Witamy w nowej odsłonie DOPALAMY.COM!

Prosimy o zgłaszanie wszelkich sugestii oraz błędów w tym temacie: KLIKNIJ

NEWSY

Aktualności z całego świata!

Wojt
Mieszkaniec Świecia posiadał blisko 6,5 kg marihuany i 8 krzewów które hodował we własnym mieszkaniu. Policja wyceniła ilość zatrzymanego towaru na 190 tysięcy. Zatrzymany był juz karany za podobne przewinienia.
 
 
 
Policjanci zlikwidowali profesjonalnie zorganizowaną plantację konopi. Funkcjonariusze zabezpieczyli narkotyki o czarnorynkowej wartości około 190 tys. zł oraz sprzęt do ich uprawy. 44-letni mieszkaniec Świecia usłyszał już zarzuty posiadania znacznej ilości narkotyków oraz uprawy konopi. Teraz, do czasu rozprawy, w ramach policyjnego dozoru mężczyzna dwa razy w tygodniu będzie musiał stawiać się w Komendzie Powiatowej w Świeciu.
Kryminalni z Komendy Powiatowej Policji w Świeciu ustalili, że w jednym z budynków gospodarczych na terenie gminy Jeżewo znajduje się nielegalna plantacja marihuany. W minioną środę, 20.07.br., policjanci wkroczyli na teren prywatnej posesji.

Podczas przeszukania odnaleźli profesjonalnie zorganizowaną uprawę konopi. Rośliny były odpowiednio naświetlane, nagrzewane, wietrzone i nawożone. Cały system działał w sposób automatyczny.

Policjanci zabezpieczyli 8 krzaków konopi w różnej fazie wzrostu i około 6,4 kg narkotyku o czarnorynkowej wartości około 190 tys. zł. Ponadto, podejrzany zajmował się wytwarzaniem oleju z konopi. Zabezpieczono około 40 ml takiego specyfiku. Wszystkie czynności nadzorowała Prokuratura Rejonowa w Świeciu.

W piątek, 22.07.br. policjanci doprowadzili podejrzanego do prokuratury, gdzie usłyszał zarzut nielegalnego uprawiania konopi i posiadania znacznej ilości środków odurzających. Oskarżyciel zastosował wobec podejrzanego policyjny dozór i 50 tys. zł zabezpieczenia majątkowego oraz 50 tys. zł poręczenia majątkowego. Za popełnione przestępstwa, właścicielowi plantacji grozi bezwzględna kara pozbawienia wolności od lat 3.
 
 
Policja.pl
Wojt
Ogromne ilości posiadał posiadał przy sobie wiceprzewodniczący na posesji innego radnego rady gminy Rokitnica . Został zatrzymany i doprowadzony do aresztu, gdzie odpowie za ogromna ilość, niecałego grama marihuany.
 
 
 
Michał C., wiceprzewodniczący rady gminy Rokietnica, został w sobotę wieczorem zatrzymany w związku z podejrzeniem o posiadanie narkotyków. Wójt gminy oraz przewodniczący rady gminy nie ukrywają ogromnego zaskoczenia. – Jestem zszokowany. W życiu bym nie podejrzewał, że taka sytuacja może mieć miejsce – nie ukrywa Bartosz Derech, wójt gminy Rokietnica.   Nieoficjalnie udało nam się dowiedzieć, iż Michał C. prawdopodobnie miał przy sobie około grama marihuany. Policja na razie nie potwierdza tych informacji.   Od osób związanych ze sprawą usłyszeliśmy, że całe zdarzenie miało miejsce około godziny 21.30 na posesji innego radnego gminy – Piotra Szatkowskiego. On sam nie komentuje tej sprawy. Michał C. jest wiceprzewodniczącym rady gminy od 2014 roku. Zarówno wójt, jak i przewodniczący rady gminy pozytywnie oceniają jego dotychczasową pracę.
– Był bardzo aktywnym radnym i przewodniczącym jednej z komisji. Prawidłowo wywiązywał się ze swoich zadań, a jego komisja działała bardzo rzeczowo. Dlatego jestem bardzo zaskoczony tym zatrzymaniem – komentuje Ryszard Lubka, przewodniczący rady gminy Rokietnica.
Z kolei Bartosz Derech dodaje:
– To radny z dużą wiedzą, do którego nie miałem żadnych zastrzeżeń. Ponadto jest również społecznikiem, który organizował wiele wydarzeń. Wszędzie go pełno. Czekam na dalsze wyjaśnienia w tej sprawie, bo trudno mi się z tym pogodzić.
Jeśli okaże się, że wiceprzewodniczący rady gminy miał przy sobie marihuanę, oprócz konsekwencji prawnych, będzie musiał liczyć się również z politycznymi. W takim przypadku najprawdopodobniej straci mandat.
– Do momentu prawomocnego wyroku nikt go jednak nie zwolni z mandatu – mówi Ryszard Lubka.
Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że Michał C. miał zostać wypuszczony do domu jeszcze w nocy z soboty na niedzielę. Na razie nie wiemy czy usłyszał jakiekolwiek zarzuty. Próbowaliśmy się z nim skontaktować, lecz nie odbierał naszych telefonów.
      GlosWielkopolski.pl
Wojt
Cieszyńska policja zatrzymała dilera dopalaczy, zatrzymany 25 latek posiadał około 300 gram nieznanej substancji. W trakcie przesłuchań, do tej sprawy zostały zatrzymane kolejne osoby w wieku 20-24 lata.
 
 
 
Policjanci wydziału kryminalnego z cieszyńskiej komendy zatrzymali 25-letniego dilera narkotyków ze Skoczowa. Kryminalni przejęli prawie 300 gramów dopalaczy. Decyzją prokuratora mężczyzna został objęty policyjnym dozorem.
Zatrzymanie 25-letniego dilera, to wynik pracy policjantów z wydziału kryminalnego cieszyńskiej komendy. Podczas przeszukania w jego mieszkaniu kryminalni znaleźli blisko 300 gramów dopalaczy w postaci białego proszku.

Oprócz środków odurzających stróże prawa zabezpieczyli sprzęt do ich porcjowania, kilkadziesiąt woreczków strunowych, wagę elektroniczną i młynek do rozdrabniania. Mieszkaniec Skoczowa został zatrzymany w policyjnym areszcie. Śledczy przedstawili mu zarzuty handlu i posiadania narkotyków.
W tej sprawie zostali zatrzymani także trzej mieszkańcy powiatu cieszyńskiego w wieku od 20 do 24 lat, którzy usłyszeli zarzuty posiadania narkotyków. Śledczy czekają teraz na wyniki badań laboratoryjnych.

Jeśli przeprowadzone przez biegłego badania zabezpieczonych substancji wykażą, że są to środki niebezpieczne dla życia i zdrowia, wówczas mężczyzna może trafić do więzienia nawet na kilka lat.

Prokurator zastosował wobec młodego mężczyzny dozór policyjny.
 
 
Policja.pl
Wojt
To pewne, ludzie brali narkotyki, biorą i będą je brać gdyż motywów dla których to robią jest wiele. Jedni wspomagają sie amfetamina słodząc nia herbatę a inni wciągają chemie do badań. Chociaż ludzkość nie wymyśliła narkotyków wczoraj, w końcu ktoś patrzy na to mądrym spojrzeniem, powinno się dopuścić wybrane związki chemiczne będące narkotycznymi i je kontrolować.     Artykuł podesłał : Galaxy of Mind
 
 
Należy się zastanowić nad takim rodzajem profilaktyki, który da młodym ludziom narzędzia do identyfikowania własnych potrzeb i umożliwi im ich realizację bez wspomagaczy. A może by tak wprowadzić psychologię w szkołach? - rozmowa z dr. hab. Piotrem Sałustowiczem i dr Dorotą Wiszejko-Wierzbicką
W 2010 r., kiedy to znowelizowano ustawę o handlu dopalaczami, sklepy, które je sprzedawały, miały przestać istnieć. Z państwa raportu wynika jednak, że nadal aż 17 proc. Polaków zaopatruje się w dopalacze w sklepach stacjonarnych. To legalne?

P.S.: Dziś dopalacze można kupić w sklepach pod innymi szyldami: "Wszystko za pięć złotych", "Środki czyszczące", "Artykuły modelarskie". I dopóki substancje, które znajdują się w dopalaczach, nie figurują na liście substancji kontrolowanych, dopóty nie jest to nielegalne. Policja i sanepid oczywiście mogą wejść do takiego sklepu, skonfiskować towar, ale jeśli się okaże, że nie ma tam żadnej substancji zakazanej, to właścicielowi należy się odszkodowanie, dlatego takie interwencje są rzadkie.

A sklepy dalej legalnie sprzedają truciznę.

P.S.: Tak. Bo największy kłopot z dopalaczami to ten, że nikt poza producentem nie wie dokładnie, co się w nich znajduje. Problem polega też na tym, że kiedy na listę substancji monitorowanych np. przez EMCDDA (Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii) trafiają kolejne i zostają zakazane, to w ich miejsce natychmiast pojawiają się nowe, o nowych strukturach, zwykle jeszcze bardziej toksyczne. A zmiana struktury dopalacza o charakterze stymulantu może np. spowodować, że będzie on miał właściwości halucynogenne, a nie energetyzujące. Użytkownicy nie wiedzą, jak je dozować, żeby nie zrobić sobie krzywdy, więc często zażywają dopalacze "na oko". Stąd nagminne zatrucia.

Z badań, które państwo przeprowadzili, wynika jednak, że ta wielka niewiadoma wcale użytkownikom nie przeszkadza.

P.S.: Blisko połowa nie wie, co bierze. Wystarczy im, że "znajomy powiedział, że nieźle działa". Być może dreszczyk emocji związany z tym, że konsekwencje są nieprzewidywalne, powoduje, iż niektórzy po te dopalacze sięgają.

Państwo nazywają to "prywatyzacją ryzyka", co oznacza, że skutki zażycia spoczywają tylko na osobie, która wzięła. Nie na producencie, nie na ustawodawcy.

D.W.W.: W naukach społecznych mówi się sporo o tym, że społeczeństwo staje się powoli jednym wielkim laboratorium. Do jego krwiobiegu co rusz wpuszczana jest jakaś nowinka, na której się eksperymentuje potem in vivo i bez żadnego nadzoru. Dopalacze są jedną z takich nowinek. Co tydzień powstaje jedna, dwie nowe substancje. Nie sposób nad tym zapanować.

Oficjalna nazwa to "nowe substancje psychoaktywne". Czym się różnią od klasycznych narkotyków?

P.S.: To narkotyki syntetyczne. Mają właściwości uzależniające. Część z nich naśladuje działanie narkotyków klasycznych, np. marihuany czy kokainy. Co ciekawe,
  większość użytkowników jest świadoma, że dopalacze nie są ani mniej toksyczne, ani mniej uzależniające, ani mniej szkodliwe od klasycznych narkotyków, ale to ludzi nie powstrzymuje przed zażywaniem.


Kto je bierze w Polsce?

P.S.: Najczęściej młode osoby, między 16. a 25. rokiem życia. Ponad dwie trzecie to mężczyźni.

98 proc. z nich piło alkohol, 93 proc. próbowało marihuany. Po dopalacze sięgnęło "tylko" 8 proc.

P.S.: Obserwujemy jednak tendencję wzrostową i nie wiadomo, czy za dwa, trzy lata ten odsetek się nie podwoi. Badania z Wielkiej Brytanii i Finlandii pokazują, że jest to już realny społeczny problem. Powody są dwa: niska cena oraz to, że uchodzą za legalne. Skoro pije się legalny alkohol, dlaczego nie brać legalnych dopalaczy?

Pani stworzyła typologię użytkowników na podstawie ich postów na dwóch największych forach o dopalaczach w Polsce. Proszę o nich opowiedzieć.

D.W.W.: Na podstawie analizy ponad tysiąca postów wyodrębniliśmy sześć typów. Jeden z nich to empatyczni imprezowicze. Empatia nie jest tu jednak rozumiana tak jak w psychologii - jako umiejętność przyjęcia perspektywy drugiej osoby, wczucia się w jej problemy. Chodzi raczej o towarzyskość, spontaniczność w reakcjach, wspólną dobrą zabawę. Takie osoby sięgają po specyfiki o właściwościach "empatogennych", czyli takich, które niwelują lęk społeczny, pozwalają szybko nawiązać kontakt (np. z płcią przeciwną), ale też być na haju.

P.S.: W tej grupie są też osoby, które przyznają, że dopalacze pomagają im w życiu seksualnym. To nie jest duża grupa ani jej główny motyw. Czasem efekt afrodyzjaku pojawia się przypadkiem, ale kiedy zażywający to odkrywają, sięgają po dopalacz właśnie w tym celu.

Mamy też taką kategorię jak naukowiec/ekspert. Kto to taki?

D.W.W.: To elita na forach. Ludzie, którzy mają dużą wiedzę z zakresu chemii i farmakologii, posługują się naukowym żargonem, wzorami chemicznymi. Niektórzy z nich mają dostęp do laboratoriów, potrafią bardzo dokładnie opisać działanie konkretnych substancji.
   
"Postawiłbym pMPPP przed NED, ale zostaje w tyle za bufedronem i alfa-PPP"- to cytat.

D.W.W.: No właśnie. Naukowcy i eksperci odgrywają rolę doradców. Są też tymi, którzy zalecają ostrożność. Często stają się moderatorami takich forów.

Sami biorą czy tylko doradzają?

D.W.W.: Eksperymentują na sobie, a potem zdają relację w formie trip reports, czyli opisują, co się z nimi działo po zażyciu konkretnej substancji w określonych dawkach. Dlatego z ich wiedzy najchętniej korzysta kolejna grupa, czyli nowicjusze - ci, którzy biorą po raz pierwszy albo są mało doświadczeni. Forum traktują jak poradnik, informator. Tyle że tu się pojawia problem, o którym mówiliśmy wcześniej: rozmawiając o pewnej substancji czy specyfiku, nikt nie wie, czy rozmawia o tym samym. Jeden i drugi bierze np. "kokolino", a tak naprawdę każdy bierze coś innego.

Czym naukowcy różnią się od doświadczeniowców?

D.W.W.: Ci drudzy też eksperymentują na sobie, ale nie są zainteresowani opisem poznawczym, tylko chcą zdobyć nowe doświadczenie. Są bardziej nastawieni na przeżycia wewnętrzne, nowe doznania zmysłowe, zgłębianie psychiki. Ich sposób przyjmowania nowych substancji psychoaktywnych jest wiązany z tradycją psychonautów wywodzących się z kręgów Sashy Shulgina, amerykańskiego chemika i farmakologa. Jako osoba mająca szeroką wiedzę na temat różnych substancji psychoaktywnych dzięki własnym eksperymentom był swego czasu doradcą amerykańskiej DEA (Drug Enforcement Administration) walczącej z przestępczością narkotykową. Wpisy doświadczeniowców na forach więcej jednak mają wspólnego z doświadczaniem różnych stanów wewnętrznych niż prowadzeniem doświadczeń w sensie naukowym, stąd ta nazwa.

Są jeszcze kamikadze. Ci najczęściej trafiają do izby przyjęć?

D.W.W.: Każdy z tych typów może się tam znaleźć, bo przecież - jak wynika z naszych badań - blisko połowa respondentów nie wiedziała, co zażyła ostatnim razem, ale rzeczywiście kamikadze bierze pod uwagę, że tak może skończyć. Podejście kamikadze do substancji można jednak porównać do bycia na krawędzi, w literaturze przedmiotu mówi się o czymś takim jak edgework, czyli zbliżanie się do śmierci, ale nie z intencją przekroczenia tej linii, lecz zyskania kontroli nad czymś, co jest w zasadzie niemożliwe do kontrolowania. To daje poczucie siły. Wśród przedstawicieli tej grupy są osoby, które świadomie szukają ryzyka. Jest typ osobowości, która ma tzw. głód stymulacji. Taka osoba chce dotrzeć do swoich granic. Na forum jej wpisy mają często charakter przechwałek, że wciągnęła jakieś niesamowite ilości dopalacza przez nos albo że substancja, którą zażyła, "pali krew, skleja żyły". Na przeciwnym biegunie jest grupa, która chce to ryzyko minimalizować.

To ci, którzy traktują dopalacze instrumentalnie.

D.W.W.: Nazwaliśmy ich supermanami. Oni chcą użyć konkretnej substancji w konkretnym celu - żeby być bardziej wydajnym w szkole, na uczelni, w pracy, zwalczyć zmęczenie, zwiększyć koncentrację. Na forach szukają informacji, co zażyć, w jakiej ilości, żeby osiągnąć konkretny efekt, bo "rano muszę iść do roboty", "muszę dokończyć projekt". Piszą np.: "Ta substancja dużo mi dała w kwestii ogarnięcia się w pracy, na pewno nie poryło mi bańki, nie zmniejszyło IQ".

P.S.: Już w latach 80. na Zachodzie zauważono, że aby sprostać rosnącym wymaganiom w pracy czy na uczelni, młodzi zaczęli sięgać po leki. Dzisiaj miejsce farmaceutyków coraz częściej zajmują dopalacze, bo można je kupić bez recepty, są łatwo dostępne.

D.W.W.: Ten trend jest bardzo wyraźny. Szuka się czegoś "ekstra" na tę ekstraprzyspieszoną rzeczywistość. Mówi się, że dzisiaj po lekturze jednego wydania "New York Timesa" dowiadujemy się więcej, niż człowiek w XVII wieku dowiadywał się przez całe życie. Niektórzy próbują sobie w ten sposób radzić z przetworzeniem nawału informacji.

Który z tych typów dominuje wśród zażywających dopalacze?

D.W.W.: Badania dotyczące typologii nie miały na celu sprawdzania tego. Ale z badań sondażowych, które przeprowadził prof. Sałustowicz z zespołem, wynika, że aż jedna trzecia zażywających dostaje dopalacze w prezencie od przyjaciela. 14 proc. kupuje je od znajomego, nie od dilera. Na tej podstawie można by przypuszczać, że najważniejszym motywem, dla którego młodzi Polacy sięgają po dopalacze, jest motyw społeczno-emocjonalny. Wydaje się więc, że dominującym typem są empatyczni imprezowicze.

W Holandii czy we Francji młodzież zaopatruje się głównie w sklepach internetowych.

D.W.W.: I jej głównym celem jest zmiana własnej percepcji, zdobycie nowych doznań, a nie bycie z innymi.

To lepiej o nas świadczy, że my się wolimy otwierać na innych?

P.S.: Jednak w tym otwieraniu często nie chodzi o nic więcej niż o dobrą zabawę w gronie znajomych. Bywa, że dopalacze zastępują alkohol, bo działają szybciej, silniej, a tak jak alkohol pozwalają się wyluzować.

D.W.W.: Różnie te dane można interpretować. Choćby tak, że młodym ludziom brakuje dziś umiejętności bycia z innymi. W Polsce wiedza o dopalaczach ogranicza się do sensacji: ktoś przedawkował, ktoś umarł. Natomiast mało kto się zastanawia, jakie się za tym kryją potrzeby, motywy, jakie są emocje.
  Z forów, które analizowaliśmy, wyzierają smutek, poczucie izolacji, tęsknota za bliskością. Są użytkownicy, dla których to wirtualne forum stanowi punkt odniesienia, tak jakby w ich życiu nie było przyjaciół, rodziców.

  Jeśli tacy użytkownicy mówią, że wzięli coś w grupie, to oznacza tyle, że zażyli coś w domu i teraz siedzą przed komputerem, dzieląc się swoimi doznaniami na żywo z innymi uczestnikami forum.

Może też stać za tym zwykła chęć dobrej zabawy, ale może to być także przejaw naszych czasów, w których coraz częściej chcemy mieć poczucie kontroli nad tym, co robimy. Ja to nazywam funkcjonowaniem na zasadzie "switch on - switch off". "Włącz - wyłącz".

Co pani ma na myśli?

D.W.W.: Jeśli mam ochotę na kontakt z innymi, to biorę dopalacz, który mi ten kontakt ułatwia, i w niego wchodzę. A potem wychodzę. Gdy mam na wykonanie jakiegoś zadania bardzo krótki termin, biorę inny dopalacz. A kiedy chcę się zrelaksować - jeszcze inny. Coraz częściej analizuje się zjawisko dopalaczy w kontekście tzw. samoregulacji, której we współczesnym świecie jest coraz więcej. Ludzie chcą sobą zarządzać na każdym poziomie - fizycznym i psychicznym. Z jednej strony to daje im poczucie bycia panem swojego życia, a z drugiej - pokazuje brak poczucia bezpieczeństwa.
  Kiedyś tę funkcję nadzorującą, zapewniającą oparcie, pełniły wspólnota, tradycja, rytuały. To one pomagały się uporać np. z trudnymi emocjami, kryzysami. Dzisiaj coraz częściej zostajemy z nimi sami.


Po dwóch dniach od śmierci bliskiego trzeba wrócić do pracy, nie ma taryfy ulgowej, a kiedyś czas żałoby był czymś naturalnym. Zmieniają się w szybkim tempie warunki funkcjonowania zewnętrznego, ale nasza psychika i emocje za tym często nie nadążają, więc ludzie, szczególnie młodzi, radzą sobie z tym napięciem tak, jak potrafią. Tyle że "samoregulując się" w taki sposób, biorą na siebie ogromne ryzyko.

Z jakich powodów ktoś rozdaje kolegom dopalacze za darmo?

P.S.: Zastanawiałem się, jaką funkcję to pełni. Czy to kwestia zdobycia w grupie pozycji, statusu? Czy to próba przejęcia funkcji organizatora imprez, dbania o to, żeby impreza się udała itd.? Czy to jest taka wymiana w sensie symbolicznym? To dla nas zagadka.

D.W.W.: Zastanawialiśmy się też nad tym, czy to nie jest po prostu kolejny przejaw konsumpcjonizmu. Jest coś nowego, więc trzeba to wypróbować. Sięgnąć po nowe wrażenia, nowe emocje.

Problem w tym, że taka forma nabycia dopalacza dodatkowo zwiększa ryzyko. Znajomemu się ufa. Jeśli on mówi, że to jest dobre, to już się człowiek nie zastanawia nad tym, co ten specyfik zawiera i jak się można po nim czuć.

P.S.: Z drugiej strony 30 proc. użytkowników zażywa dopalacze u siebie w domu albo u kolegi, kolejne 30 proc. - na łonie natury ze znajomymi. To wspólne zażywanie dopalaczy sprawia, że ma się poczucie, iż ktoś czuwa, ktoś w razie czego wezwie pomoc.

Kto jest największym producentem dopalaczy?

P.S.: Głównymi dostawcami na rynek europejski, w tym polski, są Indie oraz Chiny i dlatego międzynarodowi eksperci niepokoją się jakością produkcji tych substancji. To jedno. Drugie bardzo prawdopodobne ryzyko polega na tym, że rynek dopalaczy może zostać niebawem opanowany przez przestępczość zorganizowaną. Nie stało się tak jeszcze tylko dlatego, że na razie jest legalny. Wymyka się próbie monopolizacji także dlatego, że 6 proc. użytkowników produkuje dopalacze samodzielnie w domu. I żeby zmonopolizować rynek, mafia musiałaby prowadzić walkę z każdym takim domorosłym producentem. Jednak ten rynek może się stać interesujący dla mafii wtedy, gdy nastąpi pewnego rodzaju załamanie na rynku tradycyjnych narkotyków.

To znaczy?

P.S.: Kiedy dopalacze staną się dla narkomanów substytutem klasycznych narkotyków. Takie zjawisko już się pojawia. Ktoś, kto np. zażywa heroinę, w momencie kiedy brakuje jej na rynku albo cena jest dla niego nieosiągalna, zastępuje ją dopalaczem o podobnym działaniu, żeby chociaż częściowo zaspokoić głód. Oczywiście to nie to samo, ale zastępczo wystarczy. Jeśli więc coś takiego by się wydarzyło na masową skalę, to wtedy mafia mogłaby się dopalaczami zainteresować, bo to stabilny, dochodowy biznes.

Jakie są wnioski z państwa badań?

P.S.: Zastanawiamy się, czy sensowne jest zakazywanie kolejnej substancji bez względu na to, czy jest bardzo niebezpieczna, średnio czy mało. Jest grupa dopalaczy, które nie są aż tak toksyczne, chociaż nadal mogą uzależniać i nadal szkodzą. Ale wyobrażam sobie, że można by zdjąć zakaz z kilku substancji, które są dobrze przebadane laboratoryjnie, i zostawić je na rynku, ale jednocześnie zająć się naprawdę poważnie edukacją, zmianą postaw wobec używania tych substancji. Tak żeby robić to w bezpieczniejszy sposób. Podobnie jak z alkoholem - taka dawka wprowadza w stan upojenia, tyle można bezpiecznie spożyć, takie są konsekwencje długotrwałego przyjmowania itd.
  Bo zakazywanie, jak się przekonaliśmy, powoduje jedynie to, że powstają coraz bardziej niebezpieczne substancje. Twarda polityka antynarkotykowa nie wyeliminuje potrzeby zażywania. Jest nie tylko nieskuteczna, ale też szkodliwa.


D.W.W.: Sami użytkownicy forów często piszą o konieczności regulacji tego rynku. Jest grupa, która wyraźnie potrzebuje informacji na temat wartości granicznych i efektów, których można się spodziewać. To by znacznie zmniejszyło ryzyko zatruć i wypadków śmiertelnych.

P.S.: To tak jak z prohibicją alkoholu. Wszyscy wiemy, co się wtedy dzieje. Problem polega na tym, że ustawodawcy brakuje odwagi i rozsądku. Zastanowienia, co w danym momencie przyniesie więcej korzyści, a co szkód.

A co z profilaktyką? Wydaje się, że programów edukacyjnych o szkodliwości dopalaczy jest sporo. Ma je policja, mają samorządy, organizacje pozarządowe. Mimo to tendencja jest nadal wzrostowa. Nie są skuteczne?

D.W.W.: Pytanie, czy one sięgają do przyczyn zażywania. Ważne jest też, kto przychodzi i o tych dopalaczach opowiada. Jeśli to policjant lub urzędnik, a spotkanie ma formę pogadanki, to raczej będzie mało skuteczne. Na forach widać wyraźnie, że jest grupa, która szuka informacji, a typ naukowca nie bez powodu jest tam autorytetem.

Ale ci ludzie szukają informacji, jak brać bezpiecznie, a celem tych programów jest to, żeby nie brać w ogóle.

P.S.: Oczywiście celem powinien być zanik konsumpcji tych substancji, ale to jest utopijne założenie. Potrzeby zażywania dopalaczy są bardzo różne i nie zmienią się, jeśli dopalacze znikną z rynku. Ci ludzie będą wtedy szukali nowych specyfików. Jak nie dopalacze, to leki, jak nie leki, to jeszcze coś innego, co może dopiero powstanie.

D.W.W.: Potrzeby są czymś bardzo głębokim. Dlatego należy się zastanowić nad takim rodzajem profilaktyki, który da tym młodym ludziom narzędzia do identyfikowania własnych potrzeb i umożliwi im ich realizację bez wspomagaczy. Ja jestem wielką zwolenniczką psychologii w szkole - żeby ludzie się nauczyli rozpoznawać swoje emocje, dowiedzieli się, jak je regulować bez używek, jak sobie radzić z kryzysami, trudnościami psychicznymi, jak budować głębokie więzi. To jest kluczowe.
 
Dr Dorota Wiszejko-Wierzbicka - doktor psychologii, adiunkt i liderka ośrodka badawczo-aktywizacyjnego Młodzi w Centrum LAB Uniwersytetu SWPS, psycholog-seksuolog. Pracę naukowo-badawczą łączy z praktyką psychoterapeutyczną, pracując z osobami dorosłymi i młodzieżą
 
Dr hab. Piotr Sałustowicz - socjolog specjalizujący się w tematyce polityki społecznej. Wykłada na Uniwersytecie SWPS oraz w University of Applied Sciences w Bielefeld. Były doradca naukowy rzecznika praw obywatelskich
  DOPALACZE ZARAZ ZA ALKOHOLEM, MARIHUANĄ I ECSTASY

Badania nad zażywaniem nowych substancji psychoaktywnych (dopalaczy) zostały przeprowadzone w latach 2013-15 pod kierownictwem prof. Piotra Sałustowicza z Uniwersytetu SWPS w ramach badania międzynarodowego projektu I-TREND (Internet Tools for Research in Europe on New Drugs), w którym wzięły udział: Francuskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Uzależnień (OFDT - lider projektu), I Wydział Medycyny Uniwersytetu Karola (Czechy), Trimbos-instituut (Holandia), Północno-Zachodnie Centrum Obserwacji Zdrowia (NWPHO - Wielka Brytania) i Uniwersytet SWPS (Polska). Przebadano grupę 1385 osób, w której 88 proc. stanowili młodzi mężczyźni i kobiety poniżej 25. roku życia. Dopalacze należą do najczęściej wskazywanych używek - zaraz za alkoholem, marihuaną, ecstasy czy amfetaminą. Są popularniejsze niż LSD czy grzyby halucynogenne. Najpopularniejszymi substancjami wymienianymi przez badanych były: mefedron (zdelegalizowany w 2011 r.) oraz narkotyki modyfikowane sprzedawane pod marketingowymi nazwami "kokolino", "sztywny Misza", "Władziu" i "funky".
 
 
 
WysokieObcasy.pl
 
Wojt
Ciąg dalszy zmagań Łódzkich urzędników z dopalaczami, tym razem dopatrzono sie iż prawnik miasta w przeszłości doradzał handlarzom dopalaczy.




Radni PiS Łukasz Magin i Marcin Zalewski apelują, by mec. Marcin Górski, który w łódzkim magistracie kieruje biurem prawnym, został pozbawiony stanowiska. Powołują się przy tym na doniesienia medialne, według których w przeszłości prawnik i jego kancelaria doradzali firmom, które handlują substancjami psychoaktywnymi.
 
Obaj radni PiS-u przypominają, że w maju łódzka rada miejska wezwała ministra sprawiedliwości do bardziej energicznych działań w sprawie dopalaczy. Tymczasem, jak przekonują, tę energię łódzki magistrat powinien skierować raczej we własnym kierunku. - Zanim będziemy apelowali do władz krajowych, należy posprzątać na własnym podwórku. Nie wyobrażamy sobie, żeby z panią prezydent współpracowała osoba, która w przeszłości zajmowała się takimi działaniami i doradzała takim ludziom. - mówi Łukasz Magin. Jak dodaje, ma nadzieję, że wszyscy radni poprą jego postulat o zwolnienie mec. Górskiego z pracy.
Jego klubowy kolega, radny Marcin Zalewski dodaje, że taka sytuacja ośmiesza wysiłki miasta, dotyczące walki z dopalaczami. – Jeśli pan mecenas Górski angażował się po obu stronach to jest to głęboko niemoralne – mówi radny. Zalewski nie wyklucza też, że będzie apelował do rektora Uniwersytetu Łódzkiego. Marcin Górski jest zatrudniony na uczelni na stanowisku wykładowcy.

Reakcja miasta? "Jesteśmy na wojnie. Albo jest się z nami, albo z handlarzami dopalaczy"
Łukasz Goss, w łódzkim magistracie koordynujący działania dotyczące walki z dopalaczami w rozmowie z Onetem stanowczo stwierdza, że apel posłów PiS jest co najmniej nie na miejscu. – Miasto robi wszystko, żeby z tymi handlarzami śmiercią wygrać. Mamy wojnę i są w niej tylko dwie strony. Albo jest się po stronie miasta, albo dopalaczy – mówi Goss. Jak dodaje, radni PiS-u często wygłaszają tezy, które nie mają pokrycia w rzeczywistości. – Nie dalej jak kilka dni temu radny Magin twierdził, że nasza walka z handlarzami dopalaczy jest wyłącznie pozorowana.
 
Tymczasem fakt, że jeden z właścicieli budynku, w którym te substancje sprzedawano rozwiązał umowę najmu z firmą, która dopalaczami handlowała świadczy o tym, że działamy skutecznie. Sklep przy ulicy Nawrot znika z mapy Łodzi – mówi Goss. Jak podkreśla, ultimatum, jakie miasto postawiło pozostałym właścicielom nieruchomości, w których są punkty z tak zwanymi materiałami kolekcjonerskimi także przyniosło efekty. - Wiemy już, to informacja sprzed kilku chwil, że większość z nich pojawi się na spotkaniu w magistracie w poniedziałek.
Jest więc bardzo prawdopodobne, że także oni zdecydują się na wypowiedzenie umów najmu handlarzom dopalaczami. Jeśli tego nie zrobią, każdego z nich czekają milionowe pozwy – podkreśla Goss. Jak przekonuje, miasto ma też w zanadrzu kolejne pomysły i kolejne pozwy. - Tym razem chcemy uderzyć bezpośrednio w firmy, które dopalaczami handlują. Pozwy byłyby składane przez miejskiego rzecznika praw konsumenta - mówi. - Chodzi o ustawę o ochronie praw konsumenta, który może dochodzić od sprzedawcy odszkodowania, jeśli przy zakupie został wprowadzony w błąd – tłumaczy przedstawiciel magistratu. Jak wyjaśnia, chodzi o to, że na opakowaniach z dopalaczami są napisy informujące o tym, że towar nie nadaje się do spożycia. – To ewidentne "puszczanie oka" do wszystkich kupujących, bo wiadomo, po co się te dopalacze kupuje i co z nimi robi. Ale, jeśli zgłoszą się do nas opiekunowie osób nieletnich, które po zażyciu dopalaczy poczuły się źle, będzie to podstawa do pozwania sprzedających za złamanie praw konsumenta – przekonuje Goss.
Jak informuje, urząd miasta czeka na sygnały od opiekunów nieletnich, którzy kupowali dopalacze. – Im więcej osób się do nas zgłosi, tym lepiej. Mamy nadzieję na odzew ze strony łodzian, bo wiemy, że znaczna część kupujących dopalacze to nastolatkowie. Niestety – kwituje Goss.
Pytany o przeszłość prawnika miasta, mec. Marcina Górskiego mówi, że każdy adwokat miał kiedyś kontakt z różnymi klientami, a rolą pełnomocnika jest doradzać im jak najlepiej. – Jednak od czterech lat pan mecenas przestał być czynnym adwokatem, jest radcą prawnym. W Łodzi sprawą walki z dopalaczami zajmuje się sekretarz miasta, Barbara Mrozowska-Nieradko – wyjaśnia Goss. Czy miasto w momencie zatrudniania mec. Górskiego wiedziało o jego zawodowej przeszłości? Na tak postawione pytanie Goss odpowiada: - Taka jest specyfika pracy adwokata, że reprezentuje najczęściej osoby mające problemy z prawem. Więc jest oczywiste, że miał kontakt z różnymi klientami. Dziś nie jest już czynnym adwokatem, a miasto może korzystać z jego wiedzy i doświadczenia.
Co na to sam mec. Górski? W rozmowie z Onetem otwarcie przyznaje: "Tak, miałem styczność z firmami, które obracają środkami zastępczymi. Nigdy tego nie ukrywałem. Teraz obrywam za to, że chcę być transparentny"
Magda Gałczyńska, Onet: Doradzał pan handlarzom dopalaczy, czy nie? O to właśnie oskarżają pana media…
Marcin Górski, prawnik miasta: Ja jestem i zawsze byłem prawnikiem od trudnych spraw. A obrót środkami zastępczymi to na pewno sprawy trudne.
Czyli przyznaje pan, że doradzał?
Owszem, gdy jeszcze byłem adwokatem. Zresztą, zajmowałem się również znacznie ohydniejszymi sprawami, to zdarza się chyba każdemu, kto wybrał ten zawód.
Podobno sam pan się chwalił, w obecności radnych, że miał styczność z tego rodzaju działalnością i takimi firmami.
Owszem, nigdy nie zamierzałem tego ukrywać. Jestem szefem biura prawnego w urzędzie miasta, które ma cztery miliardy budżetu. I na pewno nie mogę sobie pozwolić na to, żeby cokolwiek w moim życiu było zatajone. To byłoby doskonałe narzędzie potencjalnego nacisku a ciąży na mnie zbyt wielka odpowiedzialność, żeby komuś takie furtki zostawiać.
A teraz znalazł się pan na cenzurowanym.
Zdecydowanie tak. Paradoksalnie, obrywam właśnie za to, że nigdy niczego nie ukrywałem, że działałem w sposób maksymalnie transparentny. Zresztą, takiej transparentności oczekiwałbym od każdego, kto pełni odpowiedzialne funkcje.
Czy pana działania, teraz i w przeszłości to nie jest jakaś forma konfliktu interesów? Kiedyś doradzał pan handlarzom dopalaczy a teraz z nimi walczy?
Absolutnie nie, bo ja z nimi nie walczę. Nie dosłownie. Nie jestem stroną w sądzie, nie reprezentuję miasta w tej sprawie. I z drugą stroną, tym bardziej, nie mam nic wspólnego i to już od bardzo wielu lat. Od 2012 roku, odkąd pracuję w urzędzie miasta, nie jestem nawet adwokatem. Musiałem "zawiesić się" zawodowo, bo tu, w magistracie zatrudniony jestem na etat a adwokatom tego nie wolno. Dlatego, złożyłem tak zwany wpis bierny. To było w 2012 roku i od tego czasu z dopalaczami mam styczność o tyle, że czasem doradzam, jakie sposoby walki z tą plagą zastosować. I daje mi pewną satysfakcję i radość, gdy widzę, że te sposoby okazują się skuteczne. Choćby, sprawa immisji, czyli uciążliwego wpływania na sąsiedztwo.
A co z kancelarią, w której kiedyś pan pracował? Oni nie zajmują się pomaganiem handlarzom dopalaczy?
Powiem otwarcie, nie wiem. Jestem wspólnikiem w spółce ale nie mam żadnego wpływu na to, kto jakich klientów wybiera i kogo reprezentuje.

 
 
Wiadomosci.onet.pl
Wojt
Ciekawym zjawiskiem może być sytuacja w której chorzy leczyli się marihuana zakupiona u dilera mieszkającego visa vi szpitala. Podejrzanych o handel zatrzymano w klatce budynku, posiadali przy sobie po kilkanaście gram marihuany. W mieszkaniu odkryto kolejne ilości marihuany jak i sadzonki w rożnej fazie wzrostu.
 
 
Łódzcy policjanci zabezpieczyli ponad 317 gramów marihuany. W tej sprawie zatrzymali dwóch mężczyzn, którzy usłyszeli już zarzuty posiadania znacznej ilości i uprawy konopi indyjskich. Grozi im kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności. Policjanci z Wydziału Narkotykowego KMP w Łodzi podejrzewali, że w jednym z bloków w okolicy Centrum Zdrowia Matki Polki może znajdować się plantacja marihuany.   18 lipca kilka minut przed godziną 13.00 pojechali sprawdzić swoje przypuszczenia. Stojąc przed budynkiem zauważyli na jednym z balkonów doniczki z roślinami, których liście przypominały konopie indyjskie. Postanowili sprawdzić to mieszkanie. Gdy chcieli wejść do klatki schodowej zauważyli dwóch mężczyzn, którzy znani im byli ze swojej wcześniejszej działalności narkotykowej. Funkcjonariusze podjęli więc decyzję, by ich wylegitymować.
  Jak się okazało był to 30-letni mieszkaniec Łodzi oraz jego 38-letni znajomy, który mieszkał w podejrzewanym lokalu. Jak się okazało młodszy miał w plecaku słoik z marihuaną, a starszy pudełko z suszem roślinnym. W związku z powyższym podjęto decyzje o przeszukania mieszkania do którego wchodzili. Na miejscu 30-latek wydał dobrowolnie 4 torebki tj. ponad 16 gramów marihuany.   Ponadto w trakcie przeszukania pomieszczeń funkcjonariusze odnaleźli 9 sadzonek roślin konopi indyjskich o wysokości od 37 do 58 centymetrów, wagę elektroniczną, oraz marihuanę. Policjanci sprawdzili również miejsce zamieszkania 30-latka znajdujące się w centrum Łodzi. Tam również odnaleźli niecałe 8 gramów marihuany oraz łodygę konopi indyjskiej.   Łącznie przy mężczyznach policjanci zabezpieczyli ponad 317 gramów marihuany. Zarówno 30 jaki i 38-latek usłyszeli już zarzuty posiadania znacznej ilości oraz uprawy substancji odurzających.   Grozi im teraz kara nawet do 10 lat pozbawienia wolności.       ExpressIlustrowany.pl/  
 
Wojt
Prośba i groźbą, tak można nazwać nowy sposób walki z dopalaczami na terenie Łodzi. Chociaż wydaje się to dziwne, właśnie takim sposobem urzędnicy chcą "przegonić" sprzedawców dopalaczy. Ultimatum polega na zastraszeniu? Jeżeli do końca tygodnia nie zostaną wymówione najemcom lokale, urząd zgłosi sprawę do sadu i będą musieli zapłacić wielomilionowe kary.
 
 
Łódzki magistrat postawił w środę ultimatum wynajmującym lokale, w których sprzedawane są dopalacze. Jeśli w ciągu 48 godzin nie wymówią umów najemcom, mogą liczyć się z wielomilionowymi pozwami ze strony miasta - poinformowało biuro prasowe prezydenta Łodzi.
Tego dnia przedstawiciele Urzędu Miasta Łodzi (UMŁ) spotkali się z właścicielami nieruchomości, w których prowadzony jest obrót dopalaczami. Jak przekazał PAP Grzegorz Gawlik z UMŁ, miasto przyjęło ze zrozumieniem przekazaną w czasie spotkania informację, że osoby wynajmujące powierzchnie handlowe były wprowadzane w błąd przez swoich najemców co do charakteru prowadzonej działalności oraz nie miały pełnej wiedzy na temat sprzedawanego w nich asortymentu.
"Niemniej jednak po medialnym nagłośnieniu sprawy oraz powszechnie już obowiązującej wiedzy na temat rzeczywistego charakteru tzw. sklepów kolekcjonerskich prawnicy Urzędu Miasta wystosowali ultimatum do wszystkich osób czerpiących zyski z wynajmu lokali pod tego typu działalność, w którym wzywają do wymówienia obowiązujących umów w ciągu najbliższych 48 godzin" - dodał Gawlik.
Magistrat poinformował, że po upływie wyznaczonego czasu wszystkie osoby prowadzące działalność, która w ewidentny sposób wpływa na obniżenie wartości sąsiednich nieruchomości, mogą spodziewać się wielomilionowych pozwów ze strony miasta.
Pierwszy pozew skierowany przeciwko właścicielowi lokalu wynajmowanego na sklep z dopalaczami został złożony w sądzie w ubiegłym tygodniu. Miasto domaga się w nim miliona złotych odszkodowania za spadek wartości nieruchomości położonych w najbliższym sąsiedztwie lokalu przy ul. Nawrot i oferującego sprzedaż dopalaczy oraz 100 tys. złotych na cel społeczny na rzecz fundacji walczącej z uzależnieniami.
Z informacji przekazanej przez sekretarz miasta Barbarę Mrozowską-Nieradko wynika, że właściciel tego lokalu już zadeklarował wymówienie umowy z najemcą.
Obecnie w Łodzi - według danych policji - handel dopalaczami odbywa się w pięciu lokalizacjach. "Jesteśmy zdeterminowani i gotowi do złożenia pięciu nowych pozwów, które skierujemy do właścicieli nieruchomości, w których prowadzone są sklepy z dopalaczami, jeśli najemcy nie wycofają się z dotychczasowych umów" - zaznaczył Gawlik.
Biuro Prawne UMŁ wspólnie z Miejskim Rzecznikiem Konsumentów przygotowuje kolejne działania wymierzone bezpośrednio w tych, którzy handlują dopalaczami. Według Gawlika, w przyszłym tygodniu złożone zostaną pozwy na podstawie Ustawy o Ochronie Konkurencji i Konsumentów.
"Prosimy rodziny osób poszkodowanych przez dopalacze o zgłaszanie się do Miejskiego Rzecznika Konsumentów – ich informacje i pomoc, mogą być kluczowe w ewentualnym postępowaniu sądowym" - dodał.
W maju łódzcy radni jednogłośnie przyjęli uchwałę, w której zaapelowali do ministra sprawiedliwości, Sejmu i Senatu o podjęcie działań przeciwko sprzedaży dopalaczy, podkreślając, że władze samorządowe wyczerpały już prawne możliwości eliminowania procederu sprzedaży tych substancji.
Punkty, w których sprzedawane są dopalacze przez ostatnie miesiące intensywnie kontrolowała Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w asyście policji; ich właściciele otrzymywali nakazy natychmiastowego zaprzestania działalności. Przed punktami sprzedaży prowadzono także długo trwające remonty chodnika – wstęp pieszych na remontowany odcinek był zabroniony, a osoby łamiące nakaz narażały się na 50 zł mandatu wymierzane przez pilnujące terenu patrole Straży Miejskiej.
Dopalacze to potoczne określenie mających działanie psychoaktywne substancji i ich mieszanek, nieznajdujących się na liście substancji kontrolowanych przepisami ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii.
Z danych konsultanta krajowego w dziedzinie toksykologii klinicznej wynika, że w 2015 r. zgłoszono łącznie ok. 7,2 tys. podejrzeń zatruć dopalaczami, w tym prawdopodobnie 24 zgony mogące mieć związek z ich zażyciem. Najwięcej przypadków zatruć wystąpiło na terenie województw: śląskiego, łódzkiego, wielkopolskiego, kujawsko-pomorskiego, mazowieckiego oraz lubuskiego. (PAP)
 
 
GazetaPrawna.pl
 
Wojt
Sanepid i policja bija sobie brawo, pozamykane sklepy z dopalaczami w Kaliszu. Nikt z nich przez tyle lat nie zrozumiał, ze walka z dopalaczami to walka przegrana z góry. Zamkną sklepy, to handel przeniósł się na pralni, zamkną pralnie to handel będzie na telefon albo do odbioru w danym punkcie. W przypadku punktów ruchomych, nikt już nie będzie wstanie tego skontrolować. Kalisz jak każde większe miasto, po zamknięciu sklepów nie stało się wolnym od tego typu rzeczy terenem, handel kwitnie nadal, chociaż dla urzędników nie ma sklepów to i niema problemu, lecz to złe myślenie.
 
W Kaliszu nie ma już ani jednego sklepu z dopalaczami – zapewniają Urząd Miejski i kaliska policja, choć podkreślają, że walka z tymi środkami ciągle trwa. Sprzedaż przeniosła się do prywatnych mieszkań. Mimo to skala zjawiska maleje. Ale to nie powód do zadowolenia – młodzi ludzie sięgają po co innego.
Takie działania niewątpliwie przyniosły efekt. Legalnie działających sklepów już nie ma. Ale czy problem zniknął?

Zagrożenie dopalaczami jest i niestety zawsze będzie, jednak jak podkreśla wiceprezydent Karolina Pawliczak naszego miasta nie można nazywać zagłębiem dopalaczy – a tak jeszcze niedawno mówiły o nas największe stacje telewizyjne w kraju. W stosunku do roku ubiegłego wszystkie statystyki, które są związane z zażywaniem tych środków wyraźnie spadły, jednak walka nadal trwa i zagrożenie ciągle jest realne. - Ja nigdy nie powiedziałam publicznie, że nie ma zagrożenia związanego z dopalaczami w naszym mieście. Natomiast powiedziałam bardzo wyraźnie, że będziemy robić wszystko, żeby pozamykać te sklepy, żeby to zjawisko zmniejszyć, pomniejszyć lub w ogóle zniwelować w naszym mieście – mówiła dziś na konferencji prasowej wiceprezydent miasta Karolina Pawliczak.

Handel przeniósł się do mieszkań
Wszystkie służby pracujące w ramach zespołu roboczego zajmującego się tzw. środkami zastępczymi, jak nazywane są dopalacze zdają sobie sprawę, że największym problemem jest obecnie sprzedaż  tych środków w mieszkaniach prywatnych. Do naszej redakcji również napływają informacje o miejscach, w których ma kwitnąć handel dopalaczami. W ostatnim czasie anonimowy list, podpisany przez „mieszkańców kamienicy przy ulicy Pułaskiego”, trafił też do kaliskiej policji i prezydenta miasta. Autorzy skarżą się w nim na brak poczucia bezpieczeństwa oraz na coraz większą liczbę klientów prywatnego punktu sprzedaży w jednym z mieszkań.
Kaliska policja zapewnia, że sprawdza wszystkie tego typu informacje. Zaznacza jednak, że zanim dojdzie do zamknięcia takiego punktu, policjantów czekają żmudne działania operacyjno – rozpoznawcze. Tymczasem sąsiedzi oczekują natychmiastowych efektów. - Jeżeli są informacje ze strony społeczeństwa, że gdzieś się odbywa handel w miejscach zamieszkania my oczywiście podejmujemy odpowiednie działania. Trzeba sobie uzmysłowić, że pewnego rodzaju informacje musimy poprzedzić działaniami operacyjno – rozpoznawczymi, to są normalne działania policji – mówi mł. insp. Andrzej Haraś, zastępca Komendanta Miejskiego Policji w Kaliszu.
Z dopalaczy młodzież przerzuciła się na…
Według statystyk kaliskiego szpitala, w porównaniu z rokiem ubiegłym liczba pacjentów będących po dopalaczach spadła bardzo wyraźnie. - W 2015 roku do szpitala trafiło 153 pacjentów, którzy byli pod wpływem działania dopalaczy, a pierwsze półrocze 2016 roku to jest 15 osób. Czyli jest zdecydowana poprawa  - podkreślał na konferencji prasowej w ratuszu kardiolog dr Paweł Czaja.
 
Kardiolog Paweł Czaja podkreśla, że na swoim oddziale nie miał ani jednego pacjenta po dopalaczach. Także liczba takich pacjentów w szpitalu diametralnie zmalała
Mniejszą skalę problemu zauważa też Aneta Lis – Kotowska, szefowa stowarzyszenia KARAN, które zajmuje się terapiami uzależnień w Kaliszu. Jej zdaniem duży wpływ ma zamknięcie legalnie działających sklepów z dopalaczami. – Na pewno ta sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż wyglądała rok temu, kiedy w Kaliszu były sklepy. Ja osobiście widzę, że jakby inicjacja wśród młodych ludzi też się zmniejszyła z uwagi na to, że tych dopalaczy nie można legalnie kupić w sklepie – mówi Aneta Lis – Kotowska.
Dodaje jednak, że nie można osiąść na laurach. Młodzież, która  zażywała dopalacze teraz chętniej sięga po marihuanę i amfetaminę, które modyfikowane są coraz bardziej silne.

 
 
 
FaktyKaliskie.pl
Wojt
Zatrzymano dużą grupę osób zajmującą się produkcją narkotyków i środków chemicznych zwanymi potocznie dopalaczami. Zabezpieczono linie produkcyjna oraz kilkaset kilogramów prekursorów narkotykowych.
 
 
 
Zatrzymane cztery osoby, zabezpieczonych w sumie kilkanaście kilogramów gotowych środków zastępczych oraz kilkaset kilogramów prekursorów narkotykowych, służących do produkcji zakazanych substancji, zlikwidowana profesjonalna kompletna linia produkcyjna do wytwarzania np. metamfetaminy i dopalaczy - to efekty intensywnych i żmudnych działań policjantów z Białegostoku i Słowacji, pracujących pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Białymstoku. Sprawa ma charakter rozwojowy i niewykluczone są kolejne zatrzymania.

Policjanci z Wydziału do walki z Przestępczością Narkotykową Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku, wspólnie z funkcjonariuszami Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KWP w Białymstoku, przy udziale kryminalnych z Sokółki, pracujący pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, oraz wspomagani przez Krajową Jednostkę Antynarkotykową Krajowej Agencji Kryminalnej Prezydium Policji w Słowacji w wyniku kilkumiesięcznej, intensywnej pracy rozbili zorganizowaną grupę przestępczą. Jej członkowie zajmowali się nielegalnym wytwarzaniem i wprowadzaniem do obrotu substancji szkodliwych dla zdrowia ludzi, sprowadzających niebezpieczeństwo dla życia i zdrowia wielu osób.

Policjanci zatrzymali czterech mężczyzn w wieku od 28 do 60 lat  - mieszkańców województwa mazowieckiego. Podejrzewani oni są o nielegalne wytwarzanie środków zastępczych oraz uczestniczenie w ich obrocie na terenie kraju. Z ustaleń mundurowych wynika, że nabywali oni również specjalne przyrządy, a następnie przystosowywali je do niedozwolonego wytwarzania takich substancji.
 
Z dotychczasowych informacji policjantów wynika, że grupa ta działała na terenie Polski i Słowacji co najmniej od lutego tego roku. Ponadto, funkcjonariusze podczas przeszukań na terenie Polski i Słowacji znaleźli i zabezpieczyli kompletną linię produkcyjną, mogącą służyć do wytwarzania dowolnych substancji psychotropowych, jak też nowych substancji psychoaktywnych oraz środków zastępczych tzw. dopalaczy.

W nielegalnym laboratorium mundurowi zabezpieczyli również 25 litrów substancji psychoaktywnej 3 cmc o czarnorynkowej wartości blisko pół miliona złotych. W ręce funkcjonariuszy wpadło także kilkaset kilogramów prekursorów narkotykowych służących do produkcji zakazanych substancji. Do tej pory grupa ta mogła wprowadzić na polski rynek nawet ponad 100 kg zakazanej substancji o czarnorynkowej wartości nie mniejszej niż 1 mln 100 tys. zł.
Mężczyźni zostali doprowadzeni do prokuratury, gdzie usłyszeli zarzuty, a następnie do sądu, decyzją którego 37- i 39-latek zostali tymczasowo aresztowani na trzy miesiące. Dwaj pozostali podejrzani zostali objęci policyjnym dozorem, a wobec najmłodszego z nich dodatkowo został zastosowany środek zapobiegawczy w postaci poręczenia majątkowego w wysokości 5 tysięcy złotych.
Sprawa ma charakter rozwojowy i niewykluczone są dalsze zatrzymania, a prowadzący w tej sprawie śledztwo wyjaśniają wszelkie okoliczności dotyczące działalności rozbitej grupy przestępczej.
 
 
 
Policja.pl
Wojt
Duża część z was chciała by żeby Mdma było legalne na naszym  rynku, również lekarze badający tego typu zachowanie substancji na zdrowie przyczyniłoby się do wprowadzenia tego na rynek. Niestety Polskie prawo w kwestii badania narkotyków dopiero się zaczyna zmieniać raczkuje w tej kwestii, nie myśląc nawet o dopuszczenie tego do legalności, daleka droga która może nastąpić za 20 lat czeka nas wszystkich. Pomimo przeciwności, lekarze staraj się usytuować substancje na wysokim kręgu medycznym co, może kiedyś pozwoli wprowadzić ją do obrotu jako lek.
 
MDMA, znana także jako ecstasy, to bardzo niebezpieczny narkotyk, podobny do metamfetaminy. Ale od lat 70. ubiegłego wieku niewielka grupa psychiatrów, neurologów i chemików prowadzi badania nad psychoterapeutycznym potencjałem tego środka. Teraz okazuje się, że ecstasy może pomóc nam walczyć z poważnymi chorobami.
 
W jednym z ostatnich wydań czasopisma "Cell" pojawił się apel o usunięcie "irracjonalnych" barier, które wstrzymują środowisko naukowe przed testami terapii z użyciem MDMA. Ten popularny narkotyk może pozwolić na skuteczniejsze leczenie wielu poważnych chorób neurologicznych i psychologicznych.
MDMA, czyli 3,4-metylenodioksymetamfetamina, dzieli pewne właściwości chemiczne z kokainą i szeregiem innych wysoko uzależniających narkotyków. Autorzy raportu przyznają, że MDMA niesie ze sobą potencjał do nadużyć i w dużych dawkach wykazuje działanie neurotoksyczne. Liczne badania wskazują, że ecstasy podane w odpowiednich dawkach, pod właściwym nadzorem medycznym, jest substancją stosunkowo bezpieczną.


MDMA została opisana przez wielu badaczy jako empatogen, czyli substancja psychoaktywna powodująca charakterystyczne efekty emocjonalno-społeczne. Ostatnie badania wskazują, że pojedyncza sesja psychoterapeutyczna wspomagana MDMA może być tak skuteczna jak 10 lat standardowej terapii. Przyczyny takiego stanu rzeczy są złożone i nie w pełni zrozumiałe.
Wydaje się, że MDMA umożliwia pacjentom zmierzenie się ze swoimi psychologicznymi demonami i tłumionymi myślami, bez strachu i zahamowania. Ecstasy niweluje także bariery między pacjentami i terapeutami, pozwalając im bardziej otwarcie się wypowiadać.

Zrozumienie mechanizmów działania MDMA może "doprowadzić do opracowania leków, które utrzymują potencjalne efekty terapeutyczne dla chorób takich jak autyzm czy zespół stresu pourazowego".
Ecstasy może także przyczynić się dla rozwoju neurologii, ponieważ substancja jest przydatna do badania działania mózgu.

Autorzy raportu wzywają jednocześnie do podjęcia wzmożonych badań nad MDMA, a nie demonizowania jej.

 
 
 
 
Interia.pl