Skocz do zawartości

NEWSY

Aktualności z całego świata!

Wojt
Sklepy, istniały legalnie, dzisiaj jeżeli sklep został zamknięty - jest dowóz. Nic się nie zmieni do czasu zalegalizowania małych ilości narkotyków. Jak to określa doktor chemii Pan Waldemar Krawczyk -  Jeżeli mamy do czynienia z dopalaczami, to nie mamy do czynienia z przestępstwami. 
 
 
 

Ponad 4 tys. osób zatruło się w ubiegłym roku dopalaczami. Choć za handel tymi substancjami grozi nawet milion złotych grzywny, to wciąż są miejsca, gdzie handel nimi kwitnie, a sprzedawcy kpią sobie z organów państwa. Jednym z takich sklepów zainteresowali się reporterzy UWAGI!. Oto wyniki prowokacji dziennikarskiej, jaką przeprowadzili na miejscu.

Nasza redakcja dostała informację, że w jednej z warszawskich dzielnic, naprzeciwko szkoły, w sklepie, który z zewnątrz przypomina sex-shop, sprzedawane są dopalacze. Choć handel tymi substancjami jest zakazany, to proceder kwitnie tam od dwóch lat. O funkcjonowaniu tego miejsca mówi nam osoba uzależniona od dopalaczy.
– Z zewnątrz jest to à la sex shop, ale w środku znajdujemy się w boksie metr na metr, gdzie mamy tylko dziurę, przez którą dostaniemy towar i wkładamy pieniądze – opowiada nasz informator. – Podchodzimy, dzwonimy dzwonkiem, drzwi się otwierają, zamykamy drzwi, potem drzwi się otwierają na nowo. I wychodzimy. Sklep funkcjonuje dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu – twierdzi i dodaje, że kupić tam można najróżniejsze dopalacze: do palenia, wąchania, pobudzające, uspokajające. – Najpopularniejszy jest ten dawny Mocarz, teraz Lite. To jest syntetyczna marihuana – mówi.
Z jego obserwacji wynika, że w sklepie zaopatrują się najróżniejsi klienci. – Od piętnastolatków po sześćdziesięciolatków – mówi. Według niego, obsługa nie ma żadnego problemu ze sprzedażą dopalaczy osobom nieletnim, a także tym, którzy nie mają gotówki. – Tam przyjmują wszystko. Tam za towar telefon wezmą, ciuchy wezmą, wszystko po prostu – twierdzi.
Ludzie, żeby się zaopatrzyć, posuwają się do ostateczności. – Z domu wynoszą biżuterię rodzicom. To jest chore. Jest kilku takich ludzi w Warszawie, którzy stracili przez ten akurat sklep domy, stracili rodziny, stracili wszystko. Widziałem ludzi, którzy tam podjeżdżali dobrymi samochodami, a w tym momencie są na Dworcu Centralnym – mówi.
Dwa lata temu ten sam sklep mieścił się w centrum Warszawy. Zaalarmowani przez lokatorów zajęliśmy się wtedy sprawą. Po naszym programie punkt zniknął, lecz jak się teraz okazuje, został tylko przeniesiony w bardziej ustronne miejsce.
Doktor Waldemar Krawczyk, z wykształcenia chemik, przez kilka lat był szefem Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji, a wcześniej oficerem CBŚ. W 2010 roku, po największej fali zatruć dopalaczami, uczestniczył w zmianie prawa, które pozwoliło zamknąć około 1,3 tys. punktów z niebezpiecznymi substancjami.
– Dopalacze od narkotyków różnią się definicją. Jeżeli patrzymy z punktu widzenia użytkownika, czyli działania psychotropowego, to się niczym nie różnią – uważa Waldemar Krawczyk i zwraca uwagę na najważniejszą różnicę: – Środki odurzające i substancje psychotropowe, czyli coś, co w skrócie nazywamy narkotykami, są wymieniona na liście, która jest dołączona do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, a pozostałe nie są wymienione. – Jeżeli mamy do czynienia z dopalaczami, to nie mamy do czynienia z przestępstwami – mówi Waldemar Krawczyk. Posiadanie dopalaczy nie jest w Polsce zabronione. Karany jest jedynie handel i produkcja tych substancji.
Nasz informator uzależniony jest od Mocarza, czyli syntetycznej marihuany. – Są kłopoty zdrowotne przez to. Ja straciłem sporo wagi i mam problem z jelitami w tym momencie. Uczuliłem się na dużo rzeczy. Nawet nie wiedziałem, że to może tak działać – przyznaje chłopak i dodaje, że nieraz próbował skończyć z nałogiem. – Zrywałem z tym, szczerze, co trzy miesiące. I wiem, że dużo ludzi też z tym zrywa, ale za każdym razem do tego wraca. Póki to będzie, to będą ludzie do tego wracali – uważa. Jak mówi, zdarzyło mu się też ukraść coś, by mieć na dopalacze. – Dostałem wyrok w zawieszeniu – wspomina.
A sąsiedzi sklepu przyznają, że jego klienci sprawiają problemy. – Jak jest zamknięte, to jest jakaś komedia. Drą się, krzyczą, ku...wią – mówi mężczyzna, który pracuje obok sklepu. – Kiedyś widziałem gościa, buty zdjął i przelatywał na drugą stronę ulicy, butami rzucał – opowiada. – Klientów nam zaczepiali – mówi inny mężczyzna, który pracuje obok. – Kogo nie widzieli, to: "Panie, daj dwa złote na bułkę". I tak latali po tych dopalaczach. A jak jakiś mocny towar wjechał, to oni tu się kładli. Tu leżał, tam leżał, tam leżał – mówi. Jak twierdzi, po takich wydarzeniach na miejsce wzywane było pogotowie, a do lokalu wchodzili antyterroryści. – Następnego dnia już było tu otwarte – mówi.
Choć za handel dopalaczami i ich produkcję grozi grzywna do miliona złotych, to punkt funkcjonuje w najlepsze. W ciągu paru godzin zaobserwowaliśmy kilkudziesięciu klientów. Postanawiamy wejść do środka. Poinstruowani przez informatora, jak nie wzbudzić podejrzeń, próbujemy kupić tam dopalacze.
Za niecałe 200 zł reporterowi UWAGI! udaje się kupić sześć torebek z dopalaczami. Transakcja się udała, ale po chwili sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Zaraz po tym, jak reporterowi udaje się kupić dopalacze, na ulicy podchodzą do niego policjanci, którzy oglądają zakupiony towar i zabierają dziennikarza UWAGI! na komendę. – Zawinęli mnie jak jakiegoś bandytę – opowiada potem reporter UWAGI! Mateusz Sadowski w rozmowie z Krzysztofem Spiechowiczem. – Przeszukali mnie na komendzie, przeszukiwali mi mieszkanie z psem – wspomina. Dodaje, że materiał filmowy i dopalacze, które kupił, policja zabezpieczyła.
Za walkę z handlem i produkcją dopalaczy odpowiada Państwowa Inspekcja Sanitarna. Jej pracownicy mogą zamknąć sklep z tymi substancjami i nałożyć wysoką karę finansową na sprzedawcę. Ku naszemu zdziwieniu, urzędniczka zajmująca się sprawą sklepu, którym się zainteresowaliśmy, nie chce pokazywać swojego wizerunku przed kamerą.
– Prowadzimy działania wobec zorganizowanej przestępczości. Poruszamy się po całym mieście, znajdujemy się w różnych miejscach, prowadzimy działania operacyjne, które powodują, że rozpoznanie naszego wizerunku może utrudnić nam rozpoznanie nowych punktów, w których odbywa się nielegalny handel – tłumaczy urzędniczka.
Jak twierdzi, o sklepie przy ul. Chłodnej dowiedzieli się ponad rok temu. Dlaczego więc cały czas funkcjonuje? – Nie zawsze, wchodząc do sklepu, znajdujemy cokolwiek. Mimo że jest informacja, że jest prowadzona sprzedaż, nie znajdujemy żadnych środków zastępczych – mówi i dodaje, że takich wejść jej urzędników do sklepu było cztery lub pięć, a na właścicieli nałożone były kary w wysokości 20-30 tys. zł.
Kary są jednak często nieskuteczne. Bywa tak, że osoby złapane na handlu dopalaczami same są od nich uzależnione i nie mają majątku z którego można by wyegzekwować grzywnę. Jak się jednak okazuje, kilka dni po przejęciu przez funkcjonariuszy filmu z zarejestrowaną przez nas transakcją policja i inspekcja po raz kolejny zawieszają działalność punktu z dopalaczami. Policjant z wolskiej komendy mówi, że lokal rozpracowywany był od dwóch lat, a policja wchodziła tam kilkukrotnie w ciągu miesiąca.
– Przyjeżdżaliśmy tam, obserwowaliśmy to miejsce, zatrzymywaliśmy osoby, które kupowały tam dopalacze, a następnie siłowo wchodziliśmy do środka i zatrzymywaliśmy osoby, które tam były relacjonuje policjant i dodaje, że dopalacze były ukrywane w różnych skrytkach. – Między innymi za umywalką, w ścianie, była taka szufladka. Ostatnio było wiadro z podwójnym dnem, które wyglądało, jakby po prostu było jakimś odpadem po remoncie – wymienia.
Jak wspomina, ostatnio znaleźli tam też automat z dopalaczami. – To była taka maszyna, do której wrzucało się pieniądze i udostępniany był dopalacz. Normalnie tak, jak każdy produkt się kupuje w takich automatach – mówi. – Nas nigdy tam nie wpuścili dobrowolnie. Natomiast, z tego co wiem, to waszemu dziennikarzowi udało się zakupić [dopalacze – red.] – zauważa policjant.
Podobnie działania relacjonuje urzędniczka z inspekcji sanitarnej. – Próbowaliśmy naszych współpracowników wystawić jako osoby, które chcą kupić, no nie przynosiły rezultatów – mówi. – Niestety, ale tak wszyscy handlujący środkami zastępczymi sobie kpią – dodaje i przyznaje, że często czuje bezsilność z tego powodu.
Receptę na to, jak skutecznie pozbyć się handlu dopalaczami, wymyślił kilka lat temu Waldemar Krawczyk. Zaproponował on delegalizację dziewięciu grup substancji chemicznych, które stanowią bazę do produkcji dopalaczy. – U nas ciągle trwały prace, ale bez skutku. W związku z tym ciągle mamy problem z dopalaczami, ciągle mamy zatrucia i jesteśmy w tym samym miejscu, co w 2010 roku – mówi Waldemar Krawczyk. – Może ktoś to obejrzy, może komuś to otworzy oczy – mówi nasz informator, który sam ma problem z dopalaczami. – Są ludzie, którzy mają możliwości. Może coś się w końcu z tym zrobi. To są ciężkie narkotyki – twierdzi.


Wprost.pl

Wojt
Czy Mdma i extazy to jeden i ten sam narkotyk? Według dziennikarza opisującego zabezpieczenie narkotyków o wartości 5 milionów złotych, mdma i extazy to dwa inne narkotyki. Zatrzymany 62-latek posiadał w domu amfetamine, mdma i konopie. Spędzi w więzieniu najbliższe lata.




 

W wynajętych mieszkaniach i garażach znaleziono narkotyki warte 5 mln zł. Za ich posiadanie Franciszek S. został skazany na 6,5 roku więzienia.
W kwietniu ubiegłego roku policjanci z CBŚP przeszukali kilka mieszkań i dwa garaże we Wrocławiu. Znaleźli ponad 57 kilogramów amfetaminy, a także konopie indyjskie, środek zwany MDMA oraz tabletki ecstasy. 
Niedługo później mediom udostępniono film pokazujący, jak funkcjonariusz policji wyciąga z lodówki paczki z amfetaminą. Narkotyk należał - jak ustalono - do grupy przestępczej, której członkiem był niejaki Franciszek S. Dziś jest on już prawomocnie skazany.
A wszystko dlatego, że nie dogadał się z panem Mariuszem co do tego, jak płacić czynsz za mieszkanie, które od niego wynajął.
Do lutego ubiegłego roku Franciszek S. siedział w więzieniu. Zaraz po tym jak wyszedł były kolega z celi zaproponował mu „pracę”. Miał dostać 15 tys. zł za wynajmowanie mieszkań i garaży na fałszywe nazwisko. Przygotowano nawet dowód osobisty ze zdjęciem Franciszka S. i danymi innej osoby.
Były więzień wynajął kilka lokali. Część na fałszywe, część na swoje nazwisko. Na wrocławskim Ołbinie wynajął mieszkanie od Mariusza Z. jako Franciszek S. Ale panowie nie uzgodnili jak ma być płacony czynsz. Pan Mariusz nie mógł się dodzwonić, więc przyszedł do swojego mieszkania, by tam znaleźć Franciszka S. Mężczyzny nie było w środku. Właściciel lokalu zajrzał do lodówki. Zobaczył worki i butelki z dziwnymi płynami. Przestraszył się i zawiadomił policję. Kilka dni później pan Franciszek został zatrzymany, a w kolejnych mieszkaniach i dwóch garażach znajdowano kolejne porcje narkotyków.
Prokuratura, a za nią sąd, uznały, że był członkiem grupy przestępczej. Ale poza nim nikogo innego z tego gangu nie złapano. Dawny kolega z celi zmarł (być może to było samobójstwo). Franciszek S. znał jeszcze tylko jednego członka grupy: pseudonim „Chochla”. Jednak przed sądem stanął tylko on sam. Dziś odsiaduje już prawomocny wyrok skazujący.
 
 
 
GazetaWroclawska.pl

Wojt
Policja podczas imprezy Mayday zatrzymała 31 osób. W trakcie zatrzymania zabezpieczono 39gr marihuany, 18gr amfetaminy i 100 tabletek ecstasy. Każdy z zatrzymanych trafił do policyjnego aresztu. O ich dalszym losie zdecyduje prokurator i sąd.
 
 

31 osób posiadających przy sobie narkotyki zatrzymano podczas odbywającego się w miniony weekend w Spodku festiwalu muzyki elektronicznej Mayday. Policja wraz z celnikami co roku kontroluje tę imprezę i za każdym razem zatrzymuje osoby z narkotykami.
Gromadzący co roku tysiące fanów festiwal Mayday zorganizowano w Katowicach po raz 18. Podobnie jak w poprzednich latach, jej uczestników sprawdzało kilkudziesięciu policjantów i celników z psami szkolonymi do poszukiwania narkotyków.

 
"Mimo że uczestnicy koncertu wiedzieli o kontrolach, funkcjonariusze zatrzymali 31 osób, które miały przy sobie narkotyki" - powiedziała w poniedziałek PAP rzeczniczka katowickiej policji kom. Aneta Orman. Zatrzymane w tym roku osoby miały przy sobie tabletki ecstasy, marihuanę oraz amfetaminę. 
"Kontrole były bardzo dokładne. Psy wyczuwały narkotyki nawet u osób, które co prawda tego dnia nie miały ich przy sobie, ale kiedyś nosiły je w kieszeniach swoich ubrań. Stróże prawa skontrolowali kilkaset osób" - wskazała Orman.
Policjanci z wydziału antynarkotykowego katowickiej komendy miejskiej, funkcjonariusze Urzędu Celno-Skarbowego oraz Straży Granicznej zatrzymali 31 osób, które posiadały łącznie blisko sto tabletek ecstasy, 39 gramów marihuany oraz prawie 18 gramów amfetaminy. Każdy z zatrzymanych trafił do policyjnego aresztu. O ich dalszym losie zdecyduje prokurator i sąd. Festiwal Mayday po raz pierwszy odbył się w 1991 r. w Berlinie. Od kilkunastu lat polska edycja imprezy odbywa się w Katowicach.
 
 

Katowice.tvp.pl
 

Wojt
Policja zlikwidowała kanał przerzutowy marihuany z Hiszpanii do Polski. Zabezpieczono 57 kilogramów suszu konopi, znalezisko dochodzeniówka wyceniła na blisko 3 miliony złotych. W domu zatrzymanego zabezpieczono broń.


 
Ponad 57 kg marihuany zatrzymano w zbiorniku ciężarówki. Produkt o czarnorynkowej wartości 2,8 mln zł przyjechał z Hiszpanii. Miał trafić na "warszawski rynek narkotykowy"
W ciężarówce DAF zbudowano specjalną skrytkę. Schowano w niej ponad 57 kg marihuany. Towar, o czarnorynkowej wartości 2,8 mln zł, miał trafić - jak podaje Policja, na "warszawski rynek narkotykowy". 

Feralna ciężarówka wpadła pod Warszawą. Policjantom podejrzany wydał się jeden ze zbiorników z paliwem. Po zdemontowaniu okazało się, że w środku jest 115 toreb z suszem o wadze około pół kilograma każdy. 

 
- Policjanci zabezpieczyli u organizatora tego procederu, 39-letniego Jacka K., 60 tys. złotych oraz dwa samochody: porsche i renault na poczet przyszłych kar - podaje stołeczna Policja. Mężczyźni zostali aresztowani.

 
Przez co najmniej trzy lata będą przebywać w więzieniu.

 
 
Nasielsk.NaszeMiasto.pl
 

Wojt
Dzisiaj news z zupełnie innej kategorii, lecz dotyczący inwigilacji. Jak wiecie Google inwigiluje nas i śledzi całą dobe. Lecz to nic, przy tym co robią Urzędy Skarbowe a dokładnie pracownicy oddelegowani do śledzenia dłużników na portalach społecznościowych w tym miedzy innymi Facebook.
 
 
 
Dowodowy na ukryty majątek fiskus bez problemu znajdzie w sieci. Zdjęcia dłużników, chwalących się nowym motocyklem, egzotycznymi wczasami czy domkiem nad jeziorem, wystarczą kontrolerom do konfrontacji z oświadczeniem o braku majątku.

- Dłużnicy chwalą się zdjęciami domów letniskowych, samochodów czy jachtów. Na portale społecznościowe i ogłoszeniowe wrzucają oferty sprzedaży dzieł sztuki - wylicza na łamach "Rzeczpospolitej" Małgorzata Spychalska-Szuszczyńska z poznańskiej Izby Skarbowej.
Dla fiskusa takie wpisy mogą być pretekstem do wszczęcia egzekucji i zajęcia majątku. Jak podaje dziennik, praktykę prześwietlania portali społecznościowych i aktywności w sieci dłużników potwierdza wiceminister finansów Maran Banaś.
W opinii prawnika, Jarosława Ziobrowskiego z kancelarii Kurpisz & Ziobrowski, podstawą kontroli podatkowych mogą być donosy. Zdjęcia na Facebooku jak najbardziej będą więc świadczyć przeciwko uchylającemu się od płacenia dłużnikowi.
Aktywność na portalu społecznościowym może również pogrążyć małe niezarejestrowane biznesy, które w ten sposób reklamują swoje usługi lub produkty oraz tworzą grupę klientów, a unikają płacenia podatków.
 
 

Money.pl
 

Wojt
Jak zdesperowany musi być funkcjonariusz policji aby rozkręcać rury kanalizacyjne aby wydobyć z nich marihuane. W placówce szkolnej Głównej Służby Pożarniczej, poinformowano rektora iż na terenie placówki przebywają osoby mogące posiadać narkotyki. Zabezpieczono ponad półtora grama marihuany. 


 
Rektor uczelni otrzymał informację, że kilku słuchaczy szkoły może posiadać środki odurzające. Powiadomił policję, która przeszukała wskazane pomieszczenia i podejrzewane osoby. Jeden ze studentów miał przy sobie niewielkie ilości marihuany. Usłyszał zarzut posiadania środków odurzających.

Mężczyzna przyznał się do posiadania środków, ale wyjaśnił, że ma je na własny użytek.
- Faktycznie nie była to duża ilość. Słuchacz miał przy sobie dwa "skręty" z marihuaną o wadze 1,18 grama - powiedział polsatnews.pl rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prokurator Łukasz Łapczyński.
Policjanci ujawnili też śladowe ilości podejrzanej substancji w umywalce w jednym z pokoi studenckich. - W związku z tym rozkręcono rury poniżej umywalki i tam znaleziono kawałki suszu o łącznej wadze 0,48 grama. W innych pomieszczeniach nie ujawniono niedozwolonych substancji - powiedział prokurator.
Dodał, że nikomu więcej w tej sprawie nie postawiono zarzutów.



Polsatnews.pl

Wojt






Zakończyły się kilkumiesięczne działania wolsztyńskich policjantów w sprawie kradzieży z włamaniem do domku letniskowego w Starkowie. Poszukiwany przez kryminalnych sprawca – mieszkaniec województwa dolnośląskiego ukrył się przed wymiarem sprawiedliwości w jednym z wielkopolskich ośrodków terapii uzależnień. Grozi mu do 10 lat pozbawienia wolności.

W poniedziałek policjanci Wydziału Kryminalnego KPP w Wolsztynie przedstawili zarzuty 25-letniemu mieszkańcowi województwa dolnośląskiego. Dotyczą one włamania do domku letniskowego w Starkowie oraz kradzieży hyundaia santa fe. 
Sprawa miała swój początek 13 sierpnia bieżącego roku, kiedy do wolsztyńskiej komendy zgłosił się 49-letni mieszkaniec Lubina wypoczywający nad jeziorem w Starkowie. Mężczyzna poinformował, że padł ofiarą przestępcy, który włamał się do jego domku letniskowego, ukradł znajdujące się tam kluczyki samochodowe, a następnie odjechał jego autem. Poniesione przez mężczyznę straty sięgnęły 30 000 złotych. 
Policjanci wszczęli w tej sprawie postępowanie przygotowawcze. Informacja o przestępstwie trafiła też do wielu jednostek w kraju. Po dwóch dniach do mundurowych z Wolsztyna dotarła informacja, że auto zostało zlokalizowane przez zachodniopomorskich policjantów w okolicy Kołobrzegu. Samochód był zamknięty i nie posiadał żadnych widocznych uszkodzeń. 
Od tej chwili działania prowadzone były równolegle przez wielkopolskich i zachodniopomorskich policjantów. Podczas oględzin samochodu policjanci z Kołobrzegu odnaleźli i zabezpieczyli ślady, które dawały szansę na ustalenie sprawcy przestępstwa. W tym samym czasie wolsztyńscy kryminalni na podstawie zebranego materiału wytypowali potencjalnego sprawcę. Bardzo szybko okazało się, że typowania policjantów i analiza zabezpieczonych śladów prowadziły do tej samej osoby - notowanego przez Policję za sprawą wcześniej popełnionych przestępstw, 25-letniego mieszkańca województwa dolnośląskiego. 
Jego zatrzymanie było w tej sytuacji kwestią czasu. Trwające od sierpnia poszukiwania zakończono w miniony poniedziałek. Policjanci KPP w Wolsztynie ustalili, że mężczyzna najprawdopodobniej przebywa na terenie Wielkopolski. Jak się okazało dwudziestopięciolatek przebywał … w ośrodku leczenia uzależnień niedaleko Poznania, gdzie zgłosił się na terapię już kilka dni po włamaniu. 
Mężczyzna w swoich zeznaniach przyznał się do zarzucanych mu czynów. Tłumaczył, że jego zachowanie wynikało bezpośrednio z działania dopalaczy, pod wpływem których się znajdował. Uzależnienie od tych substancji – jak twierdził – doprowadziły go do podjęcia terapii. 
Materiały sprawy niebawem trafią do sądu. Kara z jaka musi się liczyć to nawet 10 lat pozbawienia wolności.
 
 

Wolsztyn.NaszeMiasto.pl
 

Wojt
Rodzice, nauczyciele i dzieci będą uczyć się, czym są dopalacze. Poważnie się robi, tylko żeby się  za bardzo dzieciom  nie spodobały opowieści specjalistów. Czy nauczyciele mogą się teraz łatwiej zorientować że jesteś odurzony? A może to jednie taki straszak  
 
 
 
"Narkotyki, dopalacze - nie tędy droga" - kampania pod takim hasłem ma m.in. pomóc rodzicom i nauczycielom rozpoznawać sygnały świadczące o tym, że dziecko może zażywać środki psychoaktywne. Akcję informacyjną zainicjowano we wtorek w Radomiu.

Kampanię realizują mazowiecka policja i kuratorium oświaty, w partnerstwie z Wyższą Szkołą Handlową w Radomiu. Tym razem akcja skierowana jest głównie do pedagogów i rodziców, chociaż - podobnie jak w poprzednich latach - obejmie także uczniów starszych klas podstawówki oraz szkół ponadpodstawowych
Zdaniem mazowieckiej kurator oświaty Aurelii Michałowskiej, większość nauczycieli i rodziców ma jedynie ogólną wiedzą na temat tzw. dopalaczy; brakuje natomiast szczegółowej znajomości zagadnienia oraz - często - czujności ze strony dorosłych. - Wydaje nam się, że to niemożliwe, iż problem ten może dotyczyć także naszego dziecka. Musimy nauczyć się rozpoznawać niepokojące sygnały, które mogą świadczyć o tym, że nasze dzieci, uczniowie sięgają po narkotyki czy inne środki psychoaktywne - stwierdziła Michałowska.
Do Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Radomiu, która jako jedyna wśród placówek Sanepidu w Polce prowadzi laboratoryjne badania dopalaczy, coraz częściej zgłaszają się osoby, które znajdują u swoich bliskich podejrzane substancje i obawiają się, że mogą to być niebezpieczne środki psychoaktywne.
- Najczęściej zwracają się do nas o pomoc zaniepokojeni rodzice. Chcą wiedzieć, co znaleźli u dziecka, żeby szybko podjąć odpowiednie działania - powiedziała Dorota Walczak z radomskiego Sanepidu. Dodała, że na razie PSSE w Radomiu bada głównie próbki substancji zabezpieczanych przez policję lub pracowników Sanepidu w nielegalnych sklepach z dopalaczami. Zdaniem Walczak, potrzeba badań wykonywanych na zlecenie indywidualnych klientów jest jednak bardzo duża.
Kampania antydopalaczowa będzie prowadzona w 28 powiatach woj. mazowieckiego. W planach są m.in. konferencje, międzyszkolne debaty, spotkania nauczycieli, rodziców i młodzieży z policjantami, przedstawicielami sanepidu, lekarzami i terapeutami.
W ramach kampanii zostaną także przeprowadzone internetowe ankiety wśród młodzieży. - Chcemy się przekonać, jaka skala zagrożenia środkami odurzającymi występuje w danym środowisku, by potem podejmować konkretne działania - wyjaśnił komendanta mazowieckiego policji insp. Marek Świszcz. Podkreślił, że według ubiegłorocznych badań przeprowadzonych przez mazowiecką policję w regionie radomskim, ok. 42 proc. z ponad 11 tys. ankietowanych młodych ludzi nie znało skutków zażywania narkotyków i środków psychoaktywnych.
 
 
 
Onet.pl
 

Wojt
Dopalacze były wszędzie dostępne i będą, ludzie chcą się odurzać i żadne kary czy uprzykrzanie życia czy to kupującym czy sprzedającym nie staną na przeszkodzie aby sfinalizować swój odlot. Doskonały przykład, że da się prowadzić biznes pokazują osoby odpowiedzialne za sklep czy sklepy opisane w tym artykule. 

 
Tylko w październiku sanepid nałożył na właścicieli sklepów z dopalaczami 60 tysięcy złotych kar. Wiele z nich działa nadal, wystarczy tylko wiedzieć, jak zadzwonić do zamkniętych drzwi.

 
- To jak walka z wiatrakami – mówią czytelnicy, którzy obserwują, jak sklepy sprzedające dopalacze są zamykane, a wkrótce potem otwierają się ponownie. Nie pomagają kary i kontrole, dopalaczowy biznes kwitnie i widocznie przynosi on właścicielom sklepów naprawdę krociowe zyski, skoro nie robią na nich wrażenia regularne kontrole i nakładane raz po raz kary administracyjne.
 
 Zamknięty, ale działa
Najsłynniejszy sklep z dopalaczami przy ulicy 25 Czerwca w Radomiu nadal przyjmuje klientów, mimo ciągłych kontroli. 
- Było tak, że działalność sklepu oficjalnie zlikwidowano, a po kilku dniach wznowiono. Miałem okazję widzieć przyjęcie towaru. Samochód zaparkowano na podwórku kamienicy. Dwóch mężczyzn spokojnie wnosiło paczki głównym wejściem – informował nas jeden z czytelników, prosząc o anonimowość. - Widziałem też kobietę, która próbowała wejść, ale nie była poinformowana jak zadzwonić. Natychmiast podszedł znajdujący się obok mężczyzna i pomógł. Zadzwonił w sposób znany stałym klientom. Drzwi natychmiast otwarto i kobietę wpuszczono. W związku z likwidacją sklepu coś zrobiono. Przed sklepem rozebrano fragment chodnika, pozorując wykonywanie prac. Ten fragment chodnika ogrodzono i ustawiono znaki „Zakaz ruchu pieszych”. To utrudnienie klientom sklepu w niczym nie przeszkadza. Od czasu do czasu za przechodzenie w tym miejscu ktoś dostaje mandat – relacjonował czytelnik. 
Pracownicy Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Radomiu, często w asyście policji i straży miejskiej, prowadzą kontrole w dwóch punktach, w których podejrzewa się, że sprzedają tak zwane środki zastępcze, czyli dopalacze.
 
 Sześć kontroli w Radomiu
 - W październiku przeprowadziliśmy sześć kontroli w dwóch lokalach na terenie Radomia. Od początku roku zabezpieczyliśmy około 4715 próbek podejrzanych substancji. Badanie ich potwierdziło w większości, że są to tak zwane środki zastępcze – mówi Małgorzata Gregorczyk, rzecznik radomskiego sanepidu. 
W czasie kontroli sklepów z dopalaczami, sanepid wydaje decyzje o wstrzymaniu obrotu podejrzanymi środkami na 18 miesięcy oraz o zakazie prowadzenia działalności na okres trzech miesięcy.

 
Trują się dzieci, młodzież oraz dorośli 
Sporządzono także 16 raportów, dotyczących zatruć lub podejrzeń zatruć dopalaczami. Dotyczyły one osób w wieku od 14 do 23 lat. 
Po kontroli drzwi lokali zostają zabezpieczone plombami z pieczątką Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Radomiu. Plomby zaraz jednak znikają i sytuacja powtarza się od nowa. 
Jednak skuteczna walka z dopalaczami jest utrudniona, także przez brak dotkliwych kar. Artykuł 52 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii mówi, że kto wytwarza lub wprowadza do obrotu na terytorium Polski środek zastępczy lub nową substancję psychoaktywną, podlega karze pieniężnej w wysokości od 20 tysięcy do miliona złotych. 
 
Groźne zatrucia
Na początku lipca tego roku radomski sanepid alarmował o dużej ilości stwierdzonych w Radomiu zatruć spowodowanych substancją pod nazwą furanyl - fentanyl, w skrócie Fu-F. Po tę niebezpieczną substancję sięgnęło 15 osób w wieku 14-37 lat. Wszystkie trafiły do szpitala. Fu-F to substancja bardzo silnie uzależniająca. Obecnie trwają prace związane z wprowadzeniem jej na listę narkotyków. Sięgające po nią osoby często nie mają pojęcia jakie może spowodować spustoszenie w organizmie. 
Skuteczna pomoc po zatruciu dopalaczami jest trudna, bo stanowią one mieszankę różnych substancji, a ich skład wciąż jest modyfikowany. Dopalacze wywołują nieprzewidziane reakcje organizmu od skrajnej euforii po agresję, stany depresyjne, ataki szału, czy paniki. 
 
 
Echodnia.eu
 

Wojt
Policja zatrzymała dwóch mężczyzn, w mieszkaniach do których siła weszła policja, zabezpieczono rewolwer i nie określone bliżej substancje uznane przez funkcjonariuszy jako dopalacze. 

 
 
Policjanci z zespołu do walki z przestępczością narkotykową wydziału kryminalnego rybnickiej komendy przejęli kolejne „dopalacze” i zatrzymali dwóch mężczyzn w wieku 29 i 34 lat. Z zabezpieczonych przez śledczych środków można było przygotować ponad 8 tys. porcji dilerskich. W jednym z przeszukiwanych mieszkań policjanci znaleźli i zabezpieczyli także rewolwer.

Policjanci z zespołu do walki z przestępczością narkotykową rybnickiej komendy, przy wsparciu rybnickiej grupy szybkiego reagowania, siłowo weszli do dwóch mieszkań na terenie Rybnika i okolic. Podczas przeszukań policjanci znaleźli spore ilości woreczków foliowych z zawartością białej substancji. Z zabezpieczonych środków można było przygotować ponad 8 tys. porcji dilerskich. Policjanci znaleźli także pieniądze, rewolwer, sprzęt do ważenia, kruszenia i porcjowania narkotyków oraz kilkanaście tabletek, które posiadają w swoim składzie pochodne amfetaminy i metaamfetaminy.

Przechwycone „dopalacze” przekazano do badań laboratoryjnych w celu ustalenia ich składu chemicznego. Do ekspertyzy trafi również broń. W tej sprawie zostało zatrzymanych dwóch mężczyzn w wieku 29 i 34 lat. Podejrzani usłyszeli już zarzut posiadania środków odurzających. Młodszy z nich dodatkowo usłyszał zarzut handlu tymi środkami oraz posiadania bez wymaganego pozwolenia broni palnej. Czynności w tej sprawie trwają.

Przypominamy, że w świetle ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, za posiadanie narkotyków grozi do 3 lat, zaś handel narkotykami do 8 lat więzienia.

Za wprowadzenie do obrotu szkodliwych dla zdrowia lub życia wielu osób substancji, również grozi 8 lat pobytu za kratami.
 
 
 
Ślaska.policja.gov.pl

×