 36-letniemu Łukaszowi Ch., że zostaje zatrzymany wpadł w szał. Na początku zaczął się rzucać i wyrywać. Podczas szamotaniny ugryzł też jednego z policjantów. Po chwili 36-latek padł jak kłoda na ziemię i przestał oddychać. Niestety mimo przyjazdu ratowników nie udało się go uratować. 36-latek zmarł.
Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy 36-letni Łukasz Ch. pochodzący z powiatu siedleckiego na Mazowszu był poszukiwany listem gończym. Mało tego! 36-latek w przeszłości spowodował wypadek śmiertelny, oraz był notowany za jazdę po alkoholu. Z tego co udało nam się jeszcze ustalić, to od 2011 roku Łukasz Ch. odsiadywał wyroki za swoje grzeszki w kilku zakładach karnych na terenie całej Polski.
Teraz sprawa trafiła do prokuratury. – Na ciele nie stwierdzono widocznych obrażeń. Zostało przewiezione do Zakładu Medycyny Sądowej, gdzie zostanie przeprowadzona sekcja zwłok. Dopiero po jej wynikach będzie można powiedzieć jaka była przyczyny śmierci – mówi Marcin Saduś z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Jak dodaje prokurator póki co śledztwo jest prowadzone w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci.
Śledczy sprawdzają też czy podczas policyjnej interwencji nie doszło do ewentualnego przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy.
 
Źródło: Fakt.pl

Synchro
Tylko kilka dni działał w centrum Będzina sklep, w którym sprzedawane były dopalacze. Dzięki szybkiej akcji będzińskich policjantów oraz przedstawiciela Państwowej Inspekcji Sanitarnej, działający "pod przykrywką" sklepu internetowego punkt sprzedaży dopalaczy został zlikwidowany.

Policjanci z Będzina wspólnie z z przedstawicielem Państwowej Inspekcji Sanitarnej, zlikwidowali w centrum miasta sklep z dopalaczami. Policjanci, w specjalnie do tego przygotowanych pomieszczeniach, oprócz dwóch handlarzy, zastali także dwóch 17-letnich konsumentów tych niebezpiecznych substancji. Sklep z dopalaczami zlokalizowany był w ścisłym centrum miasta, a jego prawdziwe przeznaczenie zakamuflowane było pod szyldem punktu wysyłkowego dla sklepu internetowego. 
Policjanci przejęli 100 opakowań różnego rodzaju dopalaczy, które poddane zostaną teraz dokładnym badaniom. Wynik przeprowadzonych testów da odpowiedź nie tylko na pytania dotyczące składu chemicznego zabezpieczonych substancji, ale także niebezpieczeństwa, jakie niosłoby za sobą ich zażycie.

Źródło: [url=http://www.dziennikzachodni.pl/wiadomosci/bedzin/a/w-bedzinie-zlikwidowano-sklep-z-dopalaczami-zdjecia,12500846/]Dziennik Zachodni[/url]

Synchro
Działali w zorganizowanej grupie. W ciągu dwóch lata mogli wprowadzić na rynek kilka kilogramów narkotyków.
Grupę rozpracowali policjanci z rzeszowskiego CBŚ Policji. Postępowanie nadzoruje Prokuratura Okręgowa w Rzeszowa.
Na podstawie czynności operacyjno-rozpoznawczych policjanci ustalili, że w latach 2016 – 2017 na terenie Podkarpacia działała grupa, która mogła wprowadzić na rynek kilka kilogramów narkotyków. Według policyjnych ustaleń mogło to być nie mniej niż 6 kg marihuany i 3 kg substancji psychotropowych 3-CMC o łącznej wartości około 375 tysięcy złotych. Marihuana i dopalacze trafiały na Podkarpacie m.in. z Krakowa. W regionie rozprowadzano je za pośrednictwem utworzonej siatki dilerów.
Najpierw zatrzymano trzy osoby. Dwie z nich trafiło do aresztu. Na początku września, policjanci z CBŚP zatrzymali kolejnych 11 osób, w tym jedną nieletnią. Podejrzani zostali doprowadzeni do Prokuratury Okręgowej. – Dziesięciu z nich przedstawiono zarzuty udziału w obrocie znaczną ilością narkotyków, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Grozi im kara grzywny i pozbawienia wolności od 2 do 12 lat – informuje Łukasz Harpula, szef Prokuratury Okręgowej.
Na wniosek prokuratora, sąd zastosował tymczasowe aresztowania na okres 3 miesięcy. Na poczet przyszłych kar i środków karnych zabezpieczono u podejrzanych mienie o wartości ok. 30 000 zł. – Postępowanie ma charakter rozwojowy i planowane są dalsze zatrzymania – zapowiada prokurator.
 
Źródło: Gazeta Wyborcza

Synchro
Dziś w Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-Ekonomicznej zorganizowano konferencję pod tytułem "Współczesne zagrożenia medyczne, epidemiologiczne i społeczne". Dyrektor elbląskiego sanepidu postanowił podzielić się ze słuchaczami swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi walki z dopalaczami. Jesteście ciekawi co miał do powiedzenia? Zachęcamy do lektury!

Apogeum zatruć tzw. dopalaczami przypadło w Elblągu na 2015 rok. To wtedy po spożyciu takich specyfików jak "Mocarz" czy "Świerkowe Igiełki" do szpitali trafiło ok. 70 osób. Jedna z nich zmarła. Od tamtego czasu takich przypadków notuje się coraz mniej. Czy to oznacza, że problem z dopalaczami zniknął całkowicie?

W Elbląskiej Uczelni Humanistyczno-Ekonomicznej w poniedziałek (18.09) zorganizowano konferencję "Współczesne zagrożenia medyczne, epidemiologiczne i społeczne". Jednym z prelegentów spotkania był Marek Jarosz, dyrektor elbląskiego sanepidu który "zęby zjadł" na na rozwiązaniu problemu, jakim było wprowadzenie w naszym mieście do obiegu środków zastępczych zwanych dopalaczami. 

— Żeby zrozumieć z czym tak naprawdę mamy do czynienia i pojąć sedno sprawy, trzeba się jednak cofnąć aż do roku 2010, kiedy to w październiku tegoż roku w szpitalach w całym kraju odnotowano ponad 300 bardzo ciężkich zatruć po spożyciu "dopalaczy", z których 18 zakończyło się zgonem. To wtedy sanepid wspólnie z policją przeprowadził w całym kraju akcję zamykania sklepów z tymi specyfikami. Zarekwirowano towar i zamknięto wówczas około 1400 placówek. Wprowadzono także zmiany w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii, gdzie Państwowym Inspektoratom Sanitarnym nadano uprawnienia do prowadzenia postępowań w tych sprawach w trybie administracyjnym. Ustanowiono także wymiar kar pieniężnych wymierzanych przez inspektorów sanitarnych za wytwarzanie i wprowadzenie do obrotu tych środków w wysokości od 20 tysięcy do nawet miliona złotych W ustawie wprowadzono także nowe pojęcie - środek zastępczy - co stanowiło synonim słowa "dopalacz". Praktyka pokazała później, że było to pojęcie bardzo niefortunne — mówił Marek Jarosz.

Po przeprowadzonej w 2010 roku akcji, nastąpiły dwa lata względnego spokoju. Aż w 2012 roku pojawiły się znowu przypadki zatruć, za których przyczynę można było uznać z dużym prawdopodobieństwem środki zastępcze. To właśnie w 2012 roku w Elblągu, w samym centrum miasta i dosłownie kilkadziesiąt metrów od komendy policji powstał sklep z "dopalaczami" pod nazwą "Pachnący Dom". Sprzedawano tu tzw. artykuły kolekcjonerskie, które na pierwszy rzut oka wydawały się być bardzo niewinne: w ofercie był np. susz "Świerkowe Igiełki", czy rozpałka do pieca "Wrzosowy płomień" - wszystko tylko do użytku zewnętrznego. 

To wtedy elbląski sanepid rozpoczął w sklepie pierwsze kontrole i zarekwirował towar, który potem trafił do badań. Analizy nie pozostawiły złudzeń - sanepid ma do czynienia z substancjami silnie uzależniającymi. Na "biznesmenów" prowadzących pachnący przybytek nakładane były kolejne kary finansowe, łącznie z wydaniem decyzji o zakazie prowadzenia działalności gospodarczej.

— Ten ostatni był wielokrotnie omijany, bo postępowania prowadziliśmy w trybie administracyjnym, wiec wystarczyła szybka zmiana nazwy podmiotu, rejestracja w sądzie i już następnego dnia mieliśmy w tym samym miejscu ten sam biznes za to pod inną nazwą. I tak kółko się zamykało — opowiadał Marek Jarosz.

Dalej było tylko gorzej. Między 1 maja a 31 lipca 2015 roku do elbląskich szpitali trafiło około 70 osób, które zatruły się po spożyciu tzw. "dopalaczy". Jedna z nich zmarła. 

— Te przypadki nałożyły się na czas kolejnej nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Rezolucja wprowadzała na listę tzw. środków zakazanych dodatkowych 114 substancji, które zostały wykryte podczas badań składu tzw. "dopalaczy", a które przeprowadziły stacje sanitarno-epidemiologiczne w całej Polsce. Wśród nich znalazła się substancja UR-144, która jest pochodną związków obecnych m.in w konopiach indyjskich, mająca silne działanie psychoaktywne. To właśnie UR-144 znalazła się w "Mocarzu" - dopalaczu, który w tym czasie kosił młodych ludzi jak kombajn zboże. Handlarze zaczęli masowo wyprzedawać ten specyfiku przed 1 lipca: można go było kupić nawet za złotówkę — dodaje dyrektor Jarosz.

Sanepid w tym czasie prowadził mozolną - choć nierówną walkę - z dopalaczowym kartelem. Według statystyk w latach 2012-2016 elbląska stacja 8-krotnie wydawała zakaz prowadzenia działalności biznesmenom z "Pachnącego Domu". Decyzja była za każdym razem omijana. W ciągu czterech lat zarekwirowano w sklepie 1843 opakowań "dopalaczy", wydano 55 decyzji administracyjnych i przebadano 61 prób na łączną kwotę ponad 15,5 tys. zł. Od końca 2012 roku do lipca 2017 roku na sklep nałożono także kary pieniężne na kwotę prawie 1,3 mln zł. 

— Nie udało nam się z tego wyegzekwować ani złotówki. A Urząd Skarbowy zdążył już umorzyć należności na kwotę 400 tys. zł — dodaje dyr. Jarosz.

Czy w walce z dopalaczami można zatem mówić o sukcesie? Z jednej strony tak. Uporem elbląskiego sanepidu udało się doprowadzić przed oblicze sądu trzy osoby związane z prowadzeniem w Elblągu "pachnącego" biznesu. Po 2 latach zapadły wyroki w sądzie I instancji. Na dwa lata więzienia skazano jednego z mężczyzn, a dwóch pozostałych otrzymało wyroki jednego roku więzienia. Ale o sukcesie ciągle nie można mówić.

— Przyznaję to z bólem, bo oceniam pracę własnej instytucji, ale nie jest to nasza wina. Prawnie dopalacze mają dziś znacznie łagodniejszy status niż narkotyki: ich wytwarzanie i wprowadzanie do obiegu nie jest w świetle prawa przestępstwem czy nawet wykroczeniem. Sanepidom brakuje także kompetencji operacyjnych, a w państwach członkowskie UE ciągle brakuje jednolitej polityki wobec "dopalaczy". Te ostatnie są także liberalnie traktowane w niektórych krajach Europy, jak Czechy czy Holandia — wskazuje dyrektor Jarosz.

W ciągu ostatnich kilku lat pracownicy elbląskiego sanepidu wspólnie z policjantami przeprowadzili w elbląskich szkołach serię spotkań i pogadanek z młodzieżą, na których szeroko rozmawiano o problemie tzw. środków zastępczych. Działania przyniosły skutek, bo w ciągu ostatnich dwóch lat do elbląskich szpitali trafiło znacznie mniej osób, które zatruły się po spożyciu "dopalaczy". Każdy medal ma jednak dwie strony, a ten pokazuje znacznie groźniejsze oblicze niż to, z którym do tej pory mierzyli się pracownicy sanepidu.

— Zauważamy bowiem wzrost zainteresowania narkotykami takimi jak haszysz i marihuana. Nałożyło się to w czasie, gdy przeróżne środowiska agitowały za zalegalizowaniem tej ostatniej. I nie chodzi mi tu o marihuanę leczniczą, której de facto nie ma - ale tę wskazywaną jako tzw. narkotyk miękki, co jest ewidentnym błędem i próbą przekonania, że są narkotyki bardziej i mniej groźne dla naszego zdrowia — opowiada Marek Jarosz. — Byliśmy przerażani, bo w takcie pogadanek młodzież wprost mówiła nam, że gdybyśmy zalegalizowali marihuanę nie byłoby problemu dopalaczy. 

Co dalej robić z tym problemem? Duża w tym rola rodziców: to oni są autorytetami dla młodych i to oni powinni zbudować w młodym człowieku kodeks wartości moralnych i etycznych. — Tymczasem obserwujemy upadek uniwersalnych wartości, zastępowanych przez hedonizm i przekonanie o słuszności przywileju korzystania z wszelkich przyjemności życia bez względu na skutki i przekonanie, że wszystko jest dozwolone. Tylko czy to, że wolno znaczy od razu, że musisz? Życie i zdrowie nie są tego warte — przekonuje dyrektor Jarosz.

Autor: Aleksandra Szymańska
Źródło: Dziennik Elbląski

×