NEWSY

Aktualności z całego świata!

Wojt
Katowiccy policjanci przeprowadzają kontrole miejsce gdzie wcześniej dochodziło do handlu dopalaczami, w 2 różnych lokalizacjach  zabezpieczyli 500 sztuk nieznanych do tej pory produktów, które zostały określone jako niebezpieczne. Funkcjonariusze po skatalogowaniu zabezpieczonych rzeczy, skierowali je do badań. 
 
 
Katowiccy policjanci z wydziału antynarkotykowego, wspólnie z pracownikami sanepidu skontrolowali miejsca, gdzie mogą być sprzedawane tzw. dopalacze. Podczas działań przejęli oni w dwóch sklepach 369 opakowań substancji psychoaktywnych, natomiast policjanci z katowickiej "szóstki" w kolejnym sklepie zabezpieczyli 131 sztuk. Przejęte środki zostaną poddane szczegółowej analizie laboratoryjnej. Od jej wyników będzie zależało dalsze postępowanie w tej sprawie.

Policjanci z Wydziału do walki z Przestępczością Narkotykową Komendy Miejskiej Policji w Katowicach skrupulatnie weryfikują i sprawdzają informacje o miejscach, gdzie rozprowadzane są dopalacze.
W piątek, 09.06.br., policjanci wspólnie z pracownikami sanepidu wkroczyli do akcji. Przeprowadzili kontrolę miejsc, gdzie już wcześniej dochodziło do handlu tymi środkami. W dwóch sklepach podczas działań z sanepidem znaleziono łącznie 369 sztuk opakowań produktów o różnych nazwach, które to środki mogą powodować zagrożenie dla życia i zdrowia ludzkiego.
W tym samym dniu policjanci z Komisariatu Policji VI w Katowicach wkroczyli do akcji i w kolejnym sklepie w centrum miasta, zabezpieczyli 131 sztuk opakowań środków zastępczych.
Przejęte specyfiki zostaną poddane analizie w laboratorium, celem określenia dokładnego składu tych substancji. Od wyników analizy będzie zależało dalsze postępowanie w tej sprawie.
 
 
Policja.pl
Wojt
Funkcjonariusze pozyskali informacje o laboratorium, ktoś, czyżby ktoś za dużo opowiadał?  Wyszła informacja jaką lubią dostawać policjanci o łamaniu prawa. Wręcz bez wysiłku uzyskano potrzebne informacje do zlikwidowania tej małej produkcji narkotyków. Chemik został zatrzymamy w areszcie z zarzutem wytwarzania i przemytu środków odurzających.
 
 
Laboratorium metamfetaminy w powiecie zgorzeleckim zlikwidowali policjanci CBŚP z Jeleniej Góry współpracując z funkcjonariuszami organów finansowych ze Zgorzelca. Funkcjonariusze zatrzymali troje obywateli Czech i zabezpieczyli kompletny sprzęt służący do produkcji narkotyków, 7 litrów efedryny oraz odczynniki chemiczne służące do produkcji narkotyku. Handlarze mogli wyprodukować prawie 5 kg narkotyku o czarnorynkowej wartości prawie 400 tys. zł. Pomysłodawca procederu został tymczasowo aresztowany.
Funkcjonariusze CBŚP z Jeleniej Góry uzyskali informację o laboratorium, w którym wytwarzane są znaczne ilości metamfetaminy. Policjanci wspomagani przez funkcjonariuszy UCS ustalili miejsce, w którym mogła odbywać się produkcja. Na ustalonej posesji w Starym Zawidowie zastali 40-letniego obywatela Czech. W trakcie rozmowy z mężczyzną, policjanci wyczuli charakterystyczny zapach chemikaliów wykorzystywanych do produkcji narkotyków. Funkcjonariusze CBŚP przeszukali dom i zabezpieczyli kompletny sprzęt i substancje chemiczne służące do produkcji metamfetaminy. W budynku byli też 33-letni mężczyzna i 39-letnia kobieta – również obywatele Czech.

Policjanci ustalili, że produkcją narkotyków zajmował się 40-latek, którego zastali po wejściu na posesję. Kolejnych dwoje cudzoziemców przybyło  w odwiedziny do kolegi, przy czym jedna z osób dostarczyła naczynia i substancje potrzebne do wyprodukowania narkotyku.
Funkcjonariusze CBŚP, poza sprzętem służącym do produkcji, zabezpieczyli 7 litrów efedryny i komponenty niezbędne do produkcji narkotyków. Policjanci szacują, że handlarze mogliby wyprodukować prawie 5 kg metamfetaminy o czarnorynkowej wartości prawie 400 tys. zł.

Zatrzymani zostali doprowadzeni do Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze, gdzie usłyszeli zarzuty związane z produkcją i przemytem środków odurzających. 40-letni chemik na wniosek prokuratora trafił do aresztu na 3 miesiące.
 
 
Policja.pl
Wojt
Miała być medyczna marihuana z Polskich zbiorów, będzie jedyny Izraelski dostawca o ile ustawa Koalicji Medycznej Marihuany, która została całkowicie zmieniona przez PIS, nie zostanie wycofana. Okazuje się, że kolejny raz ustawa jest pisana pod jedną konkretną firmę, dodatkowo nie będzie refundacji tego typu preparatów, przez co część chorych będzie pozyskiwać susz w nielegalny sposób.


 
Medyczna marihuana w Polsce to nadal gorący temat. Ponad rok temu, w lutym 2016 roku, Liroy złożył w Sejmie projekt stowarzyszenia Koalicja Medycznej Marihuany. Co od tego czasu się zmieniło, opowiada w Dużym Formacie autor projektu ustawy, Jędrzej Sadowski.
Jak twierdzi autor ustawy, znalazły się w niej najlepsze rozwiązania podpatrzone na całym świecie. – Zakładał, że wyspecjalizowane ośrodki – uczelnie, jednostki naukowe – mogłyby starać się o zezwolenie na uprawę medycznej marihuany i zaopatrzenie w nią pacjentów – tłumaczy Sadowski.
Twierdzi jednak, że politycy PiS usunęli zaproponowane w projekcie ustawy rozwiązania i zamienili je swoimi. Z pierwotnego dokumentu został tylko tytuł. – Od wiceministra zdrowia Jarosława Pinkasa usłyszeliśmy, że mamy „brać, co dają”, i cieszyć się, że w ogóle z nami rozmawiają – mówi.
Ustawa o medycznej marihuanie według PiS-u
Zgodnie z nowymi zapisami marihuana ma nie być produkowana w kraju, ale kupowana zagranicą i sprzedawana w aptekach. Różnice są tak różne, że Sadowski mówi wprost o wycofaniu projektu. Pierwotnie miało nie być możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, uprawa miała być prowadzona przez ośrodki naukowe. Rząd z kolei skupił się na tworzeniu rynku, co wiąże się z wprowadzaniem skomplikowanych regulacji prawnych, a zarazem dużą stratą czasu.

Zagraniczna firma musiałaby uzyskać w Polsce zgodę na import surowców, wytwarzanie leków, dopuszczenie każdego produktu do sprzedaży. A że marihuana nie jest zwykłym proszkiem o identycznym stężeniu w każdej dawce, nie można do niej stosować standardowych przepisów. – Więc mnożą się pytania. Czy marihuana przyjedzie w postaci proszku, czy całych krzaków? Jeśli proszku, to co z liśćmi, z łodygą? Na liściach jest żywica, substancje psychoaktywne. Kto zliczy, z jakiej ilości marihuany produkuje się susz? Jakie są normy tego ważenia? To nie jest powszechnie znana praktyka. Tu jest cały szereg problemów, które przy zezwoleniach na pewno będą polem do zaczepki – tłumaczy Gazecie Wyborczej autor pierwszego projektu ustawy.
Problemem może być także przeterminowanie się suszu, który chociaż zachowa właściwości związane z rekreacyjnym paleniem, do leczenia nie będzie się już nadawał.
Poza tym medyczną marihuanę łatwo można wyhodować sobie w domowych warunkach. To oznacza, że pacjenci i tak będą korzystać z czarnego rynku – jakość ta sama, a cena znacznie niższa. – Jeśli marihuana w ogóle w tych aptekach będzie. Zwłaszcza, że PiS już przesądził na poziomie ustawowym, że nie będzie refundacji. Więc obawiam się, że pacjenci i tak będą ją sobie sami uprawiać albo kupować u dilerów – przepowiada Jędrzej Sadowski.

Tym bardziej, że już dzisiaj medyczną marihuanę produkowaną w Holandii można kupić na czarnym rynku za 50 zł za gram. Gdy ceny w aptekach będą wyższe, te czarnorynkowe mogą spaść.
Sadowski sugeruje nawet, że ustawa jest specjalnie zmodyfikowana pod jednego, konkretnego producenta. – Były już dyrektor Narodowego Instytutu Leków palnął – czego byłem świadkiem – podczas spotkania w ministerstwie: „Przecież marihuanę możemy mieć od…”, tu podał nazwę izraelskiej firmy. Zapanowała niezręczna cisza, a zaraz potem zaczęliśmy pytać – ktoś to konsultował? – wspomina. Kilka ni później dyrektor stracił pracę.
Przepisy działają w dwie strony
Sprowadzanie substancji z zagranicy wiąże się również ze spełnieniem przez tamtejszego producenta kolejnych lokalnych wymogów. Produkcja roślin na eksport i samo wywiezienie medycznej marihuany również obarczone jest przepisami.
Ponadto Polska stanie na świeczniku – ile zamawiamy, ilu mamy chorych, zdaniem Sadowskiego nie jest wykluczone, że sprawą zaczną się interesować ONZ czy inne organizacje. – My się awanturujemy, bo nie chodzi o to, żeby pacjent mógł sobie uprawiać marihuanę w domu. To odpuściliśmy już na początku. Chcemy, żeby były przewidziane uprawy dla krajowych podmiotów, żebyśmy byli niezależni wobec wszystkich tych wewnątrz- i transgranicznych animozji. Bo na pewno będą – tłumaczy.

Były wiceminister zdrowia, Krzysztof Łanda zapowiadał, że jeśli import będzie niewystarczający, rząd rozważy uprawę w kraju. Zdaniem autora projektu ustawy to wypowiedzi „pod publikę”, a medyczna marihuana w Polsce jeszcze długo nie będzie dostępna. – Lekarz lubi korzystać z gotowych wzorców. Z leków wprowadzonych do aptek, z określonym dawkowaniem, składem, drogą podania, wskazaniem, na jaką są chorobę, informacją o potencjalnych działaniach niepożądanych – mówi.
Zdaniem Sadowskiego większość lekarzy nie szuka nowych dróg, by pomóc pacjentowi, ale działa według utartych schematów. Ba, większość z nich nawet nie wie, jak można leczyć marihuaną.
Tego projektu już nic nie uratuje?
Wycofanie obecnego projektu i złożenie nowego z poprawkami uwzględniającymi rządowe propozycje – to zdaniem Jędrzeja Sadowskiego jedyne sensowne rozwiązanie. Nie jest jednak przesądzone, ze tak się stanie. Inna opcja to manifestacja klubu Kukiz’15, która miałaby polegać na tym, że w dniu głosowania nad ustawą politycy wstrzymają się od głosu.

Kolejnym krokiem byłaby edukacja sędziów i prokuratorów – mieliby łagodniej traktować podejrzanych i posiadanie czy kupowanie na czarnym rynku medycznych środków z marihuany. – Trzeba też wprowadzić jakieś kryteria oceny niebezpieczeństwa, np. kryterium oceny znacznych ilości. To jest teraz interpretowane bardzo surowo jako ilość wystarczająca do odurzenia kilkudziesięciu osób – zwraca uwagę Sadowski.
Tym bardziej, że wystarczy mieć jedną roślinę w doniczce, z której można zebrać 30 gramów suszu i już można być sądzonym za wytwarzanie znacznych ilości narkotyków. A pacjent potrzebuje kilku takich roślin, by zapewnić sobie nieprzerwany dostęp do leków.
 
 
CannabisNews.pl
Wojt
Wszystkie ostatnie przypały z zatruciem dopalaczami, mają jeden wspólny czynnik - handlarzem tfu osobą udostępniającą małoletnim dopalacze są młode dzieci, tak trzeba określić 15-latka który udostępnia tego typu środki, czy jak w tym przypadku 17-latek poczęstował młodsze osoby i usłyszy zarzut narażenia dwóch innych osób niepełnoletnich na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Udostępnianiem czy częstowaniem zajmują się coraz młodsi, przez co, możemy przez okres lata często słyszeć o tego typu przypadkach.
 
Policjanci z Bydgoszczy i Świecia wyjaśniają okoliczności, w jakich dwaj 16-latkowie z Pruszcza trafili do szpitala. Wszystko wskazuje na zatrucie nieznaną substancją. Do sprawy zatrzymano 17-letniego kolegę nastolatków, który usłyszał zarzut narażenia człowieka na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Wczoraj tj. 7 czerwca br. krótko przed godz. 19.00 policjanci ze Świecia otrzymali zgłoszenie, że na terenie miejscowości Pruszcz, w pobliżu dworca kolejowego przebywają nietrzeźwe osoby. Funkcjonariusze na miejscu zastali dwóch 16-latków i 17-latka, których stan i zachowanie wskazywały, że mogli zażyć jakąś substancję. Dwaj 16-latkowie, z uwagi na stan zdrowia, zgodnie z decyzją obsługi karetki, która była na miejscu, zostali przewiezieni do bydgoskiego szpitala.
Z ustaleń policjantów wynika, że młodzi mężczyźni jechali pociągiem wracając ze szkoły. W pociągu, wszyscy trzej wypalili jakąś substancję, którą dał im 17-latek.
Do wyjaśnienia sprawy włączyli się policjanci Wydziału Kryminalnego KWP w Bydgoszczy.
Na podstawie zebranego materiału dowodowego zatrzymany do wyjaśnienia 17-latek usłyszał dzisiaj zarzut narażenia człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Za przestępstwo to grozi kara do 3 lat więzienia.
 
 
Policja.pl
Wojt
Mieszanie leków z dopalaczami mogło się dla 16 latki skończyć śmiercią, lecz czy winny temu jest sprzedawca czy rodzicie którzy nie upilnowali chorej na padaczkę dziewczyny nie uprzedzając jej jakie skutki może przynieść taki mix bez kontroli? Idzie lato sezon ogórkowy i jeszcze nie jednokrotnie usłyszymy jakie dopalacze są złe i ile było przedawkowań, tylko zawsze winne są dopalacze czy może brak edukacji, brak umiaru, ostrożności i dorosłego podejścia do życia?
 
 
Leżeli nieprzytomni na chodniku, tuż przy jednej z głównych ulic w Bielawie. Gdy na miejsce dotarło pogotowie, jedną z nastolatek trzeba było reanimować: - Prawdopodobnie znów dopalacze - oceniają lekarze.
Niedzielne popołudnie. Ktoś na ulicy Piastowskiej w Bielawie zauważa trójkę leżących nastolatków. Dzieci są nieprzytomne. Jedna z dziewcząt nie oddycha. - Na miejsce wezwano pogotowie ratunkowe. W stosunku do jednej z nastolatek prowadzona była reanimacja. Cała trójka trafiła do szpitali - informuje asp. sztab. Paweł Petrykowski, rzecznik prasowy dolnośląskiej policji.

Groźna mieszanka
16-latka, znajdująca się w najcięższym stanie, została przetransportowana do szpitala we Wrocławiu. - Dziewczyna najprawdopodobniej brała leki przeciwpadaczkowe. Straciła przytomność, przestała oddychać i gdyby nie to, że ktoś wezwał pomoc już w tej chwili by nie żyła - relacjonował Tomasz Kanik, reporter TVN24. Życiu dwójki pozostałych nastolatków nic nie zagrażało.
Przy nastolatkach znaleziono foliowy woreczek. W środku było coś przypominającego susz roślinny. Materiał został zabezpieczony do badań. Choć specjaliści są zgodni: to prawdopodobnie dopalacze. Substancja będzie poddana badaniom.
- W badaniach toksykologicznych wyszły między innymi barbiturany. Te substancje powodują głównie stan otępienia, ale w przypadku dziewczyny dodatkowo nałożyć mogło się branie leków - przyznaje Bartłomiej Pacholczyk, lekarz ze szpitala powiatowego w Dzierżoniowie.
Zatrzymany nastolatek
Sprawę bada policja. - Prowadzimy czynności w kierunku stworzenia bezpośredniego zagrożenia dla życia i zdrowia innych osób. Zatrzymaliśmy 15-latka, który udzielił nastolatkom nieznanej substancji. Sprawdzamy, skąd on ją miał - mówi Petrykowski. I dodaje: Chłopcem zajmie się sąd rodzinny.


 
Tvn24.pl
Wojt
Patrol drogówki wraz z kryminalnymi ze Szczecińskiej jednostki policji, zatrzymali do kontroli forda którym kierował 23-latek. W trakcie kontroli ujawniono blisko 3 kilogramy marihuany. W trakcie dalszych czynności funkcjonariusze którzy przeszukiwali mieszkanie zatrzymanego zabezpieczyli blisko 15 gramów zakazanej ustawą substancji.

 
Wspólne działania policjantów ze szczecińskiej drogówki i kryminalnych z KWP w Szczecinie doprowadziły do zatrzymania 23- latka posiadającego środki odurzające. Podczas kontroli drogowej osobowego forda, w podręcznej walizce pasażera funkcjonariusze znaleźli blisko 3 kilogramy suszu roślinnego. Kolejne środki odurzające mężczyzna przechowywał w mieszkaniu. Mężczyzna usłyszał zarzut zagrożony karą do 10 lat pozbawienia wolności. Sąd już zastosował wobec niego areszt tymczasowy.
W Szczecinie na ul. Unisławy patrol szczecińskiej drogówki zatrzymał do kontroli kierującego fordem. W pojeździe oprócz kierowcy znajdował się 23- letni pasażer. Podczas kontroli funkcjonariusze w walizce podręcznej pasażera znaleźli prawie 3 kilogramy suszu roślinnego.

Kryminalni z Sekcji d/w z przestępczością narkotykową KWP w Szczecinie po przeszukaniu pomieszczeń mieszkalnych zajmowanych przez 23-latka znaleźli 9 worków foliowych, w których przechowywane były kolejne partie suszu. Tym razem funkcjonariusze zabezpieczyli blisko 15 gramów zakazanej ustawą substancji.

Mężczyzna został zatrzymany i przewieziony do policyjnego aresztu. W tym czasie śledczy z Komisariatu Niebuszewo zbierali materiał dowodowy pozwalający na postawienie podejrzewanemu zarzutu za posiadanie znacznej ilości środków odurzających. Wstępne badania laboratoryjne potwierdziły, że zabezpieczony do analizy susz roślinny to marihuana.
Prokurator postawił mężczyznie zarzut zagrożony karą do 10 lat pozbawienia wolności oraz wystąpił z wnioskiem o tymczasowy areszt . Sąd przychylił się do wniosku. 23-latek najbliższe dwa miesiące spędzi w areszcie.
 
 
Policja.pl
Wojt
Proceder handlu dopalaczami kwitł, kwitnie i jak pokazuje wynik kontroli NIK będzie jeszcze kwitł i rozwijał się przez parę lat. Nowe rozporządzenia czy ustawy nie przyniosły nic dobrego po za zwiększoną ilością zatruć i nowymi spółkami które zajmują się obrotem tymi specyfikami.


 
Mimo zamykania sklepów z dopalaczami i prób ograniczania dostępności do tych specyfików, w dłuższej perspektywie walka z tym zjawiskiem okazała się nieskuteczna - wskazuje NIK. W 2011 r. liczba zatruć wynosiła 176, w 2015 r. - ponad 7 tys. Według wstępnych danych ubiegły rok zakończył się liczbą 4,3 tys.
Najwyższa Izba Kontroli wykazała, że mimo akcji przeprowadzonych po fali zatruć dopalaczami w 2010 r., kiedy zamykano sklepy i wycofywano z obrotu te szkodliwe produkty, nie doszło do trwałego ograniczenia dostępności takich substancji.

Kontrolerzy uznali, że uprawnienia Państwowej Inspekcji Sanitarnej, na którą nałożono obowiązek przeciwdziałania wytwarzaniu i wprowadzaniu do obrotu dopalaczy, były nieadekwatne w stosunku do wyzwań, jakie przed inspekcją postawił ustawodawca. "Prawo i organy państwa nie nadążały za dynamicznymi zmianami na rynku sprzedaży dopalaczy, polegającymi głównie na przeniesieniu ich dystrybucji ze stacjonarnych sklepów do internetu, a także do sprzedaży bezpośredniej (dealerskiej)" - podkreślono.
Zaczęło się 10 lat temu
Izba wskazała, że rynek dopalaczy w Polsce rozwijał się dynamicznie od 2007 r. Wówczas działało ok. 50 sklepów oferujących te środki. W latach 2009-10 liczba punktów wzrosła do 1,4 tys. "Nagły wzrost liczby zatruć dopalaczami, szczególnie w okresie wakacji w 2010 r., spowodował zaniepokojenie władz państwowych i społeczeństwa" - przypomniano.
Wtedy też organy państwa podjęły zdecydowane działania, w wyniku których zamykano sklepy z dopalaczami, czym ograniczono dostęp do takich specyfików. Zmieniono także prawo. Inspektoraty sanitarne dostały uprawnienia, które miały pomóc w zwalczaniu tego zjawiska.
"NIK wskazuje, że walka z tym niebezpiecznym zjawiskiem okazała się w dłuższej perspektywie nieskuteczna. Nie udało się na stałe wyeliminować problemu dopalaczy" - podkreślono w raporcie.
Kontrolerzy przyznają, że w 2010 r., czyli po zmasowanej akcji wymierzonej w handlarzy dopalaczami, liczba osób zatrutych dopalaczami w 2011 r. spadła z 562 do 176, ale już w kolejnych latach - mimo przeprowadzania kontroli przez inspekcje sanitarne - systematycznie rosła. W 2015 zgłoszeń było już ponad 7 tys. Według wstępnych danych za ubiegły rok liczba zgłoszonych zatruć wyniosła ponad 4,3 tys.
Nowe prawo nieskuteczne
Jak czytamy w raporcie, rozwiązania prawne nakładające na Państwową Inspekcję Sanitarną obowiązek przeciwdziałania wytwarzaniu i wprowadzaniu do obrotu dopalaczy - przy zastosowaniu norm prawa administracyjnego - nie były skuteczne. Barierą okazała się m.in. długotrwała i obwarowana licznymi wymogami procedura administracyjna. Jako przykład podano sprawę prowadzoną przez Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Łodzi, gdzie od daty przeprowadzania kontroli u handlarza dopalaczami do ostatniej czynności upłynęły blisko cztery lata.
"Oprócz tego handlarze dopalaczami mieli możliwość obchodzenia i lekceważenia wydawanych decyzji administracyjnych dotyczących zakazu prowadzenia działalności. Z chwilą podjęcia czynności przez Państwową Inspekcję Sanitarną kończyli działalność, a następnie otwierali kolejną pod zmienioną nazwą" - zaznaczono.
Przepisy nie nadążały też za dynamicznymi zmianami na rynku. Inspekcja sanitarna nie miała skutecznych narzędzi, by przeciwdziałać sprzedaży dopalaczy przez internet. Takimi specyfikami handlowano za pośrednictwem polskojęzycznych domen internetowych zarejestrowanych poza granicami kraju.
Izba zwróciła jednak uwagę, że mimo wszystkich trudności, także finansowych, inspektorzy sanitarni w latach 2011-16 przeprowadzili blisko 5 tys. kontroli, w wyniku których zabezpieczono nieco ponad 200 tys. produktów. Wydano też ponad 1,7 tys. decyzji dotyczących wstrzymania wprowadzenia do obrotu podejrzanych produktów.
Kar się nie boją
W raporcie wykazano, że w walce z dopalaczami nie pomogły też nakładane kary. Ich skuteczność - jak podkreślono - była "bardzo niska", co w ocenie kontrolerów skutkowało "rzeczywistą bezkarnością podmiotów zajmujących się tym nielegalnym procederem".
"Inspektorzy objęci kontrolą NIK nałożyli kary w wysokości 13 mln zł, z czego wyegzekwowano zaledwie niespełna 5 proc. (0,6 mln zł). Łącznie w całym kraju organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej w latach 2010-2016 wymierzyły blisko 65 mln zł kar, jednak do budżetu państwa wpłynęło zaledwie 1,8 mln zł (3 proc.)" - wskazano.
W walce nie pomógł też przyjęty w Polsce model budowania katalogu substancji kontrolowanych, oparty na dopisywaniu do listy substancji zabronionych kolejnych szkodliwych związków wykrytych w dopalaczach. "Producenci środków psychoaktywnych są bowiem w stanie szybko zmodyfikować ich skład, tak aby substancje zawarte w dopalaczu nie znajdowały się na liście substancji zabronionych i 'wymknęły się' spod zakazu sprzedaży. W ten sposób organy państwa pozostają nieustannie o krok za podmiotami wytwarzającymi i wprowadzającymi dopalacze do obrotu" - zauważa NIK.
Zdaniem kontrolerów, procedura definiowania zabronionych środków nie musi polegać na wskazywaniu całych wzorów substancji, ale np. tylko ich rdzenia. W ten sposób nawet dopisywanie do rdzenia dodatkowych składników nadal definiowałoby środek jako zabroniony. Rozwiązaniem może być także określenie, że zabronione są substancje o podobnym działaniu lub składzie, do tych znajdujących się w katalogu substancji kontrolowanych.
Izba oceniła, że konieczne jest opracowanie nowych, kompleksowych rozwiązań, które pozwoliłyby skuteczniej walczyć ze zjawiskiem dopalaczy. NIK zaproponowała m.in., by w ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii pojęcie "środek zastępczy" zdefiniować tak, by wytwarzanie, wprowadzanie do obrotu i przywóz substancji, określanych aktualnie jako środki zastępcze oraz nowe substancje psychoaktywne, podlegało odpowiedzialności karnej.
Zdaniem Izby powinien też zostać opracowany i wdrożony jednolity system wczesnego ostrzegania i adekwatnego reagowania w sytuacji pojawiania się na rynku nowych, nieznanych substancji.
 
 
Money.pl
Wojt
Narkotyki miały być na własny użytek chociaż, nikt w to nie uwierzy grunt to dobra linia obrony. Gdy jego mieszkania przyszli antyterroryści wraz w policjantami z wydziału do spraw narkotyków 26 latek w swoim mieszkaniu posiadał 16,7 kg marihuany, 18,2 kg amfetaminy oraz 2.500 szt. tabletek ekstazy. Do końca dnia funkcjonariuszom udało się ustalić pomocników zatrzymanego i zostali oni aresztowani. Grozi im do 8 lat pozbawienia wolności.
 
 
 
Policjanci z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu zatrzymali 3 mężczyzn. Wszyscy zatrzymani usłyszeli zarzuty związane z przestępczością narkotykową i nielegalnym posiadaniem broni i amunicji. Podczas policyjnych działań, w trakcie których zatrzymano osoby, policjanci ujawnili przy nich kilkadziesiąt kilogramów narkotyków o łącznej wartości ponad miliona złotych. Dwóch z nich trafiło do aresztu. Cała trójka, za popełnione przestępstwa odpowie przez sądem.

25 maja br. policjanci z Wydziału do Walki z Przestępczością Narkotykową KWP w Poznaniu wspólnie z mundurowymi z Samodzielnego pododdziału Antyterrorystycznego Policji zatrzymali 26-letniego poznaniaka. W mieszkaniu w którym przebywał, funkcjonariusze znaleźli także znaczne ilości narkotyków: 16,7 kg marihuany, 18,2 kg amfetaminy oraz 2.500 szt. tabletek ekstazy. Środki te były przechowywyane w mieszkaniu m.in. w walizkach, workach foliowych i lodówce. Zabezpieczono również ponad 300 sztuk amunicji. Już kilka godzin później policjanci ustalili, że zatrzymany mężczyzna działał z innym 32-latkiem. Późnym popołudniem został on również zatrzymany. W miejscu jego przebywania ujawniono i zabezpieczono nielegalną broń. Ponadto przy mężczyźnie znaleziono 62 tys. złotych, które zabezpieczono na poczet kary. Podczas przeszukania jego miejsca zameldowania, zatrzymano trzeciego mężczyznę, przy którym również znaleziono narkotyki.

Wszyscy zatrzymani zostali przewiezieni do komendy, a następnie do Policyjnej Izby Zatrzymań. Kolejnego dnia usłyszeli zarzuty dot. nielegalnego posiadania broni i amunicji oraz posiadania i wprowadzania do obrotu znacznych ilości narkotyków. Decyzją sądu, na wniosek poznańskiej prokuratury dwóch z zatrzymanych trafiło do aresztu. Grozi im do 8 lat pozbawienia wolności.
 
 
Policja.pl
Wojt
Policja zlikwidowała linie gdzie produkowano amfetamine. Funkcjonariusze zabezpieczyli około 6,5 kilograma amfetaminy, parę tabletek exstazy w ilości 4 tysięcy sztuk, ponad 400 gram czystego MDMA i kokaine. Funkcjonariusze z wydziału kryminalistyki wycenili zabezpieczone narkotyki na 300 tysięcy złotych. Zatrzymano 3 osoby wobec których sąd zdecydował o 3-miesięcznym areszcie.
 
Tarnowscy policjanci zlikwidowali fabrykę środków odurzających na terenie Małopolski. Zabezpieczono ponad 6,5 kg amfetaminy, ponad 4 tys. sztuk tabletek ekstazy, 437 gramów MDMA, kokainę i metyloaminę. Wartość zabezpieczonych środków oszacowano na ponad 300 tys. zł. Sprawcy zostali tymczasowo aresztowani. Teraz odpowiedzą przed tarnowskim sądem. Grozi im do 10 lat pozbawienia wolności.
Kryminalni z Komisariatu Policji Tarnów-Zachód zatrzymali w Tarnowie osoby, które na terenie miasta rozprowadzały środki zabronione. Prowadzone czynności zmierzały do ustalenia skąd narkotyki trafiały do Tarnowa. Dzięki żmudnej pracy operacyjnej policjanci ustalili, że narkotyki produkowane są na terenie powiatu krakowskiego.

Efektem pracy mundurowych było zatrzymanie 3 osób. Podczas prowadzonych przeszukań ujawniono ponad 6,5 kg amfetaminy, 4388 sztuk tabletek ekstazy, 437 gramów MDMA, 10 gramów kokainy oraz 9,6 litra metyloaminy. Zabezpieczono również specjalistyczny sprzęt do wytwarzania amfetaminy. Wartość zabezpieczonych środków oszacowano na ponad 300 tys. zł.

Zatrzymanym postawiono już zarzuty i doprowadzono do prokuratury. Teraz grozi im do 10 lat pozbawienia wolności. Sąd zdecydował o 3-miesięcznym areszcie wobec zatrzymanych. Postępowanie w tej sprawie prowadzi Komisariat Policji Tarnów-Zachód.
 
 
Policja.pl
Wojt
Zakup kontrolowany od dłuższego czasu jest już zgodny z prawem lecz policja sporadycznie korzysta z tego przywileju, woli zatrzymania na gorącym uczynku lub zatrzymanie z donosu tak jest mniej pisania papierów a i wyniki liczą się do statystyk złapania delikwenta za co przysługują inne premie. Tym razem przypadek pozwolił zastosować  zakup kontrolowany gdyż chodziło o większa ilość, przy samym zatrzymanym zabezpieczono 2kg amfetaminy i blisko 16 tysięcy złotych.
 
Zatrzymanie sześciu osób oraz przejęcie 10 kg amfetaminy, blisko pół kilograma heroiny i 50 gramów kokainy – to efekt akcji policjantów stołecznego wydziału do walki z przestępczością narkotykową. Według nieoficjalnych informacji portalu tvp.info uderzenie w grupę było możliwe m.in. za sprawą tzw. operacji specjalnej policji. Funkcjonariusze dokonali m.in. zakupu kontrolowanego narkotyków, dzięki czemu aż trzech handlarzy zostało zatrzymanych na gorącym uczynku.

To miała być szybka transakcja. 37-letni Emil K. umówił się wcześniej na sprzedaż dwóch kilogramów amfetaminy z poznanymi jakiś czas wcześniej klientami. Gdy już miał przekazać narkotyk, okazało się, że to misterna pułapka policji.

Jak spod ziemi wyrośli antyterroryści, którzy otoczyli Emila K. Klientem handlarza był bowiem najprawdopodobniej funkcjonariusz stołecznego wydziału antynarkotykowego. Informacji o operacji specjalnej nie chciały jednak potwierdzić oficjalnie ani komenda stołeczna, ani prokuratura.

Oprócz narkotyków przy zatrzymanym mężczyźnie znaleziono 16 tys. zł. Wiele wskazuje na to, że był on jednym z liderów rozpracowywanej grupy.

Policjanci na zakupach

W podobną pułapkę wpadli także dwaj inni handlarze: 35-letni Marek R. i 31-letni Tomasz R. Mężczyźni zostali zatrzymani w okolicach Łodzi, gdy finalizowali transakcje sprzedaży 3 kg amfetaminy. Do ich ujęcia również wykorzystano antyterrorystów. Przy mężczyznach znaleziono ponad 28 tys. zł.

Niedługo potem zatrzymano kolejnych członków narkogangu: 24-letniego Bartłomieja Sz., 28-letnią Magdalenę K. oraz 33-letniego Marcina K. Podczas przeszukania ich mieszkań znaleziono elementy umundurowania policyjnego oraz sfałszowane dowody osobiste. Przejęto także „arsenał” grupy: trzy rewolwery hukowe. Prawdopodobnie miały służyć do odstraszania zbyt namolnych klientów.

W stołecznej Prokuraturze Okręgowej zatrzymani usłyszeli zarzuty m.in. wprowadzenia do obrotu znacznych ilości narkotyków i uczynienie z tego procederu stałego źródła dochodu. Handlarzom grozi do 12 lat więzienia.

Znali ich każdy ruch

Policjanci ze stołecznego wydziału do walki z przestępczością narkotykową rozpracowywali wspomnianą szajkę przez kilka ostatnich miesięcy. Z ich ustaleń wynikało, że na terenie Warszawy pojawiła się prężnie działająca grupa dilerów. Przestępcy specjalizować się mieli w handlu amfetaminą oraz heroiną. Oferowali także kokainę.

Śledczy ustalili skład gangu. Wiedzieli także gdzie handlarze najczęściej przebywają, gdzie urządzili narkotykowe magazyny oraz gdzie mają „bezpieczne” miejsca spotkań z klientami. Mając tak rozpracowaną grupę, zapadła decyzja o zorganizowaniu pułapki i zatrzymaniu handlarzy na gorącym uczynku.

Łącznie podczas akcji przeciwko narkogangsterom zabezpieczono ponad 10 kilogramów amfetaminy, blisko 400 gramów heroiny oraz ponad 50 gramów kokainy.
 
 
Tvp.info