Skocz do zawartości

NEWSY

Aktualności z całego świata!

Gość

Olek jednak nie jest chory psychicznie

Przez Gość, w Aktualności,

Do dramatu doszło w domku jednorodzinnym przy ul. Bukowej w Słupsku. Aleksander G. już na pierwszej sprawie przyznał się do zabójstwa i usiłowania dwóch innych. Grozi mu kara do 25 lat więzienia.
W środę w słupskim Sądzie Okręgowym sędzia Robert Rzeczkowski przeczytał wnioski z opinii trojga biegłych Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej w Starogardzie Gdańskim. Wynika z nich, że u Aleksandra G. stwierdzono uzależnienie od kanabinoli, marihuany oraz innych środków psychoaktywnych.
– W okresie czynu, o który jest oskarżony, najprawdopodobniej występowały zaburzenia charakteryzujące się znacznym osłabieniem kontroli nad zachowaniem i emocjami, najprawdopodobniej spowodowane toksycznym działaniem środka psychoaktywnego. Były to prawdopodobnie dopalacze lub marihuana. Wprowadzając się w stan odurzenia tym środkiem, Aleksander G. mógł przewidzieć, że mogą mu towarzyszyć zaburzenia psychotyczne, w tym zachowania agresywne – czytał sędzia Rzeczkowski.

Zdaniem biegłych, oskarżony może uczestniczyć w czynnościach procesowych i ewentualnym odbywaniu kary.

W środę w sądzie z powodu urlopów nie stawili się biegli, którzy sporządzili opinię. Sąd zdecydował o konieczności przesłuchania po ich powrocie z wakacji, ale jeszcze przed 27 sierpnia, kiedy to kończy się termin aresztu tymczasowego dla Aleksandra G.


GP24.pl


A.K.
Zrodzony w Toronto pd.id ma wielkość przeciętnego pendrive'a i może sprawdzić każdy napój pod kątem występowania różnego rodzaju narkotyków. Gadżet ma wbudowane czujniki, które analizują przewodność, temperaturę i spektrum światła każdego napoju. Po zanurzeniu końcówki w płynie, zapala się zielona lub czerwona dioda w zależności od jego bezpieczeństwa. Po prostym przepłukaniu można urządzenia można użyć ponownie, nawet 40 razy w ciągu jednego cyklu ładowania.
Twórcy chcą, by pd.id docelowo był połączony ze smartfonem (iOS, Androidem i BlackBerry OS), co pozwoli na przeprowadzanie dokładniejszych testów. Aktualnie trwa kampania crowdfundingowa na serwisie Indiegogo, a do realizacji celu niezbędne jest zebranie kwoty 100 000 dol. Akcja trwa do końca sierpnia br.
Źródło: http://nt.interia.pl/gadzety/news-pogromca-pigulek-gwaltu-i-narkotykow-w-napojach,nId,1478526

A.K.
W miniony poniedziałek około godz. 1.30 policjanci z komisariatu w Juracie patrolując jedną z ulic Jastarni zauważyli mężczyznę, który na ich widok nerwowo próbował schować coś do kieszeni. Policjanci szybko podjęli interwencję. Okazało się, że 22-letni mieszkaniec Krakowa schował do kieszeni metalowe pudełko. W jego wnętrzu mundurowi odkryli narkotyki. 22-latek od razu został zatrzymany, resztę nocy spędził w policyjnym areszcie.
Badanie zawartości wykazało ponad 8 gram marihuany. Policjanci sprawdzili także miejsce zakwaterowania 22-latka. Tam odkryli kolejne narkotyki, tym razem niespełna gram amfetaminy. Śledczy ustalili, że środki odurzające mężczyzna przywiózł na wakacje z Krakowa. Wczoraj 22-latek usłyszał zarzut posiadania narkotyków. Za to przestępstwo grozi kara do 3 lat pozbawienia wolności.
Źródło: http://www.nadmorski24.pl/wiadomosci/19485-w-metalowym-pudelku-mial-narkotyki.html

Gość

Operacja służb niczym z filmu

Przez Gość, w Aktualności,

Z powodu choroby sędzi od nowa musi ruszyć proces pięciu cudzoziemców zatrzymanych w 2009 r. w głośnej sprawie „przemytu” do Polski ponad tony kokainy z Ameryki Płd. Była to w istocie prowokacja policyjna USA, Kolumbii i Polski w celu ujęcia dystrybutorów na Europę.
Nieoficjalną informację, uzyskaną w warszawskim sądzie, potwierdził jeden z obrońców podsądnych, mec. Krzysztof Stępiński.

W listopadzie 2011 r. przed Sądem Okręgowym w Warszawie zaczął się proces dotyczący transportu ponad tony kokainy o wartości ok. 100 mln zł z Kolumbii do Polski. Była to wspólna operacja specjalna amerykańskiej Agencji do Walki z Narkotykami (DEA), kolumbijskiej policji i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego — największa w historii polskich służb.

O sprawie — niemal gotowym scenariuszu filmu sensacyjnego — opinia publiczna dowiedziała się, gdy w lutym 2009 r. w Warszawie zatrzymano sześciu obcokrajowców, w tym pochodzenia południowoamerykańskiego, którzy przyjechali do Polski, by zorganizować dalszą dystrybucję kokainy.

Jak pisały media, nakładem dużych kosztów ABW przygotowała wielką operację, aby uwiarygodnić sytuację. Handlarzom wmówiono, że za wszystkim stoi wpływowy „generał SB”. Kokainę trzymano w magazynie strzeżonym przez ABW. Mężczyźni zostali ujęci, gdy wzięli z niego próbki towaru. Według mediów narkotyki zniszczono na polecenie prokuratury i za zgodą stołecznego sądu.

Pięciu cudzoziemcom grozi do 12 lat więzienia — w areszcie przebywają od dnia zatrzymania. Prokuratura Apelacyjna w Warszawie zarzuciła im „próbę wprowadzenia kokainy do obrotu w Polsce”.
Taką kwalifikację prawną kwestionuje obrona, która podkreśla, że oskarżeni nie zdążyli wejść w posiadanie kokainy. Ponadto adwokaci kwestionują legalność całej operacji.

Na wniosek obrony proces przeniesiono ze stołecznego Sądu Rejonowego do Sądu Okręgowego. Sąd Apelacyjny uzasadniał przeniesienie m.in. tym, że wymaga analizy, „czy służby specjalne nie przekroczyły granic dozwolonej prawem prowokacji”.

Proces przed SO ruszył w listopadzie 2011 r. We wrześniu 2011 r. sąd oddalił wniosek obrony, by sprawę - z powodu jej skomplikowania i obszerności — poprowadził skład trzyosobowy, a nie jednoosobowy. Sąd uznał wówczas, że sprawa nie jest „szczególnie zawiła”.

Będziemy walczyć, by tym razem skład był trzyosobowy
— powiedział mec. Stępiński. Podkreślił on, że w całej sprawie już stwierdzono przewlekłość, a jego klient jest od 5,5 roku w areszcie. Tzw. organizacyjne posiedzenie SO przed rozpoczęciem procesu ma się odbyć jeszcze w sierpniu.
W procesie za zamkniętymi drzwiami SO przesłuchał m.in. tzw. świadków anonimowych, którymi są oficerowie tajnych służb. W procesie może zajść potrzeba pomocy prawnej z zagranicy.
W lipcu 2011 r. karze 5 lat więzienia i 100 tys. zł grzywny poddał się szósty z oskarżonych - obywatel Kolumbii Enrique Hernan N.

Okoliczności czynu nie budzą wątpliwości, a kara nie jest nadmiernie surowa
— mówił, uzasadniając ten wyrok sędzia Igor Tuleya. Uwzględnił wtedy wniosek N. i bez procesu wymierzył mu karę.

Przyznaję, że popełniłem błąd
- oświadczył sądowi N., według służb USA — organizator przerzutów narkotyków do Europy. N. twierdził, że nie był pośrednikiem narkotykowym, ale jedynie kierowcą zatrzymanego wtedy cudzoziemca. Jego obrona podkreślała, że w lutym 2009 r. „odstąpił on od udziału w sprawie”, bo zapewne zorientował się w sytuacji; zatrzymano go, gdy jechał już w stronę granicy.

Oskarżeni są ścigani także w USA, a polskie sądy zgodziły się już na ich wydanie do Stanów — ale dopiero po tym, jak odbędą ewentualne wyroki skazujące w naszym kraju.

Strona amerykańska twierdzi, że 20 stycznia 2009 r. przelana została kwota 100 tys. dolarów z Meksyku do Wschodniego Okręgu Michigan w USA w celu opłacenia polskiego urzędnika konsularnego stacjonującego w Kolumbii
— ujawnił SA, zgadzając się na ekstradycję N. (w USA grozi mu 25 lat więzienia za pranie brudnych pieniędzy). Zdaniem Amerykanów N. „wierzył, że ten polski urzędnik zgodził się na udział w przewozie 1000 kg kokainy do Polski z Kolumbii”. Według mediów ok. miliona zł kosztowało wysłanie na cztery lata oficera ABW do Ameryki Płd., który przyjął rolę konsula podatnego na korupcję.

Do wniosku ekstradycyjnego USA wobec N. dołączono zeznania agenta DEA Gary’ego Gallowaya, który w USA zeznał, że transport do Polski zorganizowali „funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości Kolumbii i USA”. Z wniosku USA, opartego m.in. na „legalnie przechwyconych rozmowach telefonicznych i wiadomościach elektronicznych”, wynikało, że od 2007 do 2009 r. w Michigan N. miał uczestniczyć w handlu narkotykami i brać udział w praniu brudnych pieniędzy. Pod takimi zarzutami sąd z Michigan wydał nakaz jego aresztowania - grozi mu 25 lat więzienia. Mieszkający w Szwajcarii N. był monitorowany cały czas przez DEA i nie wiedział, że „przemyt” organizują tajne służby. USA odmówiły przyjazdu agentów DEA do Polski, by mogli zeznawać.

W 2011 r. oskarżeni skarżyli się sądowi, że w areszcie przebywają w izolatkach, gdzie „czują się jak zwierzęta”, co uznają za naruszenie ich praw podstawowych.

Szef ochrony więzienia na Mokotowie uznaje za punkt honoru, byśmy siedzieli w izolatkach; powołując się na ochronę naszego życia
— mówił Atilla G.
Przedłużając w 2013 r. areszty pięciu oskarżonym, SA kierował się m.in. wysokimi karami im grożącymi; obawą ich ucieczki i utrudniania postępowania oraz okolicznościami czynu i jego „wysoką społeczną szkodliwością”.


KL,PAP
wPolityce.pl


Gość

„Coffee shopy i kompromis” - raport

Przez Gość, w Aktualności,

W premierze polskiej wersji raportu o polityce narkotykowej w Holandii Coffe shopy i kompromis, która miała miejsce 24 lipca w Warszawie, udział wzięli dr Kasia Malinowska-Sempruch z Global Drug Policy program w OSF, prof Jerzy Vetualni oraz dr Jean Paul Grund - dyrektor badań w Centrum Badań nad Uzależnieniami (CVO) w Utrechcie w Holandii i starszy pracownik naukowy na wydziale addyktologii na Uniwersytecie Karola w Pradze w Czechach, jeden z autorów publikacji.
Centralnym elementem holenderskiej polityki narkotykowej jest decyzja o prawnym i praktycznym rozróżnieniu konopi – uznanych za niosące akceptowalne ryzyko dla konsumentów i społeczeństwa – od twardych narkotyków, związanych z ryzykiem nieakceptowalnym. Ta polityka realnie zdekryminalizowała posiadanie i używanie konopi i utorowała drogę do zaakceptowania sklepów sprzedających konopie na niewielką skalę, które z czasem przekształciły się w dobrze znane coffee shopy.

Jakie odniesiono z tego korzyści?
Dane pokazują, że dzięki coffee shopom konsumenci marihuany są mniej narażeni na kontakt z rynkiem twardych narkotyków – po utworzeniu wyznaczonych miejsc sprzedaży marihuany spadło bowiem prawdopodobieństwo, że użytkownicy kupią twardsze narkotyki tam, gdzie kupują konopie.

Na przykład w Szwecji aż 52 procent użytkowników konopi twierdzi, że tam, gdzie kupuje marihuanę, może również kupić twardsze narkotyki. W Holandii zaś tylko 14 procent użytkowników marihuany może z tego samego źródła kupić twardsze narkotyki, dlatego że większość użytkowników marihuany kupuje ją właśnie w coffee shopach.

Według innego z badań, odsetek użytkowników konopi zażywających również kokainę jest niższy w Amsterdamie niż w „USA: Tylko 22 procent z badanych [z Amsterdamu] w wieku 12 lat i więcej, którzy użyli konopi, zażyło również kokainę (…) Dla porównania, w USA to 33 procent”.

Dostęp do komercyjnego rynku marihuany nie uczynił z Holandii światowego lidera w konsumpcji konopi. Wręcz przeciwnie, konsumpcja marihuany utrzymuje się na poziomie europejskiej średniej i jest niższa niż na przykład w USA, gdzie polityka narkotykowa jest dużo surowsza.

Holenderskie statystyki dotyczące używania w trakcie całego życia oraz niedawnego używania konopi w populacji w wieku 15–64 lata (odpowiednio 25,7 procent i 7 procent) (NDM 2012) nigdy nie odbiegały od średniej europejskiej, choć dane z 2011 roku są nieco wyższe niż europejska średnia w tamtym okresie (odpowiednio 23,2 i 6,7 procent) (EMCDDA 2012). Dla porównania, niedawne analogiczne dane dla Kanady wynosiły 39,4 i 9,1 procent, dla USA 51,6 i 24,1 procent, a dla Australii 46,7 i 16,2 procent – wszystkie zdecydowanie powyżej holenderskich (EMCDDA 2011a).
Holenderskim użytkownikom konopi oszczędzono kosztów związanych z figurowaniem w rejestrze karnym, a społeczeństwu kosztów związanych z wyrokami więzienia za drobne przestępstwa.

Porównując rynki konopi w Amsterdamie i San Francisco, Reinarman i jego współpracownicy ustalili, że konsumpcja konopi ani nie zmniejszyła się w wyniku kryminalizacji (w San Francisco), ani nie zwiększyła po dekryminalizacji (w Amsterdamie) (Reinarman et al. 2004). Konsumpcja konopi wzrosła w Holandii między 1997 a 2001 rokiem, ale między 2001 a 2005 wróciła do poziomu z roku 1997 (NDM 2012).

Jak poradzono sobie z twardymi narkotykami?
W przypadku heroiny i innych twardych narkotyków holenderskie władze na poziomie krajowym i lokalnym postawiły na redukcję indywidualnych i społecznych szkód, inwestując w szeroko zakrojone usługi społeczne i zdrowotne. Niskoprogowe programy metadonowe i bezpieczne pokoje iniekcyjne oraz programy wymiany igieł i strzykawek rozpowszechniły się wcześniej niż w większości innych krajów europejskich i miały większy zasięg. Jednak nawet przed udostępnieniem tych usług, tolerancja wobec sprzedaży i konsumpcji twardych narkotyków pod wyznaczonymi „domowymi adresami” poważnie zredukowała niebezpieczeństwa związane z otwartymi scenami narkotykowymi, w tym narażenie na kontakty z przestępcami.
Miało to również wpływ na wybory konsumentów, przyczyniło się do mniejszej popularności narkotyków stosowanych dożylnie.

Związana z używaniem substancji psychoaktywnych epidemia HIV, która zniszczyła życie wielu użytkowników i ich rodzin w krajach Europy, ominęła Holandię. Ważnym elementem tego sukcesu była nie tylko pragmatyczna polityka na poziomie krajowym, ale również autonomia, jaką lokalni urzędnicy mieli w tworzeniu praktyk, które nie podporządkowywały się literze prawa.

Raport „Coffee shopy i kompromis” jest dogłębną analizą polityki i praktyk, które umożliwiły lokalnym i krajowym władzom holenderskim podejmowanie decyzji dotyczących polityki narkotykowej, które wpłynęły na życie użytkowników substancji psychoaktywnych lub osób w inny sposób dotkniętych zjawiskiem zażywania tych substancji. Autorzy mają nadzieję, że przyda się on członkom rządów i społeczeństw obywatelskich innych krajów, szukających rozwiązań respektujących prawa człowieka, a zarazem mocno osadzonych w nauce i dobrych praktykach zdrowia publicznego.

Raport „Coffee shopy i kompromis” (całość, wersja polska, około 85 stron) do ściągnięcia za darmo pod tym adresem: narkopolityka.pl/sites/default/files/coffee-shops-and-compromise-pl-20140713.pdf



Narkopolityka.pl


Gość

Śmierć po dopalaczach

Przez Gość, w Aktualności,

Nieprzytomnego młodego mężczyznę znaleziono na ulicy 3 maja w Katowicach na początku czerwca. Trafił on do szpitala, gdzie kilka dni później zmarł.
Prokuratura w Katowicach wszczęła śledztwo w sprawie jego śmierci. W jego trakcie zarządzono sekcję zwłok. – Wykazała ona, że doszło do zatrucia organizmu toksynami – mówi Sebastian Imiołczyk, z katowickiej policji.
Funkcjonariusze zaczęli sprawdzać czym mógł zatruć się zmarły młody mężczyzna. Dotarli do jego kolegi, który był z nim feralnego wieczora. Powiedział on policjantom, że wcześniej kupili dopalacze w jednym ze sklepów przy ul. 3 maja w Katowicach.

Policjanci teraz dotarli do tej placówki, która działała pod zupełnie innym szyldem. Zatrzymano sprzedawcę. – Usłyszał on zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci 20-latka oraz sprzedaży środków szkodliwych dla zdrowia – mówi Sebastian Imiołczyk.
Wszystkie dopalacze, które były w sklepie policja zabezpieczyła. Oddano je do badań. – Od ich wyników zależy czy zmienią zarzuty dla sprzedawcy – mówi policjant. Na razie mężczyźnie grozi do ośmiu lat więzienia. Jego sklep został zamknięty przez policję.


RP.pl


A.K.
Działania prowadzili elbląscy i pasłęccy policjanci wspólnie z żołnierzami Żandarmerii Wojskowej. Ich celem było eliminowanie z ruchu drogowego nietrzeźwych kierowców i prowadzących po użyciu narkotyków.
Na szczęście tylko w dwóch przypadkach wynik badania okazał się pozytywny. Rekordzistą okazał się 44-letni Zdzisław W., który został zatrzymany do kontroli przy ulicy Warszawskiej w Elblągu. O godzinie 7.20 jadąc citroenem jumper miał ponad promil alkoholu w organizmie.
Kolejny nietrzeźwy "za kierownicą" został zatrzymany przez patrol prewencji o godzinie 11 na ulicy Grottgera. 61-letni mieszkaniec Iławy "wpadł" w nietypowej sytuacji. Stanął swoim vw touran w zatoczce dla pojazdów tuż za radiowozem. Policjanci kontrolowali inne auto. Mirosław P. wyszedł z auta chwiejnym krokiem i pytał mieszkańców o drogę do ZUS w Elblągu. Nie zauważył, że w nieoznakowanym radiowozie siedzą mundurowi. Policjanci przebadali go i okazało się, że jest nietrzeźwy, a dokładne badanie wskazało 0,8 promila. Mężczyzna tłumaczył, że dzień wcześniej wypił kilka piw i bardzo się spieszył na komisje lekarską do Elbląskiego ZUS. Niestety na komisję nie dotarł, gdyż został zatrzymany. Po czynnościach funkcjonariusze go zwolnili i wręczyli wezwanie na przesłuchanie. Jego auto trafiło na parking policyjny.
Nietrzeźwi kierowcy odpowiedzą teraz przed sądem. Grozi im kara do dwóch lat pozbawienia wolności. Wśród kontrolowanych nie było przypadku prowadzenia samochodu po narkotykach.
Ponadto policjanci podczas działań zatrzymali siedem dowodów rejestracyjnych, wręczyli 43 mandaty kierowcom, głównie za przekraczanie dozwolonej prędkości oraz skierowali sześć wniosków do sądu o ukaranie.
Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/olsztyn/policja-podsumowala-akcje-alkohol-i-narkotyki/tp0nj

A.K.
28-letni Radosław Z. został zatrzymany przy ulicy Narciarskiej. Policjanci mieli informacje, że może mieć narkotyki. W mieszkaniu, które użytkował, znaleźli w puszce metalowej 35 gram marihuany.
Radosław Z. trafił do policyjnej celi. Był wcześniej notowany, między innymi za kradzieże i włamania. Teraz dodatkowo odpowie za posiadanie i handel narkotykami. Grozi mu kara do 10 lat pozbawienia wolności.
Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/olsztyn/28-latek-zatrzymany-z-narkotykami/5mmn0

Gość

Dziesięć wpadek dilera

Przez Gość, w Aktualności,

Czasem czytając dowody zebrane przeciwko internetowym dilerom narkotyków aż trudno uwierzyć, że osoby tak nierozsądne i tak mało dbające o swoją anonimowość były w stanie rozwinąć nielegalny handel na całkiem sporą skalę. A jednak.
Matthew Jones, działając pod pseudonimem Caligirl, znajdował się wśród 5% najlepszych sprzedawców na oryginalnym Silk Road. W okresie swojej świetności obsługiwał kilkaset transakcji miesięcznie. Wydawało mu się, że dbał o swoje bezpieczeństwo, jednak wpadł przez wyjątkową głupotę i brak rozwagi. Udało mu się nawet podać swój numer rachunku oraz telefonu działającemu incognito agentowi DEA, amerykańskiej „policji antynarkotykowej” – a to nie wszystko.

Całkiem niezły biznes
Matthew Jones na co dzień pracował jako główny inżynier w firmie Data Paradigm, zajmującej się obsługą procesów biznesowych. Najwyraźniej nie miał jednak zbyt dużo pracy, ponieważ zdążył także zbudować małe narkotykowe imperium. Pod pseudonimem Caligirl w serwisie Silk Road otworzył konto sprzedawcy 10 kwietnia 2013. W swojej ofercie miał głównie farmaceutyki takiej jak oksykodon, hydrokodon oraz benzodiazepiny. Sprzedawał leki w wersjach ułatwiających przekroczenie dopuszczalnych dawek (wersje standardowo dostępne w USA posiadają dodatkowe składniki utrudniające osiągnięcie efektów narkotycznych). Biznes kręcił się całkiem nieźle, ponieważ od kwietnia do września sfinalizował w serwisie około 700 transakcji o łącznej wartości ponad 140 tysięcy dolarów. Zrealizował co najmniej 900 zamówień na oksykodon, 600 na hydrokodon oraz 165 zamówień klonazepamu. O ile przez pierwsze trzy miesiące działalności najwyraźniej tylko testował rynek i zbierał dobre opinie, realizując przez kwartał w sumie niecałe 100 transakcji, to od lipca dokonywał ponad 200 transakcji miesięcznie. Po zamknięciu Silk Road jeszcze przez kilka miesięcy kontynuował handel za pośrednictwem forum serwisu i komunikatora Bitmessage. Jego szczęśliwą passę przerwało aresztowanie. Jak do niego doszło?

Wpadka pierwsza – przesyłki łatwe do identyfikacji
W lipcu 2013 agent DEA skorzystał ze swojego konta na Silk Road by dokonać pierwszego zakupu u Caligirl. Agent solidnie zapracował na zaufanie dilera, dokonując w sumie 8 transakcji i wydając u niego kilka tysięcy dolarów, najpierw przez Silk Road, a po jego zamknięciu przez komunikator Bitmessage.

Wszystkie przesyłki od Caligirl były dokładnie analizowane po ich otrzymaniu. Okazało się, że sposób prowadzenia wysyłek przez Caligirl pozwalał na ich dość łatwą identyfikację. Po pierwsze wszystkie listy znajdowały się w identycznych kopertach, a tabletki były zapakowane w identyczne plastikowe woreczki. Po drugie znakomita większość przesyłek wychodziła przez ten sam urząd pocztowy. Po trzecie opłata pocztowa była prawie zawsze uiszczana w formie znaczków (alternatywą jest jej opłacenie w okienku, ale wtedy nadawca ryzykuje utrwalenie swojego wizerunku w trakcie wizyty w urzędzie pocztowym). Po czwarte okazało się, że Caligirl co prawda podaje fałszywe adresy zwrotne przesyłek, ale dla każdej partii towaru podaje ten sam adres (często identyczny dla kilkudziesięciu przesyłek) a do tego podaje co prawda adresy istniejące (obniżając ryzyko identyfikacji podejrzanych przesyłek), ale częściowo powiązane z jego historią zawodową lub osobistą. Dzięki dużej powtarzalności organom ścigania udało się zidentyfikować grubo ponad 100 przesyłek nadawanych przez Caligirl jeszcze zanim trafiły do adresatów.

Fatalna wpadka druga, czyli podanie własnych danych
Kiedy przy jednym z kolejnych zakupów agent napisał, że nie wystarczy mu BTC, którymi zazwyczaj płacił za towar, Caligirl zaproponował, że skontaktuje go z osobą chętną do sprzedaży wirtualnej waluty. Podał mu numer telefonu, pod który agent zadzwonił i otrzymał instrukcje przesłania odpowiedniej kwoty dolarowej na wskazany rachunek. Nie otrzymał w zamian BTC, tylko informację, że kwota ta została zaliczona na poczet ceny zamówionego towaru. Jak wykazało dalsze śledztwo, Caligirl podał mu swój własny numer telefonu (co prawda jednorazowy, ale o tym dalej) oraz swój własny numer rachunku (na fałszywe nazwisko, ale o tym też dalej). By dorobić jeszcze kilka dolarów Caligirl świadomie zneutralizował wszystkie zalety BTC, które do tej pory zapewniały mu anonimowość w handlu z agentem.
Wpadka trzecia, czyli zdjęcie do kolekcji
Jak wcześniej wspomnieliśmy, Caligirl prawie zawsze używał znaczków pocztowych, by uniknąć opłacania listów na poczcie. Anonimowo kupował znaczki, oklejał przesyłki i wrzucał je do skrzynki nadawczej. Jednak w przypadku jednej z ośmiu przesyłek wysłanych do agenta DEA z nieznanych nam powodów (może skończyły mu się znaczki?) kupił opłatę pocztową w automacie robiącym zdjęcia klientom i przechowującym je dłuższy czas. Na podstawie nadruku na kopercie agent dotarł do automatu, w którym dokonano opłaty i otrzymał wyraźne zdjęcie podejrzanego, zgodne z jego zdjęciem na Facebooku (tak, teraz porównuje się zdjęcia podejrzanych z Facebookiem, a nie np. bazą zdjęć z praw jazdy).

Wpadka czwarta, czyli telefon jednorazowy, ale nie anonimowy
Jak wspominaliśmy, Caligirl dał agentowi swój własny numer telefonu, by „sprzedać” mu BTC. Numer ten był obsługiwany przez firmę Dingtone, która oferuje wygodną obsługę dużej ilości numerów przez jedno urządzenie mobilne. Numer ten był wykorzystany tylko do rozmowy agentem a następnie porzucony, jednak firma, która go udostępniła, zachowała i udostępniła agentowi:
- nazwę urządzenia, na którym była zainstalowana aplikacja („Matthew Jones’ iPhone”),
- nazwę konta użytkownika (Matthew Jones),
- numer komórki używany do potwierdzenia założenia konta (prawdziwy numer Jonesa),
A adresy IP, z których korzystano z usługi (oczywiście adresy Jonesa, zarówno domowy, jak i służbowy oraz kilka innych).

Jeśli zatem Jones myślał, że korzystając z jednorazowego numeru jest anonimowy, to się grubo pomylił.

Wpadka piąta, czyli nadawanie przesyłek
Tak jak wspominaliśmy, znakomita większość przesyłek z narkotykami wychodziła z jednego urzędu pocztowego. Dalsza analiza ich tras wykazała, że przesyłki zawsze były pozostawiane w jednym automatycznym punkcie nadawczym, znajdującym się 600 metrów od domu podejrzanego. Co więcej, w przypadkach, kiedy przesyłki nadawane był z innych miejsc (w tym także z odległych nawet o kilkaset kilometrów od miejsca zamieszkania Jonesa), przez przypadek zawsze przebywał tam w tym samym czasie sam Jones.
Wpadka szósta, czyli listy odbieram „na psa Kory”
Jones był na tyle sprytny, że założył sobie skrzynkę pocztową, by hurtowych dostaw narkotyków nie przyjmować na domowy adres. Skrzynkę założył na swoje nazwisko (legitymując się swoimi dokumentami) oraz na drugie nazwisko (jako współwłaściciela), które całkowicie zmyślił. Wszystkie „trefne” przesyłki przychodziły na to drugie nazwisko. Szkoda tylko, że nie przewidział, że właściciel punktu obsługującego skrzynki świetnie zna swoich klientów i dobrze zapamiętał, że choć na to drugie nazwisko przychodzi sporo przesyłek, to wszystkie odbiera Jones i nigdy nikt inny się po nie nie zgłaszał.

Co dodatkowo ciekawe, agent dotarł również do zapisów organizacji zarządzającej transportem drogowym w okolicy zamieszkania Jonesa i ustalił, że Jones dysponuje w samochodzie transponderem umożliwiającym korzystanie z płatnych dróg. Zapisy tego transpondera pozwoliły na potwierdzenie, że regularnie odbywał podróże do swojej skrzynki pocztowej, znajdującej się kilkanaście kilometrów od jego domu.

Wpadka siódma, czyli materiały do pakowania kupuję na własne nazwisko
Agent prowadzący sprawę wykonał solidną robotę i odpytał również Amazona, czy nie znają takiego klienta jak Jones. Znali. Co więcej, pokazali listę jego zakupów, na której znalazły się zarówno duże ilości plastikowych woreczków, jak i kopert bąbelkowych, identycznych z tymi, w które pakowane były sprzedawane nielegalnie tabletki.
Wpadka ósma, czyli zmyślam adresy zwrotne, które znam
Jones był na tyle sprytny, że na kopertach wpisywał zmyślone adresy zwrotne. Co prawda zmieniał je tylko co tydzień, ale za to nie wybierał ich losowo. Jeden z adresów okazał się być przypisany do kilkunastu domen internetowych, stanowiących jego własność. Na ich ślad agent natrafił, szukając w Google jego numeru telefonu. Inny adres zwrotny wskazywał na hotel Sheraton, znajdujący się kilkaset metrów od miejsca, w którym pracował Jones. Z sieci WiFi tego hotelu łączono się także z jedną z usług bankowych, z których korzystał.

Wpadka dziewiąta, czyli o terminach wakacji informuję klientów
Partnerka Jonesa była z pochodzenia Kolumbijką i Jones często podróżował do Medelin. Przy okazji kupował tam także oksykodon, produkowany na miejscu. Agent ustalił jego daty lotów do Kolumbii, które idealnie pokrywały się z komunikatami o przerwach w wysyłkach narkotyków, ogłaszanymi by uspokoić oczekujących na swoje przesyłki klientów.

Wpadka dziesiąta, czyli nie znam się w ogóle na praniu brudnych pieniędzy
Akt oskarżenia Jonesa zawiera bardzo długi rozdział na temat historii jego kilku rachunków bankowych, kont w systemach Western Money oraz Moneygram oraz kont w serwisach localbitcoins.com oraz bitcoin-otc.com (na obu korzystał z podobnych pseudonimów). W dość oczywisty sposób wskazują one na fakt, że Jones jedynie sprzedawał BTC, nigdy ich nie kupując, otrzymywał w ten sposób istotne przychody a także dokonywał zagranicznych płatności i przyjmował anonimowe przelewy. Zgadzają się nadawcy, odbiorcy, kwoty i daty, które można powiązać z niektórymi jego transakcjami narkotykowymi. Co prawda jedno z kont zarejestrował na cudze nazwisko, ale łatwo je było z nim powiązać dzięki historii transakcji. Jones zdecydowanie miał bardzo mgliste pojęcie o tym, jak ukrywać swoje operacje finansowe.

Ciężka praca agenta
Trzeba przyznać, że agent prowadzący sprawę odwalił kawał niezłej roboty. Spróbujmy podsumować, z jakich źródeł informacji skorzystał:
Facebook (zdjęcia)
Amazon (historia zakupów, adresy IP)
bitcoin-otc (adresy IP, historia transakcji)
localbitcoins (historia transakcji)
Silk Road (dane z przechwyconych serwerów)
dane domen podejrzanego
aplikacja Dingtone (dane klienta, adresy IP, historia połączeń)
automat pocztowy (zdjęcia)
firma oferująca skrzynki pocztowe
linie lotnicze (historia podróży)
firma nadzorująca autostrady (historia podróży)
banki i firmy transferujące gotówkę (historia transakcji).Imponujące, prawda?

PS Caligirl nie był jedynym dilerem z długą listą wpadek. Godnym konkurentem jest też pewna pani doktor - zaufanatrzeciastrona.pl/post/11-przykladow-jak-nie-handlowac-nielegalnymi-substancjami-w-internecie/

Akt oskarżenia odnalazł oraz opublikował na Reddicie Gwen Branwen, znany badacz podziemnych rynków - reddit.com/r/DarkNetMarkets/comments/2c2i3f/caligirl_criminal_complaint_excerpts/



ZaufanaTrzeciaStrona.pl


Gość

Wnuczek na dopalaczach i z nożem

Przez Gość, w Aktualności,

24-latkowi grozi dożywocie. Od dzisiaj mężczyzna jest już formalnie oskarżony - akt oskarżenia został wysłany do sądu.
- Wnuczek zaprzeczył, że chciał zabić dziadka. Nasze ustalenia przeczą jednak słowom oskarżonego - informuje tvn24.pl Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury.
Oskarżony przebywa w areszcie od marca. W trakcie śledztwa sprawdzona była jego poczytalność. Biegli orzekli, że w chwili zdarzenia mężczyzna był poczytalny.
- Oskarżony wyjaśniał, że w trakcie zdarzenia był pod wpływem dopalaczy - dodaje prokurator Kopania.
Chciał zabić dla pieniędzy?
Do przestępstwa doszło 23 marca. Do drzwi 82-letniego łodzianina zapukał 24-letni wnuczek. - Starszy mężczyzna nie chciał go wpuścić do środka, bo już wcześniej był okradziony przez 24-latka. Wnuczek jednak zapewniał, że przyszedł oddać zrabowane wcześniej pieniądze - mówi Krzysztof Kopania.
Starszy mężczyzna otworzył drzwi wnukowi i szybko tego pożałował. - Mężczyźni weszli razem do kuchni. Tam oskarżony rzucił dziadka na podłogę i zaczął dusić - relacjonuje prokurator.
82-latek stracił na chwilę przytomność. Kiedy się ocknął, zobaczył, jak 24-latek przeszukuje mieszkanie szukając "łupów". Według ustaleń śledczych 24-latek zaatakował jeszcze raz. Tym razem użył noża.
- Spowodował u ofiary dwie głębokie rany cięte szyi. Starszy mężczyzna znowu stracił świadomość, a napastnik uciekł z pieniędzmi: łącznie 1100 złotych – dodaje Kopania.
"Wiedziałem, że dziadek ma pieniądze"
Zaatakowany łodzianin wezwał pogotowie. W stanie zagrożenia życia trafił do szpitala. Na szczęście udało się go uratować.
Oskarżony został zatrzymany przez policję niedługo po ataku. Usłyszał zarzut usiłowania zabójstwa na tle rabunkowym.
- Mężczyzna przyznał, że od początku planował zabrane pieniędzy dziadkowi. Poszedł do niego, bo wiedział, że 82-latek je posiada - mówi Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury.
Mężczyzna był już wcześniej karany.


TVN24.pl


×