Skocz do zawartości

NEWSY

Aktualności z całego świata!

Wojt
Zatrzymany Ukrainiec pójdzie seidzieć na prawie 3 lata za przemyt.... 5 TON haszu z Hiszpanii przez Polskę do Rosji. Pomysłodawca procederu nie został złapany, chociaż znane są funkcjonariuszom CBŚP jego dane. Kurier za jeden kurs dostawał 1500 Euro. Musi zapłacić 53.000 złotych grzywny.
 
 
 
 
Kurier, który przemycił z Hiszpanii do Rosji 5 ton haszyszu, usłyszał w poniedziałek wyrok 
2 lat i 7 miesięcy pozbawienia wolności.

Przed Sądem Okręgowym w Lublinie zapadł wyrok w sprawie Ukraińca, który od kilku lat przemycał z Hiszpanii do Rosji (przez Polskę) tony narkotyków.
Międzynarodowa grupa przestępcza działała od sierpnia 2010 roku do maja 2015 r.
Szajkę rozbili funkcjonariusze CBŚP z Lublina. Szefem gangu był Sergiej B., Białorusin z polskim paszportem, a jednym z jego kurierów Ukrainiec Andrij K.
- Oskarżeni zorganizowali przemyt co najmniej 5360 kilogramów haszyszu, który charakteryzuje się działaniem wielokrotnie silniejszym od marihuany. Narkotyk rozprowadzany był potem w Moskwie i Sankt Petersburgu. Jego ilość pozwalała na wytworzenie ponad 5 milionów jednorazowych porcji o wartości nawet 220 milionów zł - informował Maciej Florkiewicz, naczelnik Lubelskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej.
Narkotyki były przewożone w wynajętych samochodach, w specjalnie do tego przygotowanych skrytkach. W czasie jednego kursu kurier mógł zarobić nawet 1500 euro.
Andrij K. przyznał się do winy i zdradził dokładny przebieg przestępczego procederu. Zgodził się także dobrowolnie poddać karze.
W poniedziałek sąd skazał go na 2 lata i 7 miesięcy bezwzględnego więzienia. Ma także zapłacić 53 tys. zł grzywny. Poniedziałkowy wyrok jest nieprawomocny.
Sprawa jego szefa Sergieja B. jeszcze nie ruszyła.
 
 

KurierLubelski.pl
 

Wojt
Funkcjonariusze CBŚP odnotowują kolejny sukces. W bardzo szybki sposób zapobiegli oni transakcji narkotykowej. W trakcie dalszych czynności zabezpieczono łącznie około 15 kilogramów różnych narkotyków. Zatrzymanym grozi do 12 lat pozbawienia wolności.
 
 
 
 
Policjanci CBŚP najpierw zapobiegli transakcji narkotykowej, której przedmiotem było pół kilograma kokainy, a następnie zlikwidowali dwa magazyny, w których znaleźli 10 kg amfetaminy, ponad 2,5 kg kokainy, 820 gramów heroiny, około 14,5 tysiąca sztuk tabletek ekstazy oraz inne narkotyki i różnego rodzaju substancje chemiczne. Jest to efekt wielomiesięcznej pracy funkcjonariuszy z warszawskiego Zarządu CBŚP pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Policjanci zatrzymali do sprawy dwie osoby, które aresztowano.

Policjanci Zarządu w Warszawie Centralnego Biura Śledczego Policji od dłuższego czasu wyjaśniali sprawę. Ustalenia i weryfikacje informacji doprowadziły do zatrzymania dwóch mężczyzn w trakcie transakcji, której przedmiotem było ponad pół kilograma kokainy. Czarnorynkowa wartość zabezpieczonego narkotyku to około 80 tysięcy złotych.

Kolejnym krokiem, jaki wykonali policjanci z CBŚP, było dotarcie i zlikwidowanie pierwszego magazynu narkotyków. Jak się okazało ten znajdował się na terenie wynajętej posesji w powiecie pruszkowskim. W budynkach gospodarczych policjanci znaleźli i zabezpieczyli ponad 2 kilogramy kokainy, 100 gramów haszyszu, 200 gramów  mefedronu, 820 gramów heroiny oraz około 14,5 tysiąca sztuk tabletek ekstazy.
Drugi magazyn był ukryty kilkanaście kilometrów dalej w specjalnie przeznaczonym do tego celu samochodzie ciężarowym typu chłodnia. Z ustaleń śledczych wynika, że pojazd został zakupiony prawdopodobnie do przechowywania substancji zabronionych. W części ładunkowej samochodu policjanci znaleziono 10 kg amfetaminy oraz łącznie 80 litrów i 110 kg różnego rodzaju chemikaliów niezbędnych do produkcji substancji psychotropowych.

Kontynuując działania, policjanci CBŚP znaleźli, na terenie jednej z posesji w województwie wielkopolskim, kompletne wyposażenie technologiczne umożliwiające rozpoczęcie uprawy marihuany.

Ilość zabezpieczonych rzeczy świadczy o tym, że nielegalny proceder mógł trwać od dłuższego czasu. Śledczy wycenili zabezpieczone narkotyki na 1,8 mln zł. Na poczet przyszłych kar policjanci zabezpieczyli od zatrzymanych mężczyzn pieniądze i mienie ruchome na łączną kwotę pół miliona złotych. Zebrane materiały dowodowe w sprawie zostały przekazane do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Prokurator przedstawił zatrzymanym zarzut wprowadzania do obrotu znacznych ilości środków odurzających, a następnie skierował do sądu wniosek o ich tymczasowe aresztowanie. Sąd po dokonaniu analizy akt sprawy zastosował wobec obu mężczyzn trzymiesięczne aresztowanie. Zatrzymanym grozić może kara do 12 lat pozbawienia wolności.
 


Policja.pl

Wojt
Zatrzymano 11 osób podejrzanych o handel metamfetaminą. W akcji brało udział 60 funkcjonariuszy Państwowych. Zatrzymanym grozi do 10 lat pozbawiani wolności. Grupa zajmowała się produkcją narkotyku w bardzo przebiegły sposób już w 2016 roku doszło do pierwszego zatrzymania, wtedy udało się policji zabezpieczyć 700ml płynnego narkotyku i 42 gramy gotowego produktu.
 
 

Przez dwa lata Centralne Biuro Śledcze wraz z jeleniogórską prokuraturą rozpracowywało gang narkotykowy, który produkował i wprowadzał do obrotu narkotyki w województwie dolnośląskim, lubuskim i w Niemczech. Prochy trafiały do dilerów, a następnie do konsumentów. Zagłębiem narkotykowym okazała się Bogatynia. To tam ta trójstyku prężnie działała fabryka metamfetaminy.
Śledczy z wydziału narkotykowego ustalili, że producenci mogli sprzedać w ciągu pół roku 10 kilogramów metamfetaminy o wartości przeszło miliona złotych.

Metamfetamina znana tu jako „piko” czy też „ryż” to psychoaktywny rarytas dla amatorów narkotykowej fazy. W Kotlinie Turoszowskiej nie ma żadnego problemu, aby dostać narkotyk, a ludzie pod wpływem białego proszku lokalnie nazywani są „piko ludami”, gdyż różnica chociażby w wyglądzie po zażyciu stymulanta jest ogromna.
Narastający popyt na silnie uzależniający „kryształ”, który sieje spustoszenie zarówno w organizmie, jak i ludzkiej psychice, zafrapował „narkotykowych” z Wrocławia, a ich wysunięta hipoteza o laboratorium - potwierdziła się.
Mundurowi musieli działać szybko, ale ostrożnie. Na celowniku był gang narkotykowy, który aby chronić swoje interesy, działał przebiegle i niebezpiecznie. Pierwsza „niezapowiedziana wizyta” policjantów CBŚP odbyła się w marcu 2016 roku. Wtedy mundurowi wytropili 700 ml metamfetaminy w fazie płynnej, 42 gramy gotowego produktu, odczynniki chemiczne, półprodukty oraz szklane naczynia. Do aresztu trafiły wtedy cztery osoby, którym zgorzelecka prokuratura przedstawiła zarzuty wytwarzania znacznych ilości narkotyków.
Szybko okazało się jednak, że problem nie zniknął, a białe szaleństwo nadal trwa w najlepsze. Psychotropów wciąż było dużo na lokalnym rynku. Policjanci przez wiele miesięcy intensywnie pracowali, aż udało im się ustalić podejrzanych „laborantów”. Każdy, najmniejszy pochopny krok mógł stanowić niebezpieczeństwo dla powodzenia akcji. Stawka była naprawdę wysoka - chodziło o kilkanaście osób. Wszyscy musieli zostać zaskoczeni i jednocześnie zatrzymani - nie mogło dojść do przecieku i wzajemnych ostrzeżeń.
- Policjanci z CBŚP z Jeleniej Góry i Wrocławia poprosili o wsparcie funkcjonariuszy z Zarządu w Gorzowie Wielkopolskim oraz dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego. W akcji brało udział około 60 funkcjonariuszy, którzy w tym samym czasie bardzo wcześnie rano weszli do kilkunastu domów i zatrzymali jedenaście osób - mówi nam kom. Iwona Jurkiewicz, rzecznik prasowy Centralnego Biura Śledczego Policji.
 
 
 
GazetaWroclawska.pl

Wojt
Prześmiewczo można by powiedzieć, przed wczoraj sklep istniał dzisiaj go zlikwidował sanepid a jutro nowa spółka będzie prowadziła handel ponownie w tym samym miejscu. Tak jednym zdaniem możemy opisać sytuacje do jakich dochodzi bardzo często i tak w tym przypadku szumne zamknięcia sklepu przez organy państwowe na nic się zdają.



 
Sklep z dopalaczami przy ulicy Jagielońskiej w Olsztynie to niekończąca się historia. Policja go zamyka, a on się otwiera na nowo. Czy tak będzie też teraz?

W czerwcu zamknięto go po raz pierwszy. Zatrzymano wtedy sprzedawcę 20-letniego Kamila L. Wobec mężczyzny na początku nie zastosowano aresztu. Po jakimś czasie sąd rejonowy ponownie rozpatrując sprawę nakazał jego aresztowanie.

Ale było już za późno. 20-latek zniknął, a sklep ponownie rozpoczął swoją działalność. Za ladą stanął już ktoś inny. Z kolei w minioną środę, 15 listopada, zamknięto sklep po raz kolejny.
— Czy tym razem ostatecznie? — zastanawiają się właściciele okolicznych lokali. Policjanci podczas kolejnego już przeszukania sklepu z dopalaczami zabezpieczyli blisko 600 sztuk niebezpiecznych substancji oraz pieniądze. Zatrzymani usłyszeli zarzuty wprowadzania do obrotu szkodliwych dla życia i zdrowia substancji. Sąd na wniosek prokuratora wydał decyzję o zastosowaniu wobec mężczyzn tymczasowego aresztowania na okres 3 miesięcy.
— Widziałem, że podjechały trzy wozy operacyjne i ich porozganiali. Od tej pory jest spokój. Roleta spuszczona, nikt się tu nie kręci, ale kto wie na jak długo? — zastanawia się pan Andrzej, zegarmistrz z Zatorza. Jak mężczyzna wspomina wielomiesięczne sąsiedztwo podejrzanego biznesu? — Kręciło się tu trochę szemranego towarzystwa, jednak nie wchodziliśmy sobie w drogę. Sklep nie był otwarty cały czas, a tylko przez kilkadziesiąt minut w ciągu dnia.
Raz rano, raz po południu. Najwidoczniej umawiali się na telefon. Nie czułem się zagrożony, ale przyjemne to również nie było, dlatego życzyłbym sobie, aby ta likwidacja sklepu była już ostateczna. Poza tym to nie o mnie tu chodzi, a zdrowie i życie przychodzącej tu młodzieży — zauważa.



Olsztyn.wm.pl

Wojt
Funkcjonariusze CBŚP doprowadzili do zatrzymania 11 osób które handlowały narkotykami na terenie Śląska głownie w Zabrzu. Zatrzymanym przedstawiono 70 zarzutów. Bardzo hermetyczna grupa była blisko związana z pseudokibicami.
 
 
 
 
Blisko 70 zarzutów dotyczących hurtowego obrotu narkotykami oraz licznych przestępstw, m.in. przeciwko życiu i zdrowiu, usłyszeli członkowie grupy przestępczej rozbitej przez CBŚP. Gang był ściśle związany ze środowiskiem stadionowych chuliganów, głównie z Zabrza.

Policjanci zatrzymali w tej sprawie 11 osób, z których osiem zostało tymczasowo aresztowanych. U podejrzanych znaleziono nie tylko amfetaminę, kokainę i marihuanę, ale także maczety, kastety, pałki teleskopowe, kominiarki w charakterystycznych klubowych barwach miejscowej drużyny piłkarskiej i pistolet hukowy.
W Prokuraturze Okręgowej w Gliwicach podejrzanym przedstawiono blisko 70 zarzutów dotyczących hurtowego obrotu narkotykami oraz przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, mieniu, wolności, a nawet wymiarowi sprawiedliwości
- poinformowała rzeczniczka CBŚP kom. Iwona Jurkiewicz.

Przestępczy gang rozpracowali policjanci z zarządu CBŚP w Katowicach, którzy ustalili, iż na Śląsku - głównie w Zabrzu - działa zorganizowana grupa zajmująca się obrotem narkotykami, której członkowie są ściśle powiązani ze środowiskiem pseudokibiców.
Grupa była bardzo hermetyczna. W minionym tygodniu wytypowane osoby zostały zatrzymane i doprowadzone do gliwickiej prokuratury, gdzie przedstawiono im zarzuty.

Podejrzani usłyszeli również zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, a jedna osoba kierowania tą grupą - to właśnie ten mężczyzna usłyszał zarzut wpływania groźbą na działania funkcjonariusza policji
- podała rzeczniczka CBŚP.
Na podstawie zebranych materiałów dowodowych sąd aresztował na trzy miesiące ośmioro podejrzanych.
 
 
 
Niezalezna.pl

Wojt
Funkcjonariusze zabezpieczyli u zatrzymanych blisko 44 kilogramy mdma, z produktu przestępcy mogli uzyskać ponad 215 tysięcy sztuk tabletek. Wobec zatrzymanych zastosowano 3 miesięczny areszt. Za przemyt wewnątrzwspólnotowy grozi im teraz do 3 lat pozbawienia wolności.



 
Prawie 44 kilogramy MDMA nie trafi na polski rynek dzięki działaniom CBŚP przeprowadzonym wspólnie z funkcjonariuszami KWP we Wrocławiu, Straży Granicznej i KAS-u. Substancja, z której można by wytworzyć 215 tysięcy tabletek ekstazy, została przemycona do Polski z Holandii. Do sprawy zatrzymano dwóch mężczyzn. Śledztwo prowadzą policjanci CBŚP pod nadzorem Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej.

Wspólna akcja policjantów z Zarządu we Wrocławiu Centralnego Biura Śledczego Policji, Wydziału dw. z Przestępczością Narkotykową Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, funkcjonariuszy Straży Granicznej w Zgorzelcu oraz Dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego została przeprowadzona w minionym tygodniu. Wówczas to zatrzymano Jakuba Ś. oraz Kamila K. Obaj mężczyźni są podejrzani o przemycenie na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej znacznych ilości substancji psychotropowych w postaci MDMA. Funkcjonariusze w samochodzie dostawczym, przewożącym opony znaleźli worki z krystaliczną substancją. Łącznie zabezpieczono prawie 44 kilogramy narkotyku. Z takiej ilości substancji można by wyprodukować 215 tysięcy tabletek ekstazy, o czarnorynkowej wartości około 2,7 mln. zł.

Podejrzani zostali doprowadzeni do Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu, gdzie prokurator przedstawił im zarzuty wewnątrzwspólnotowej dostawy znacznej ilości substancji psychotropowej MDMA.

Sąd Rejonowy dla Wrocławia – Śródmieście zadecydował o trzymiesięcznym areszcie dla obu zatrzymanych, którym za zarzucane czyny grozić może kara grzywny i pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 3 lata.

Śledztwo w sprawie prowadzone jest przez policjantów z Zarządu we Wrocławiu Centralnego Biura Śledczego Policji, pod nadzorem Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu.



Policja.pl

Wojt
Pierwsze propagandowe wiadomości w sprawie zmian w ustawie przeciwdziałania narkomanii i karalności za dopalacze. Czy to już koniec rynku czy kolejny bubel prawny? Podczas gdy w Czechach za posiadanie narkotyków może grozić nam mandat, w Polsce posiadanie małych ilości dopalaczy ma być karane grzywna... 
 
 
 
 
Ministerstwo zdrowia otwiera nowy front na wojnie z substancjami psychoaktywnymi; karani mają być nie tylko ich dystrybutorzy, ale także posiadacze, i to surowo, bo pod tym względem nielegalne środki zostaną zrównane z narkotykami - pisze dziś „DGP”.
Z przygotowywanego przez resort Konstantego Radziwiłła projektu nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii wynika, że za samo posiadanie dopalaczy w najlepszym przypadku grozić będzie grzywna, a w najgorszym (gdy będą to znaczne ilości substancji) - pozbawienie wolności do trzech lat - informuje "DGP".

Ministerstwo Zdrowia chce też znacznie surowiej niż dzisiaj karać za sprzedaż zakazanych substancji psychoaktywnych. Grozić ma za to do 12 lat więzienia. Za nakłanianie małoletniego do spożycia takiej substancji będzie można trafić za kratki na osiem lat, a jeśli zrobi się w to w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, kara urośnie do 10 lat.
Jak podaje gazeta, stworzony zostanie też specjalny rejestr zatruć i zgonów spowodowanych przez te środki. Placówki lecznice podejrzewające, że ich pacjent zatruł się dopalaczem, będą musiały w ciągu 48 godzin powiadomić o tym powiatowego inspektora sanitarnego. Ten przekaże wiadomość głównemu inspektorowi, który do końca marca każdego roku będzie sporządzał raport podsumowujący zgłoszenia z całej Polski. Obecnie takie dane zbiera konsultant krajowy w dziedzinie toksykologii i przekazuje je do GIS.
Według informacji "DGP" resort zdrowia zamierza walczyć z dopalaczami również w sieci. Chce, żeby główny inspektor sanitarny prowadził rejestr internetowych domen (tak samo jak przy e-hazardzie) prowadzących nielegalny handel. Dostawcy internetu będą musieli zablokować dostęp do takiej strony w ciągu 48 godzin. Za niepodporządkowanie się tym obowiązkom firmom telekomunikacyjnym będzie grozić kara finansowa.
Nowe przepisy mają także zapewnić pomoc osobom uzależnionym od dopalaczy. Resort zdrowia proponuje, by uzależnienie od nowych substancji psychoaktywnych podlegało leczenie i rehabilitacji tak samo jak uzależnienie od narkotyków.
Jak mówi "DGP" Artur Malczewski, kierownik Centrum Informacji o Narkotykach i Narkomanii w Krajowy Biurze ds. Przeciwdziałania Narkomanii, w Polsce działa około stu sklepów z dopalaczami, co daje nam jedno z czołowych miejsc w Europie.
Obecnie obowiązujące przepisy przewidują za handel dopalaczami jedynie kary finansowe. W dodatku są one mało efektywne. Z rachunku na 64,8 mln wystawionego sprzedawcom prze Państwową Inspekcję Sanitarną w latach 2010-2016 r. udało się wyegzekwować zaledwie 1,8 mln.
Jak podkreśla dziennik, tylko w tym roku dopalaczami zatruło się kilka tysięcy osób, a 10 zmarło.
 
 
 
Niezalezna.pl

Wojt
Mężczyzna chciał zniszczyć sklep z dopalaczami, był trzeźwy i trafił do aresztu. Grozi mu do 12 lat pozbawienia wolności. Śledztwo wszczęto z urzędu a zeznania przez pokrzywdzonych zostały ułożone tak, jakby zatrzymany mężczyzna dopuścił się rozboju.



 
Pan Tomasz pięścią wyraził swój gniew, że sklepy z dopalaczami cały czas sprzedają trujące substancje. Został zatrzymany przez policję i teraz czeka w areszcie na proces. A sklep na olsztyńskim Zatorzu nadal sprzedaje dopalacze..

To syzyfowa praca. Można mówić, że dopalacze trują nasze dzieci, a one i tak po nie sięgają. Bo mają je na wyciągnięcie ręki, za 20 zł. Można zamykać sklepy, a one i tak po kilku dniach znów otwierają drzwi. Policja rozkłada ręce, bo zakazane dziś substancje jutro zastępowane są innymi. Sprzedawcy są cwani i wykorzystują luki w prawie. Byleby interes się kręcił. Nawet po trupach do celu.
— Mój brat Tomek nie mógł tego znieść. Usłyszał w telewizji, że po zażyciu dopalaczy zmarła 14-letnia dziewczynka. Później ja znalazłam w plecaku mojego dziecka dopalacze. Syn nawet nie wiedział, co to jest, bo jest mały. I całe szczęście, że tego nie spróbował! — opowiada Katarzyna Grygorczyk z Olsztyna. — Brat nie mógł już znieść, że dopalacze są na wyciągnięcie ręki, że pod pozorem legalnie działającej firmy, sprzedaje się produkty, przez które tracą życie nawet małe dzieci. Wszedł do sklepu, zniszczył znajdujące się tam gabloty. Można powiedzieć: zrobił rozróbę. Na miejsce została wezwana policja i teraz brat siedzi w areszcie… Wiem, brat podjął zbyt radykalne kroki, ale żeby od razu go zamknąć? Jak w takim razie działa nasze państwo, skoro zwykli obywatele muszą brać sprawy w swoje ręce? A następnie są za to dotkliwie karani, a osoby sprzedające takie środki chodzą na wolności i śmieją się ze sprawiedliwości — pyta kobieta.
Bratu pani Katarzyny postawiono zarzut rozboju, czyli kradzieży połączonej z użyciem przemocy. To znacznie więcej za zdemolowanie kilku gablot. Pan Tomasz został oskarżony również o kradzież pieniędzy, które znajdowały się w sklepie.
— Wyjaśnienia podejrzanego odbiegają i to diametralnie od zeznań osoby, która była w sklepie. Zapewne została poinstruowana, w jaki sposób ma zeznawać. Przez to mojemu klientowi grozi znacznie wyższa odpowiedzialność niż w przypadku uszkodzenia mienia — wyjaśnia Arkadiusz Basiak, radca prawny reprezentujący pana Tomasza. — Po zajściu wniosek o uszkodzenie mienia nie został złożony. Sprawę załatwiono w inny sposób. W związku z rozbojem postępowanie nastąpiło z urzędu. Na razie nie wiemy, jaka kara grozi panu Tomaszowi. Będę składał jeszcze kilka wniosków dowodowych w tej sprawie i zobaczymy, co one nam przyniosą. Ogólnie rzecz biorąc — za rozbój grozi od dwóch do dwunastu lat pozbawienia wolności — mówi Arkadiusz Basiak.
Policja nie chce komentować tej sprawy zasłaniając się prawem do prywatności osoby fizycznej. Pytamy jednak o dopalacze, które cały czas są dostępne. Sklep z dopalaczami znajdujący się na olsztyńskim Zatorzu, przy ul. Jagiellońskiej, zamykany był przecież kilkakrotnie przez policję. Ale za każdym razem handel znów nabierał rozpędu. Można powiedzieć, że sprzedawcy grają policji na nosie. Dlaczego nic się z tym nie da zrobić?
— Kwestia dopalaczy jest jednym z priorytetów policji — odpowiada Izabela Kołpakowska, oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Olsztynie. — Działania prowadzone są dwukierunkowo: z jednej strony walczymy z osobami, które substancje zastępcze produkują lub nimi handlują, z drugiej zaś prowadzimy działania profilaktyczne. Należy też podkreślić, że kiedy służby podjęły walkę z dopalaczami w Polsce działało ponad 1300 sklepów, dziś takich punktów, które próbują sprzedawać substancje zabronione jest ok. 100. Policja i służby sanitarne nieustannie monitorują te punkty. Osoby, które zajmują się handlem dopalaczami są zatrzymywane i stawiane im są zarzuty — wymienia policjantka.
Sklep na Zatorzu, w którym dziś oficjalnie sprzedawane są artykuły do sklejania plastikowych modeli samolotów, ma pozwolenie na prowadzenie takiej działalności. Trudno udowodnić, że sprzedawane tam substancje są substancjami do spożycia. Tym bardziej, że na opakowaniach jest wyraźnie napisane, że to produkt jedynie kolekcjonerski. Koło się zamyka? Pięść pana Tomasza nie wymierzyła sprawiedliwości. Może zmienią to nowe przepisy, jakie uchwalił kilka dni temu Parlament Europejski. Dopalacze mają być szybciej wycofywane z rynku. Ich produkcja i dystrybucja będzie podlegała sankcjom karnym, tak jak w przypadku narkotyków. Dystrybucja oraz sprzedaż substancji uznanych za niebezpieczne może być zagrożona maksymalną karą co najmniej 10 lat pozbawienia wolności. Mimo takich zmian, panu Tomaszowi cały czas grozi 12 lat więzienia.
 
 
 
Olsztyn.wm.pl

Wojt
Sklepy, istniały legalnie, dzisiaj jeżeli sklep został zamknięty - jest dowóz. Nic się nie zmieni do czasu zalegalizowania małych ilości narkotyków. Jak to określa doktor chemii Pan Waldemar Krawczyk -  Jeżeli mamy do czynienia z dopalaczami, to nie mamy do czynienia z przestępstwami. 
 
 
 

Ponad 4 tys. osób zatruło się w ubiegłym roku dopalaczami. Choć za handel tymi substancjami grozi nawet milion złotych grzywny, to wciąż są miejsca, gdzie handel nimi kwitnie, a sprzedawcy kpią sobie z organów państwa. Jednym z takich sklepów zainteresowali się reporterzy UWAGI!. Oto wyniki prowokacji dziennikarskiej, jaką przeprowadzili na miejscu.

Nasza redakcja dostała informację, że w jednej z warszawskich dzielnic, naprzeciwko szkoły, w sklepie, który z zewnątrz przypomina sex-shop, sprzedawane są dopalacze. Choć handel tymi substancjami jest zakazany, to proceder kwitnie tam od dwóch lat. O funkcjonowaniu tego miejsca mówi nam osoba uzależniona od dopalaczy.
– Z zewnątrz jest to à la sex shop, ale w środku znajdujemy się w boksie metr na metr, gdzie mamy tylko dziurę, przez którą dostaniemy towar i wkładamy pieniądze – opowiada nasz informator. – Podchodzimy, dzwonimy dzwonkiem, drzwi się otwierają, zamykamy drzwi, potem drzwi się otwierają na nowo. I wychodzimy. Sklep funkcjonuje dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu – twierdzi i dodaje, że kupić tam można najróżniejsze dopalacze: do palenia, wąchania, pobudzające, uspokajające. – Najpopularniejszy jest ten dawny Mocarz, teraz Lite. To jest syntetyczna marihuana – mówi.
Z jego obserwacji wynika, że w sklepie zaopatrują się najróżniejsi klienci. – Od piętnastolatków po sześćdziesięciolatków – mówi. Według niego, obsługa nie ma żadnego problemu ze sprzedażą dopalaczy osobom nieletnim, a także tym, którzy nie mają gotówki. – Tam przyjmują wszystko. Tam za towar telefon wezmą, ciuchy wezmą, wszystko po prostu – twierdzi.
Ludzie, żeby się zaopatrzyć, posuwają się do ostateczności. – Z domu wynoszą biżuterię rodzicom. To jest chore. Jest kilku takich ludzi w Warszawie, którzy stracili przez ten akurat sklep domy, stracili rodziny, stracili wszystko. Widziałem ludzi, którzy tam podjeżdżali dobrymi samochodami, a w tym momencie są na Dworcu Centralnym – mówi.
Dwa lata temu ten sam sklep mieścił się w centrum Warszawy. Zaalarmowani przez lokatorów zajęliśmy się wtedy sprawą. Po naszym programie punkt zniknął, lecz jak się teraz okazuje, został tylko przeniesiony w bardziej ustronne miejsce.
Doktor Waldemar Krawczyk, z wykształcenia chemik, przez kilka lat był szefem Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji, a wcześniej oficerem CBŚ. W 2010 roku, po największej fali zatruć dopalaczami, uczestniczył w zmianie prawa, które pozwoliło zamknąć około 1,3 tys. punktów z niebezpiecznymi substancjami.
– Dopalacze od narkotyków różnią się definicją. Jeżeli patrzymy z punktu widzenia użytkownika, czyli działania psychotropowego, to się niczym nie różnią – uważa Waldemar Krawczyk i zwraca uwagę na najważniejszą różnicę: – Środki odurzające i substancje psychotropowe, czyli coś, co w skrócie nazywamy narkotykami, są wymieniona na liście, która jest dołączona do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, a pozostałe nie są wymienione. – Jeżeli mamy do czynienia z dopalaczami, to nie mamy do czynienia z przestępstwami – mówi Waldemar Krawczyk. Posiadanie dopalaczy nie jest w Polsce zabronione. Karany jest jedynie handel i produkcja tych substancji.
Nasz informator uzależniony jest od Mocarza, czyli syntetycznej marihuany. – Są kłopoty zdrowotne przez to. Ja straciłem sporo wagi i mam problem z jelitami w tym momencie. Uczuliłem się na dużo rzeczy. Nawet nie wiedziałem, że to może tak działać – przyznaje chłopak i dodaje, że nieraz próbował skończyć z nałogiem. – Zrywałem z tym, szczerze, co trzy miesiące. I wiem, że dużo ludzi też z tym zrywa, ale za każdym razem do tego wraca. Póki to będzie, to będą ludzie do tego wracali – uważa. Jak mówi, zdarzyło mu się też ukraść coś, by mieć na dopalacze. – Dostałem wyrok w zawieszeniu – wspomina.
A sąsiedzi sklepu przyznają, że jego klienci sprawiają problemy. – Jak jest zamknięte, to jest jakaś komedia. Drą się, krzyczą, ku...wią – mówi mężczyzna, który pracuje obok sklepu. – Kiedyś widziałem gościa, buty zdjął i przelatywał na drugą stronę ulicy, butami rzucał – opowiada. – Klientów nam zaczepiali – mówi inny mężczyzna, który pracuje obok. – Kogo nie widzieli, to: "Panie, daj dwa złote na bułkę". I tak latali po tych dopalaczach. A jak jakiś mocny towar wjechał, to oni tu się kładli. Tu leżał, tam leżał, tam leżał – mówi. Jak twierdzi, po takich wydarzeniach na miejsce wzywane było pogotowie, a do lokalu wchodzili antyterroryści. – Następnego dnia już było tu otwarte – mówi.
Choć za handel dopalaczami i ich produkcję grozi grzywna do miliona złotych, to punkt funkcjonuje w najlepsze. W ciągu paru godzin zaobserwowaliśmy kilkudziesięciu klientów. Postanawiamy wejść do środka. Poinstruowani przez informatora, jak nie wzbudzić podejrzeń, próbujemy kupić tam dopalacze.
Za niecałe 200 zł reporterowi UWAGI! udaje się kupić sześć torebek z dopalaczami. Transakcja się udała, ale po chwili sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Zaraz po tym, jak reporterowi udaje się kupić dopalacze, na ulicy podchodzą do niego policjanci, którzy oglądają zakupiony towar i zabierają dziennikarza UWAGI! na komendę. – Zawinęli mnie jak jakiegoś bandytę – opowiada potem reporter UWAGI! Mateusz Sadowski w rozmowie z Krzysztofem Spiechowiczem. – Przeszukali mnie na komendzie, przeszukiwali mi mieszkanie z psem – wspomina. Dodaje, że materiał filmowy i dopalacze, które kupił, policja zabezpieczyła.
Za walkę z handlem i produkcją dopalaczy odpowiada Państwowa Inspekcja Sanitarna. Jej pracownicy mogą zamknąć sklep z tymi substancjami i nałożyć wysoką karę finansową na sprzedawcę. Ku naszemu zdziwieniu, urzędniczka zajmująca się sprawą sklepu, którym się zainteresowaliśmy, nie chce pokazywać swojego wizerunku przed kamerą.
– Prowadzimy działania wobec zorganizowanej przestępczości. Poruszamy się po całym mieście, znajdujemy się w różnych miejscach, prowadzimy działania operacyjne, które powodują, że rozpoznanie naszego wizerunku może utrudnić nam rozpoznanie nowych punktów, w których odbywa się nielegalny handel – tłumaczy urzędniczka.
Jak twierdzi, o sklepie przy ul. Chłodnej dowiedzieli się ponad rok temu. Dlaczego więc cały czas funkcjonuje? – Nie zawsze, wchodząc do sklepu, znajdujemy cokolwiek. Mimo że jest informacja, że jest prowadzona sprzedaż, nie znajdujemy żadnych środków zastępczych – mówi i dodaje, że takich wejść jej urzędników do sklepu było cztery lub pięć, a na właścicieli nałożone były kary w wysokości 20-30 tys. zł.
Kary są jednak często nieskuteczne. Bywa tak, że osoby złapane na handlu dopalaczami same są od nich uzależnione i nie mają majątku z którego można by wyegzekwować grzywnę. Jak się jednak okazuje, kilka dni po przejęciu przez funkcjonariuszy filmu z zarejestrowaną przez nas transakcją policja i inspekcja po raz kolejny zawieszają działalność punktu z dopalaczami. Policjant z wolskiej komendy mówi, że lokal rozpracowywany był od dwóch lat, a policja wchodziła tam kilkukrotnie w ciągu miesiąca.
– Przyjeżdżaliśmy tam, obserwowaliśmy to miejsce, zatrzymywaliśmy osoby, które kupowały tam dopalacze, a następnie siłowo wchodziliśmy do środka i zatrzymywaliśmy osoby, które tam były relacjonuje policjant i dodaje, że dopalacze były ukrywane w różnych skrytkach. – Między innymi za umywalką, w ścianie, była taka szufladka. Ostatnio było wiadro z podwójnym dnem, które wyglądało, jakby po prostu było jakimś odpadem po remoncie – wymienia.
Jak wspomina, ostatnio znaleźli tam też automat z dopalaczami. – To była taka maszyna, do której wrzucało się pieniądze i udostępniany był dopalacz. Normalnie tak, jak każdy produkt się kupuje w takich automatach – mówi. – Nas nigdy tam nie wpuścili dobrowolnie. Natomiast, z tego co wiem, to waszemu dziennikarzowi udało się zakupić [dopalacze – red.] – zauważa policjant.
Podobnie działania relacjonuje urzędniczka z inspekcji sanitarnej. – Próbowaliśmy naszych współpracowników wystawić jako osoby, które chcą kupić, no nie przynosiły rezultatów – mówi. – Niestety, ale tak wszyscy handlujący środkami zastępczymi sobie kpią – dodaje i przyznaje, że często czuje bezsilność z tego powodu.
Receptę na to, jak skutecznie pozbyć się handlu dopalaczami, wymyślił kilka lat temu Waldemar Krawczyk. Zaproponował on delegalizację dziewięciu grup substancji chemicznych, które stanowią bazę do produkcji dopalaczy. – U nas ciągle trwały prace, ale bez skutku. W związku z tym ciągle mamy problem z dopalaczami, ciągle mamy zatrucia i jesteśmy w tym samym miejscu, co w 2010 roku – mówi Waldemar Krawczyk. – Może ktoś to obejrzy, może komuś to otworzy oczy – mówi nasz informator, który sam ma problem z dopalaczami. – Są ludzie, którzy mają możliwości. Może coś się w końcu z tym zrobi. To są ciężkie narkotyki – twierdzi.


Wprost.pl

Wojt
Czy Mdma i extazy to jeden i ten sam narkotyk? Według dziennikarza opisującego zabezpieczenie narkotyków o wartości 5 milionów złotych, mdma i extazy to dwa inne narkotyki. Zatrzymany 62-latek posiadał w domu amfetamine, mdma i konopie. Spędzi w więzieniu najbliższe lata.




 

W wynajętych mieszkaniach i garażach znaleziono narkotyki warte 5 mln zł. Za ich posiadanie Franciszek S. został skazany na 6,5 roku więzienia.
W kwietniu ubiegłego roku policjanci z CBŚP przeszukali kilka mieszkań i dwa garaże we Wrocławiu. Znaleźli ponad 57 kilogramów amfetaminy, a także konopie indyjskie, środek zwany MDMA oraz tabletki ecstasy. 
Niedługo później mediom udostępniono film pokazujący, jak funkcjonariusz policji wyciąga z lodówki paczki z amfetaminą. Narkotyk należał - jak ustalono - do grupy przestępczej, której członkiem był niejaki Franciszek S. Dziś jest on już prawomocnie skazany.
A wszystko dlatego, że nie dogadał się z panem Mariuszem co do tego, jak płacić czynsz za mieszkanie, które od niego wynajął.
Do lutego ubiegłego roku Franciszek S. siedział w więzieniu. Zaraz po tym jak wyszedł były kolega z celi zaproponował mu „pracę”. Miał dostać 15 tys. zł za wynajmowanie mieszkań i garaży na fałszywe nazwisko. Przygotowano nawet dowód osobisty ze zdjęciem Franciszka S. i danymi innej osoby.
Były więzień wynajął kilka lokali. Część na fałszywe, część na swoje nazwisko. Na wrocławskim Ołbinie wynajął mieszkanie od Mariusza Z. jako Franciszek S. Ale panowie nie uzgodnili jak ma być płacony czynsz. Pan Mariusz nie mógł się dodzwonić, więc przyszedł do swojego mieszkania, by tam znaleźć Franciszka S. Mężczyzny nie było w środku. Właściciel lokalu zajrzał do lodówki. Zobaczył worki i butelki z dziwnymi płynami. Przestraszył się i zawiadomił policję. Kilka dni później pan Franciszek został zatrzymany, a w kolejnych mieszkaniach i dwóch garażach znajdowano kolejne porcje narkotyków.
Prokuratura, a za nią sąd, uznały, że był członkiem grupy przestępczej. Ale poza nim nikogo innego z tego gangu nie złapano. Dawny kolega z celi zmarł (być może to było samobójstwo). Franciszek S. znał jeszcze tylko jednego członka grupy: pseudonim „Chochla”. Jednak przed sądem stanął tylko on sam. Dziś odsiaduje już prawomocny wyrok skazujący.
 
 
 
GazetaWroclawska.pl

×