Jump to content

Aktualności

Aktualności z całego świata!
NoMercy
Śledczy przywołał przed sądem zeznania innego podejrzanego w sprawie handlu dopalaczami, który przyznał się do winy i obciążył Jana S. Jak relacjonował prokurator, "król dopalaczy" miał rozważać wyłączenie go z prowadzenia śledztwa, używając przemocy. Według tych informacji oskarżony miał planować m.in. wydłubanie oczu kciukami, przegryzienie tętnicy szyjnej lub zakażenie prokuratora chorobą zakaźną przy pomocy strzykawki.
 
 
 
We wtorek przed warszawskim sądem okręgowym znów stanął „król dopalaczy”. 29-letni Jan S. oskarżony jest m.in. o podżeganie do zabójstwa ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Proces musiał ruszyć ponownie z uwagi na zmianę sędziego. To jednak niejedyne postępowanie, które toczy się przeciwko Janowi S. Przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga mężczyzna odpowiada również za kierowanie grupą handlującą dopalaczami, a także narażanie życia i zdrowia ponad 16 tysięcy osób, z czego pięć zmarło.

Przed sądem Jan S. idzie w zaparte. "Kategorycznie nie przyznaję się do zarzucanych mi czynów. Traktuję te zarzuty jako niedorzeczność, jako coś absolutnie irracjonalnego. (...) Ta sprawa jest jedną wielką niesprawiedliwością" - stwierdził we wtorek oskarżony.
29-letni Jan S., który jest oskarżony także o prowadzenie sklepu z dopalaczami w Holandii, odpowiada przed stołecznym sądem za 14 przestępstw, w tym podżeganie do zabójstwa ministra, prokuratora i policjantów, którzy prowadzili przeciwko niemu śledztwo, a także nakłanianie do nękania funkcjonariuszy i usiłowanie wręczenia im łapówek.
Oskarżony od półtora roku przebywa w areszcie, gdzie osadzony jest jako więzień niebezpieczny. Mężczyzna został doprowadzony we wtorek do Sądu Okręgowego w Warszawie przy zachowaniu nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa. 29-latka wprowadzono na salę rozpraw w pomarańczowym uniformie, skutego kajdankami zespolonymi i pilnowanego przez uzbrojonych w broń maszynową funkcjonariuszy.
 
We wtorek zeznania składał pokrzywdzony w tej sprawie prokurator, który prowadził śledztwo ws. handlu dopalaczami przez Jana S. Zgodnie z oskarżeniem 29-latek miał podżegać do zabójstwa tego prokuratora.
Śledczy przywołał przed sądem zeznania innego podejrzanego w sprawie handlu dopalaczami, który przyznał się do winy i obciążył Jana S. Jak relacjonował prokurator, "król dopalaczy" miał rozważać wyłączenie go z prowadzenia śledztwa, używając przemocy. Według tych informacji oskarżony miał planować m.in. wydłubanie oczu kciukami, przegryzienie tętnicy szyjnej lub zakażenie prokuratora chorobą zakaźną przy pomocy strzykawki. Według tych zeznań Jan S. miał też starać się o informacje o miejscu zamieszkania prokuratora.
Oskarżony, odnosząc się do tych doniesień, jeszcze w postępowaniu prokuratorskim zapewniał, że nie są one prawdą. Mężczyznę, który mówił prokuratorowi o rzekomych planach ataku nazwał konfabulantem i podważał jego wiarygodność. Według S. podejrzany ten chciał w ten sposób doprowadzić do łagodniejszego potraktowania jego sprawy.
 
Na tym jednak nie koniec. 
Według śledczych, Jan S. oferował 100 tys. zł za zabójstwo Zbigniewa Ziobry, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Zdaniem prokuratury, chciał w ten sposób doprowadzić do zaniechania prac nad zaostrzeniem kar za produkcję i handel dopalaczami, a samego Ziobrę oskarżał o to, że "zepsuł mu interes". Mężczyzna prowadził bowiem w Holandii firmę zajmującą się importem i eksportem materiałów chemicznych.
Oskarżony miał planować zabójstwo ministra przy użyciu m.in. materiału wybuchowego, trucizny albo pierwiastka radioaktywnego. Do przyjęcia zlecenia nakłaniał osobę, która jego zdaniem potrafiła skonstruować ładunek wybuchowy.
 
Przypominamy, że Jan S. był poszukiwany dwoma listami gończymi, dwoma europejskimi nakazami aresztowania i tzw. czerwoną notą Interpolu. Ostatecznie został zatrzymany na początku stycznia minionego roku w Milanówku pod Warszawą. Akt oskarżenia w tej sprawie trafił do stołecznego sądu w czerwcu 2020 r.
Jan S. jest oskarżony także w innym procesie, który toczy się przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga. Oskarżyciele zarzucają mu kierowanie grupą handlującą dopalaczami, narażanie życia i zdrowia ponad 16 tysięcy osób, z czego 5 zmarło. Obok 29-latka na ławie oskarżonych zasiadają: jego ojciec Jacek S., partnerka "króla dopalaczy" Paulina C. i mężczyzna, który miał zakładać konta służące do prania pieniędzy z dopalaczy. Proces ten, po wielokrotnych nieudanych próbach, ruszył w marcu.
 
 
SE.pl

NoMercy
To on o wszystkim decydował: gdzie kto może handlować narkotykami, od kogo muszą brać towar, a nade wszystko decydował o cenach za towar. Wszystko w zależności od tego jaka była koniunktura. Takie centralne sterowanie, jak w PRL. W tej sprawie sześciu oskarżonych jest wciąż w areszcie, a reszta oskarżonych będzie odpowiadać z wolnej stopy. Za przestępstwa zarzucane oskarżonym zagrożone są karą pozbawienia wolności do lat 12.
 
 
Boss narkotykowego półświatka Bielska-Białej oraz jego podwładni i kooperanci zostali właśnie oskarżeni przez śląskie „pezety” o udział w gangu handlującym marihuaną, ekstazy oraz dopalaczami. Główny bohater aktu oskarżenia – Jarosław Ł. wykorzystywał w pracy powiązania z kibolami lokalnego klubu BKS. Bez jego wiedzy i zgody nikt nie mógł „dilować” na terenie Bielska, ale także Ustroniu czy Kozach.

Śledczy Śląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w Katowicach, od kilku lat czyszczą południe Polski z gangów, wywodzących się z kibolskich bojówek lokalnych klubów piłkarskich. Po rozbiciu chorzowskiej grupy Psycho Fans i zabrzańskiej Torcidy, prokuratorzy oraz funkcjonariusze CBŚP rozbili półświatek Bielska-Białej, gdzie panoszyli się kibole BKS.

Jednak prawdziwym bossem lokalnego podziemia kryminalnego był Jarosław Ł. Dobrze znany służbom z racji bogatej kartoteki i dobrych kontaktów z innymi grupami przestępczymi. 
– To bardzo dobry przykład jak działa resocjalizacja oraz że warto mieć ambicje. Przed ponad dziesięciu laty, jeden ze świadków koronnych wymienił Ł. jako gówniarza, który dilował w Bielsku dla jednego gościa. A teraz, można by go nazwać baronem narkotykowym Bielska i okolic – mówi tvp.info jeden ze śledczych. 
–To on o wszystkim decydował: gdzie kto może handlować narkotykami, od kogo muszą brać towar, a nade wszystko decydował o cenach za towar. Wszystko w zależności od tego jaka była koniunktura. Takie centralne sterowanie, jak w PRL – mówi tvp.info jeden ze śledczych.
 
Małe królestwo pana Ł.
Kolejne odsiadki nauczyły Jarosława Ł. zarządzania handlem narkotykami i zasad bezpieczeństwa. Prokuratorzy „pezetów” z Katowic ustalili, że grupa Jarosława Ł. opanowała Bielsko-Białą i poszerzyła swoje wpływy na Cieszyn, Ustronie, Kozy i kilka innych miejscowościach. Miała działać co najmniej od października 2016 roku do lutego 2020 roku. Grupa, w której byli kibole BKS sprzedawali marihuanę, ekstazy oraz dopalacze (głównie pochodne mefedronu).

Jarosławowi Ł., liderowi opisywanej organizacji, przedstawiono zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą oraz udział w obrocie znacznymi ilościami narkotyków i dopalaczy. Kolejnym pięciu podejrzanym – Adamowi K., Januszowi K., Jerzemu K., Zbigniewowi P. i Henrykowi M. zarzucono udział w grupie Ł. i handel substancjami odurzającymi. Trzech podejrzanych usłyszało zarzuty udzielania i posiadania substancji psychotropowych.

Sześciu oskarżonych jest wciąż w areszcie, a reszta oskarżonych będzie odpowiadać z wolnej stopy. Za przestępstwa zarzucane oskarżonym zagrożone są karą pozbawienia wolności do lat 12.
 
 
TVP.info

NoMercy
Według Panoptykonu, stowarzyszenie, któremu Facebook zablokował stronę, czyli Społeczna Inicjatywa Narkopolityki (SIN) to grupa aktywistów, która od ponad 10 lat prowadzi w Polsce edukację narkotykową, przestrzegając przed szkodliwym działaniem substancji psychoaktywnych i pomagając osobom, które z nich korzystają.
 
 
 
Sąd odwoławczy wydał korzystną decyzję dla Społecznej Inicjatywy Narkopolityki (SIN), wspieranej przez Fundację Panoptykon w sporze z Facebookiem. Sprawa dotyczy zablokowania strony SIN przez portal, któremu organizacje zarzucają prywatną cenzurę i ograniczanie wolności słowa.

Jak poinformowała Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, sąd odwoławczy oddalił zażalenie Facebooka na pierwszą i korzystną dla Społecznej Inicjatywy Narkopolityki decyzję wydaną w tym procesie. - Na mocy tej decyzji sąd tymczasowo, do czasu zakończenia procesu, zakazał Facebookowi usuwania kont SIN (i publikowanych przez nich treści) oraz nakazał zabezpieczenie usuniętych w 2018 i 2019 r. kont, stron i grup, tak żeby w razie wygrania całego procesu, można je było przywrócić z pełną zawartością. Teraz sąd odwoławczy utrzymał to postanowienie w mocy. Decyzja stała się więc prawomocna - jest ostateczna i wiążąca dla Facebooka. Jednocześnie sąd potwierdził swoją jurysdykcję w tej sprawie - przekazała Głowacka.
Pozew w tej sprawie został złożony w 2019 r. przez SIN, którą wspiera Fundację Panoptykon. Organizacje zarzucają portalowi niesłuszne ograniczenie wolności słowa w związku z arbitralnym, ich zdaniem, zablokowaniem strony SIN. SIN zwraca też uwagę, że ucierpiała jej reputacja i poczucie pewności i bezpieczeństwa działania. Organizacja domaga się przywrócenia przez Facebooka usuniętych kont i stron oraz publicznych przeprosin.
 
Bez ostrzeżenia. Bo mieli "naruszać standardy społeczności"
Według Panoptykonu, stowarzyszenie, któremu Facebook zablokował stronę, czyli Społeczna Inicjatywa Narkopolityki (SIN) to grupa aktywistów, która od ponad 10 lat prowadzi w Polsce edukację narkotykową, przestrzegając przed szkodliwym działaniem substancji psychoaktywnych i pomagając osobom, które z nich korzystają. Jak relacjonowała Dorota Głowacka, Facebook najpierw zablokował grupę prowadzoną przez SIN, a w marcu 2018 r. zablokował prowadzoną od 2011 r. stronę Stowarzyszenia. Wskazała, że stało się to bez ostrzeżenia i bez podania jakiegokolwiek wyjaśnienia czy wskazania, które konkretnie posty Facebook kwestionuje: SIN dostała tylko komunikat, z którego wynikało, że treści publikowane na jej stronie naruszają standardy społeczności.
Już w czerwcu 2019 r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał pierwszą decyzję – o zabezpieczeniu powództwa – w której na czas trwania procesu zakazywał Facebookowi usuwania istniejących kont, stron i grup prowadzonych przez SIN na Facebooku i Instagramie, a także blokowania jej pojedynczych postów. Facebook złożył zażalenie na to postanowienie, jednak - jak podkreśliła Głowacka - sądu odwoławczego nie przekonały jego argumenty i utrzymał w mocy pierwotną decyzję. Tym razem jest ona ostateczna i wiążąca dla Facebooka.
 
"Bardzo nas cieszy ta decyzja"
- Bardzo nas cieszy ta decyzja, nie tylko ze względu na precedensowy charakter, ale też dlatego, że wpisuje w bardzo aktualną debatę o władzy platform internetowych nad obiegiem treści w sieci, która toczy się w kontekście: zablokowania Donalda Trumpa przez gigantów społecznościowych, ustawy o wolności słowa w sieci zaproponowanej w styczniu przez Ministerstwo Sprawiedliwości czy prac nad Digital Service Act w UE, który stara się bezpośrednio odpowiedzieć na problem, który poruszamy w sprawie SIN versus FB - podkreśliła ekspertka Panoptykonu.
Organizacja zaznacza, że jej celem jest doprowadzenie do tego, by platformy internetowe wprowadziły przejrzyste i sprawiedliwe regulacje dotyczące blokowania treści. Chodzi o to, żeby użytkownik wiedział, dlaczego jego strona została zablokowana, mógł się do tego odnieść i przedstawić argumenty na swoją obronę.
Istotnym elementem procesu SIN przeciw Facebookowi jest także kwestia jurysdykcji sądu. Chodzi o to, że wydając postanowienie polski sąd wstępnie uznał się za właściwy do rozpatrzenia sprawy przeciwko portalowi, który ma swoją siedzibę w Irlandii. Według Panoptykonu, Facebook kwestionował ten aspekt w swoim zażaleniu, odmówił także przyjęcia pozwu w języku polskim. Jak tłumaczyła przedstawicielka Panotykonu, organizacji zależy na tym, by wykazać, że osoba, która korzysta z usług globalnych firm internetowych, powinna w tego rodzaju sprawach móc dochodzić swoich praw w Polsce, gdyż w wypadku pozwu zagranicznego możliwość obrony naszych praw miałaby charakter czysto teoretyczny, między innymi ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny. Zaznaczyła jednak, że kwestia uznania jurysdykcji dotyczy jak na razie decyzji dot. zabezpieczenia powództwa, która nie przesądza ostatecznego wyniku całej sprawy. - Nasz proces jest ciągle w toku. Facebook na pewno w toku głównego postępowania będzie się starał przekonywać dalej sąd o tym, że nie ma jurysdykcji i oczywiście nie da się na 100 proc. zagwarantować, że sąd ostatecznie nie zmieni zdania. Ale póki co, uznał się za właściwy, a skład odwoławczy to potwierdził - dodała Głowacka.
 
 
Technologia.Dziennik.pl

NoMercy
Towar trafia do wynajętych hal czy szop, gdzie jest wyładowywany; podzielone paczki zawozi się do magazynów grup przestępczych. Niektóre to po prostu wynajęte mieszkania z towarem, wagami i innym sprzętem potrzebnym do sprawnej dystrybucji. Czasem magazyn to niepozorna furgonetka stojącą od miesięcy przy ulicy. I wreszcie – bank ziemski, czyli zakopanie narkotyku w wodoodpornym pojemniku.
 
 
 
W ostatnim półroczu hiszpańskie służby we współpracy z polskimi służbami zlikwidowały kilka gangów zajmujących się hurtową sprzedażą marihuany, wysyłaną później do Polski, Niemiec, Holandii i Francji. Rezydujący na Półwyspie Iberyjskim narcos znad Wisły potrafią wysyłać tygodniowo od 500 do 800 kg narkotyku. Gangsterzy, którzy przyjechali do Hiszpanii kilka lat temu, teraz są baronami narkotykowymi. Swoje „oddziały” mają na południu także gangi wywodzące się z bandyckich bojówek kibolskich.

Wille wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt AGD i RTV. Luksusowe samochody i motorówki w marinach w popularnych nadmorskich miejscowościach. Tak wygląda życie polskich przestępców, którzy kilka lat temu, najczęściej po zakończeniu odsiadki lub w celu jej uniknięcia, osiedlili się w Hiszpanii. To często rejon Barcelony lub Malagi.
Dzięki dobrym kontaktom z m.in. z romskimi klanami uzyskali dojście do marihuany dobrej jakości, a przede wszystkim do dużych ich ilości. Wielu z nich na podstawione osoby otworzyło w Hiszpanii firmy, np. transportowe lub warsztaty. Głównym ich zadaniem było tworzenie w pojazdach bezpiecznych skrytek i ukrywanie marihuany w ładunku owoców czy warzyw, a nawet plastikowych wiader.
Coraz częściej Policja Nacional lub Guardia Civil odkrywają takie specjalistyczne warsztaty, których jedynym zadaniem jest odpowiednie stuningowane ciężarówki lub Tira. A dokładniej zrobienie takiej skrytki, która jednocześnie pomieści wiele paczek marihuany i nie zostanie łatwo wykryta.
Można się domyślać, że najlepsi spece od takich przeróbek są równie ważni jak ekipy serwisowe Formuły 1.
 
Narkoprzemysł
Co ciekawe, od jakiegoś czasu gangi dokonują przemytu za pomocą kierowców wynajętych firm transportowych, którzy mają zadanie przewieźć ładunek z punktu A do punktu B. I nie wiedzą, co kryje się w ładunku.
Początkowo przemytnicy sprawdzają, czy często takie pojazdy są kontrolowane i gdzie służby szukają ewentualnej kontrabandy. Wybierają także „bezpieczniejsze” drogi i przejścia graniczne.
Potem towar trafia do wynajętych hal czy szop, gdzie jest wyładowywany; podzielone paczki zawozi się do magazynów grup przestępczych. Niektóre to po prostu wynajęte mieszkania z towarem, wagami i innym sprzętem potrzebnym do sprawnej dystrybucji. Czasem magazyn to niepozorna furgonetka stojącą od miesięcy przy ulicy. I wreszcie – bank ziemski, czyli zakopanie narkotyku w wodoodpornym pojemniku.
 
Warsztat pełen niespodzianek
Ale wróćmy do konkwisty polskich gangsterów, którym zamarzyło się zostać narcos i sprzedawać towar w setkach kilogramów, a nie po kilka kilo, za które trudno czasem windykować kupca.
W ostatnim półroczu nasi rodacy wielokrotnie gościli w hiszpańskich kronikach kryminalnych. W kwietniu Policja Krajowa i Gwardia Cywilna pochwaliły się rozbiciem grupy, która na dużą skalę zajmowała się przemytem marihuany. A gdzie przestępcy mieli swoją centralę? W warsztacie mechanicznym w Sant Andreu de la Barca.
Zakład ten służył jako magazyn dla zapakowanej hermetycznie marihuany i „centrum logistyczne”. Tam też pakowano towar do skrytek w ciężarówkach. Z tego „terminalu” wyruszały „zielone transporty” do Francji, Niemiec i Polski.
Hiszpanie twierdzą, że na ślad tej ekipy wpadli w kwietniu zeszłego roku i przez rok gromadzili dowody, rozpracowując całą sieć powiązań grupy z warsztatu. Wspólne działanie Policji Narodowej, Gwardii Cywilnej i Mossos d'Esquadra doprowadziły do zatrzymania 15 osób (w tym kilku Polaków) i skonfiskowania 460 kg marihuany, 85 kg haszyszu, 106 tys. euro i ośmiu samochodów osobowych i trzy ciężarówki.
Co ciekawe, zdobywaniem towaru parały się dwie podgrupy Niemców i Holendrów arabskiego pochodzenia, którzy kupowali towar w takich rejonach jak San Cosme, La Mina, Gavà, Viladecans i Tarragona. Okolice te uważa się za rejon, gdzie jest najwięcej plantacji konopi.
 
Eksportowali pół tony „trawki” tygodniowo
Jesienią zeszłego roku media hiszpańskie alarmowały o rozbiciu „polskiej mafii w Granadzie. Ponoć to miejsce, gdzie często pojawiają się narcos znad Wisły. Wtedy to Policja Nacional wespół z polską policją doprowadziły do zatrzymania 18 osób zajmujących się międzynarodowym przemytem marihuany.
Grupa miała swoje centrum w Tarragonie, aby być blisko źródła narkotyku. W ramach operacji przechwycono 127 tys. euro w gotówce, 6 nieruchomości i 7 pojazdów. Agenci zlokalizowali pięć plantacji z tysiącami roślin na różnych etapach wzrostu.
Polacy byli w tym układzie hurtownikami i kupowali od lokalnych „plantatorów” duże ilości narkotyku. W poszukiwaniu nowych dostawców grupa rozszerzyła zakres działania o kilka innych hiszpańskich prowincji. Dzięki temu, jak wynika z ustaleń śledczych, ekipa ta mogła tygodniowo wysyłać do Polski 500 kg marihuany.
Towar ukryty był w wewnątrz kół. Co ciekawe, pieniądze ze sprzedaży narkotyku, które wracały do Hiszpanii, ukrywano np. w paczkach makaronu. Prawdziwą wisienką na tym przestępczym torcie jest to, że szef tej organizacji akurat przebywał w więzieniu, gdzie oczekiwał na ekstradycję do Polski. W ojczyźnie miał odpowiadać za „przynależność do organizacji przestępczej i międzynarodowy handel narkotykami”.
Tymczasem z celi bez problemu zarządzał „firmą”. Oczywiście do czasu akcji służb hiszpańskich.
 
Kibole Cracovii przemycili towar wart ok. 440 mln zł
Nasi rodacy znowu trafili do kronik kryminalnych za sprawą najświeższej akcji CBŚP, Karpackiego Oddziału Straży Granicznej oraz Policia Nacional i Guardia Civil i śledztwa prowadzonego przez małopolskie „pezety” Prokuratury Krajowej. Z ustaleń śledczych wynika, że rozpracowana grupa przestępcza zajmowała się przemytem znacznych ilości marihuany z Hiszpanii do Polski.
Podczas akcji zatrzymano dziewięciu naszych rodaków, regularnie pojawiających się w Hiszpanii lub nawet tam osiadłych. Część z nich jest powiązana z bojówką jednego z krakowskich klubów piłkarskich. Najprawdopodobniej Cracovii, bo gangsterzy z tej kibolskiej ekipy, mieli wg. prokuratury „w latach 2011-2017, dokonać co najmniej 162 przemytów nie mniej niż 15 ton marihuany o wartości detalicznej co najmniej 440 milionów złotych”. – Przemyt odbywał się do Polski z Holandii, Hiszpanii i Niemiec. Ponadto ustalono, że grupa przemycała narkotyki z Hiszpanii do Włoch, Belgii, Niemiec oraz Wielkiej Brytanii – informowała przed miesiącami Prokuratura Krajowa.
W październiku 2020 r., Paweł Ł. ps. „Master”, jeden z liderów kibolskiej bojówki Cracovii, usłyszał zarzuty kierowania zorganizowaną grupą przestępczą dokonującą obrotu znacznymi ilościami narkotyków na terenie Unii Europejskiej.
 
Udana obława
Zatrzymani ostatnio Polacy są podejrzewani, że w „latach 2016-21 mogli przemycić do Polski, a następnie wprowadzić na rynek nie mniej niż 1,2 tony marihuany o szacunkowej wartości około 24 mln zł”. W ramach śledztwa powołano specjalny zespół złożony z funkcjonariuszy Zarządu w Krakowie Centralnego Biura Śledczego Policji oraz Karpackiego Oddziału Straży Granicznej. Postępowanie jest nadzorowane przez Małopolski Wydział Zamiejscowy Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Krakowie.
Podczas działań polskiej i hiszpańskiej policji w miejscowości Denia zatrzymano pięciu Polaków, w tym atrzech poszukiwanych Europejskimi Nakazami Aresztowania. W trakcie przeszukań odkryto dwie plantacje marihuany, na których znajdowało się łącznie 1400 krzewów konopi w różnych fazach wzrostu oraz 25 kg gotowego narkotyku.
W tym samym czasie w Polsce policjanci CBŚP i pogranicznicy urządzili obławę na terenie trzech województw: małopolskiego, śląskiego i dolnośląskiego; gdzie zatrzymali czterech członków narkogangu. Funkcjonariusze przejęli także ponad 5,5 kg haszyszu i 4 litry płynnej amfetaminy, ponad 3 kg marihuany. Wartość przejętych narkotyków to blisko pół miliona złotych. Zabezpieczono również gotówkę w kwocie ponad 300 tys., zł i prawie 9,5 tys. euro.
Wobec zatrzymanych na terenie Hiszpanii Polaków wdrożono procedurę sprowadzenia ich do Polski. Osoby zatrzymane w Polsce zostały tymczasowo aresztowane przez sąd na okres trzech miesięcy.
– Ta realizacja to kolejny sukces będący efektem międzynarodowej współpracy polskich i hiszpańskich organów ścigania za pośrednictwem Europolu. Operacja ta była prowadzona w ramach projektu ON NETWORK - finansowanej przez Unię Europejską inicjatywy mającej na celu zwalczanie działających w Europie zorganizowanych grup przestępczych najwyższego szczebla. Projekt prowadzony przez włoską Direzione Investigativa Antimafia (DIA) został zainicjowany w siedzibie Europolu w 2018 r. i obejmuje 27 służb (LEA - Law Enforcement Agencies) reprezentujących 22 kraje oraz Europol. W tej sprawie współpracowano także w ramach Eurojust – poinformowała Prokuratura Krajowa.
 
 
TVP.info

NoMercy
Amerykanie podkreślają, że tabletka nie będzie tworzyć nowych cech fizycznych w organizmie i chodzi tu po prostu o "zwiększenie określonych cech wydajności u żołnierza, które zazwyczaj obniżają się wraz z wiekiem". Rzecznik SOCOM-u dodaje, iż tabletka będzie dostępna także dla cywili.
 
 
 
 
Amerykańskie dowództwo operacji specjalnych (SOCOM) spodziewa się, iż już w 2022 r. rozpocznie kliniczne testy specjalnej tabletki, dzięki której amerykańscy żołnierze będą mogli dłużej cieszyć się lepszym zdrowiem podczas służby w tamtejszym wojsku.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to tabletka "ma potencjał, aby autentycznie spowolnić starzenie i tym samym zapobiec występowaniu kontuzji, co byłoby prawdziwym przełomem", mówi Lisa Sanders, dyrektor działu naukowo-technologicznego w amerykańskim dowództwie operacji specjalnych.
Swoje trzy grosze dodaje też rzecznik prasowy SOCOM-u. Jak mówi, zakończono już badania dotyczące dawkowania i bezpieczeństwa leku, a teraz czas na sprawdzenie jego wydajności.
Amerykanie podkreślają, że tabletka nie będzie tworzyć nowych cech fizycznych w organizmie i chodzi tu po prostu o "zwiększenie określonych cech wydajności u żołnierza, które zazwyczaj obniżają się wraz z wiekiem". Rzecznik SOCOM-u dodaje, iż tabletka będzie dostępna także dla cywili, a wśród jej pozytywnych efektów ma być "zwiększona wydajność u człowieka, w tym lepsza wytrzymałość i szybsza rehabilitacja po odniesionej kontuzji".
Co ciekawe, armia USA wydała na ten cel "tylko" 2,8 mln dol od 2018 r. To niezbyt dużo w porównaniu do innych programów wojskowych Pentagonu liczonych często w dziesiątkach czy setkach mln dol. 
Amerykanom przy projekcie pomaga też specjalistyczna firma biotechnologiczna MetroBiotech i jak zauważa rzecznik SOCOM-u, mimo że dowództwo "trzyma się z daleka od inżynierii genetycznej", to widzi "ogromny komercyjny potencjał dla produktów, które pozwolą na unikanie kontuzji, spowolnią starzenie i usprawnią sen".
Trzymamy więc kciuki za udane testy, bo pewnie sporo osób chętnie dodałoby taką tabletkę do swojej codziennej diety.
 
 
KomputerSwiat.pl

NoMercy
Pośród miast, których ścieki omawiano w Europejskim Raporcie Narkotykowym, jest Kraków. Z przebadanych próbek wynika, że w ubiegłym roku krakowiacy najchętniej sięgali po amfetaminę. Wskaźnik spożycia wyniósł 5,49 mg na tysiąc osób na jeden dzień. W porównaniu z 2019 r. wzrosło tam spożycie tego narkotyku, tak samo jak kokainy, konopi indyjskich i MDMA.
 
 
 
W pandemii w Krakowie wzrosła konsumpcja kokainy i MDMA, spadło za to użycie metamfetaminy. Informacje takie mamy dzięki analizie składu ścieków. Tego typu badania pozwalają m.in. na określanie trendów w spożyciu substancji psychoaktywnych i prowadzi je coraz więcej europejskich miast.

W czerwcu Europejskie Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii opublikowało swój doroczny raport. Część danych przestawionych w dokumencie pochodzi z analizy składu chemicznego próbek ścieków z 82 miast w 18 krajach Unii Europejskiej.
Autorzy dokumentu komentują pandemiczny rok 2020: z analizy ścieków płynie taki wniosek, że poziom używania większości narkotyków mógł być ogólnie niższy podczas pierwszego lockdownu, ale po jego zniesieniu wrócił do normy. Z porównania lat 2019 i 2020 wynika, że konsumpcja większości narkotyków była podobna w jednym i w drugim roku. Tendencja ta jednak nie dotyczy metamfetaminy i MDMA – analizy ścieków sugerują, że spożycie tych środków spadło. Słabsze zainteresowanie tym drugim narkotykiem potwierdzili respondenci w badaniach internetowych.
 
Czego jeszcze dowiadujemy się z badania ścieków mieszkańców europejskich miast?
Ogólne dane są rozbite na pewne bardziej szczegółowe informacje. I tak w przypadku kokainy, spośród miast, które przeprowadzały badania zarówno w 2019, jak i 2020 r., w 19 zgłoszono wzrost, w 14 sytuację stabilną, a w 16 spadek. Najnowsze dane wskazują, że kokaina staje się coraz bardziej popularna w miastach Europy Wschodniej, chociaż poziomy jej wykrywalności są ciągle niskie.
Wyniki dotyczące pozostałych substancji są podobnie zróżnicowane: w jednych miastach konsumpcja wzrasta, w drugich spada, jeszcze w innych nic się nie zmienia – ogólnoeuropejskiej tendencji brak. Inne wnioski z kolei płyną z zestawienia danych dla tych miast, w których konsekwentnie badano ścieki od 2011 r. W tym okresie we wszystkich dziesięciu z nich zanotowano wzrost spożycia kokainy. Jeśli chodzi o wskaźniki używania MDMA, to są one szczególnie wysokie w Amsterdamie. Jak tłumaczą autorzy raportu, prawdopodobnie odzwierciedla to jego pozycję jako popularnego celu turystycznego i jednej z europejskich stolic nocnego życia.
Pośród miast, których ścieki omawiano w Europejskim Raporcie Narkotykowym, jest Kraków. Z przebadanych próbek wynika, że w ubiegłym roku krakowiacy najchętniej sięgali po amfetaminę. Wskaźnik spożycia wyniósł 5,49 mg na tysiąc osób na jeden dzień. W porównaniu z 2019 r. wzrosło tam spożycie tego narkotyku, tak samo jak kokainy, konopi indyjskich i MDMA. Spadła natomiast konsumpcja metamfetaminy. Pod kątem spożycia każdej z tych substancji Kraków znajduje się daleko za liderami. W przypadku kokainy przoduje Antwerpia z wynikiem 1174 mg.
Badania ścieków, które pozwalają oszacować na podstawie ich składu spożycie substancji psychoaktywnych, prowadzi się od 2000 r. Jako pierwsi analizę taką w czterech miastach przeprowadzili włoscy naukowcy. Po ponad 20 latach badania takie mniej lub bardziej regularnie prowadzi się niemal w setce miast Unii Europejskiej.

Ścieki bardziej miarodajne niż ankiety
Dzięki czemu możliwe jest określenie ogólnej skali używania narkotyków na określonym terenie? Odpowiedź jest prosta. – Jeśli przyjmujemy narkotyki, to też je wydalamy w postaci śladowych ilości samej substancji i metabolitu. W wodach ściekowych bada się wedle ściśle określonej metodologii zawartość samego narkotyku i metabolitu, czyli produktu przemiany narkotyku w organizmie. Na podstawie wiedzy dotyczącej metabolizmu danej substancji szacuje się poziom jej używania – tłumaczy Michał Kidawa, starszy specjalista z Centrum Informacji o Narkotykach i Narkomanii w Krajowym Biurze ds. Przeciwdziałania Narkomanii.
Kidawa tłumaczy, że wynikiem takich badań jest ogólnikowy wskaźnik ilości spożytej substancji w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców w ciągu jednego dnia. – To jest wskaźnik umowny i polega na stosowaniu pewnych uogólnionych założeń i punktów odniesienia. Na jego podstawie możemy ogólnie określić trendy lub zmiany w używaniu substancji na danym terenie – wyjaśnia Kidawa.
Ekspert zaznacza, że tak uzyskane informacje należy stosować jako uzupełnienie danych zebranych z innych źródeł, ponieważ badania ścieków mają wiele ograniczeń. – Poza wskazaniem ogólnych tendencji badania wód ściekowych nie odpowiedzą nam na pytania o charakterystykę grup użytkowników, dróg przyjmowania substancji, nie pokażą zróżnicowania ze względu na ilość i częstotliwość przyjmowania substancji czy czystości narkotyków. Ale zebrane informacje są dobrym punktem wyjściowym do dalszych, pogłębionych analiz – mówi ekspert.
Ograniczenia te odnoszą się m.in. do wyboru czasu i miejsca badania. Bo żeby można było porównywać wyniki z różnych okresów, to analizy trzeba robić w podobnych warunkach, tzn. tego samego dnia tygodnia czy na tym samym obszarze. W weekend w centrach miast jest więcej gości, więc sobotnie wyniki będą znacznie różniły się od tych z początku tygodnia. Problematyczne może też być oszacowanie liczby ludności na obszarze, z którego odprowadzane są ścieki. – Nie można posłużyć się tylko wskaźnikiem osób zamieszkujących dany obszar, bo rejestr zameldowanych nie odzwierciedla sytuacji faktycznej. Dlatego jednym z pomysłów na dopracowanie badania ścieków jest oszacowanie liczby osób obecnych na danym obszarze na podstawie aktywności z telefonów komórkowych – wyjaśnia Kidawa.
I dodaje, że badanie ścieków ma jedną znaczącą przewagę nad ankietowaniem użytkowników: jest obiektywne. – Problem jest taki, że nigdy nie wiemy, czy osoby mówią nam prawdę. To może zależeć od wielu czynników, np. od nastawienia społecznego do narkotyków. Bo jeśli w danym okresie dominuje potępianie, to mniej osób będzie się dzielić swoimi doświadczeniami – mówi ekspert. Ponadto wielokrotnie zdarza się, że przyjmowana substancja psychoaktywna w rzeczywistości jest inna niż ta, którą ankietowany deklaruje – nie wynika to ze złej woli ankietowanego, ale raczej z faktu, że nie zawsze wie, jaką substancję przyjmował.
O miarodajności zbieranych w ten sposób danych mogą świadczyć m.in. wyniki prowadzonych równolegle badań o innym charakterze. – Z Europejskiego Raportu Narkotykowego dowiedzieliśmy się o spadku konsumpcji substancji na początku pandemii. Podobne informacje otrzymaliśmy na podstawie wywiadów eksperckich z osobami zaangażowanymi w pracę z użytkownikami narkotyków, kiedy próbowaliśmy ocenić wpływ pandemii na problem narkotyków i narkomanii – wyjaśnia specjalista.
 
 
KrytykaPolityczna.pl

NoMercy
W latach 2017-2018 wyhodowali nie mniej niż 800 roślin konopi innych niż włókniste, a następnie wprowadzili do obrotu uzyskaną z nich marihuanę o wadze nie mniejszej niż 24 kg i wartości nie mniejszej niż 720 tysięcy zł. Prokurator żądał surowszych kar, jednak ostatecznie Anna T. została skazana na 3 lata i 8 miesięcy więzienia. Adrian T. usłyszał wyrok 4 lat więzienia. Ponadto muszą wpłacić grzywnę po 6 tysięcy złotych każdy. 
 
 
Toruński sąd skazał Adriana T. oraz jego matkę Annę T., którzy wspólnie prowadzili plantację konopi indyjskich. Zarówno kobieta, jaki i jej syn trafią do więzienia.

Adrianowi T. prokurator zarzucił także odpłatne i nieodpłatne udzielanie w latach 2017-2018 marihuany innym osobom oraz posiadanie znacznej ilości środków odurzających w postaci marihuany o wadze 46 g. Oskarżonym groziła kara do 15 lat pozbawiani wolności.
Od stycznia 2019 r. do końca kwietnia 2019 (Kiedy to zostali zatrzymani) wyhodowali ponad 628 roślin konopi innych niż włókniste. Uprawa ta mogła dostarczyć ponad 18 kg suszu roślinnego marihuany o wartości ponad 560 tysięcy zł.
W latach 2017-2018 wyhodowali nie mniej niż 800 roślin konopi innych niż włókniste, a następnie wprowadzili do obrotu uzyskaną z nich marihuanę o wadze nie mniejszej niż 24 kg i wartości nie mniejszej niż 720 tysięcy zł (Licząc 30 złotych za gram marihuany).
Oskarżeni posiadali przyrządy i narzędzia służące do niedozwolonego wytwarzania, przetwarzania i przerobu środków odurzających. Były to między innymi: transformatory, lampy, filtry, wentylatory, termometry, doniczki, wagi elektroniczne.
W toku śledztwa uzyskano szereg dowodów potwierdzających sprawstwo oskarżonych. Zabezpieczono susz roślinny, przesłuchano szereg świadków oraz uzyskano opinie biegłych.
Prokurator żądał surowszych kar, jednak ostatecznie Anna T. została skazana na 3 lata i 8 miesięcy więzienia. Adrian T. usłyszał wyrok 4 lat więzienia. Ponadto muszą wpłacić grzywnę po 6 tysięcy złotych każdy. Na poczet kary skazanym zaliczono okres tymczasowego aresztowania.
 
 
Online-Mafia.pl

NoMercy
Policja kupującemu może, np. zabrać zakupiony susz i upomnieć, że jest on nielegalny. Nic więcej się nie stanie, o ile rewidowany nie ma przy sobie kilogramów “trawki”. Dlatego też powstał pomysł, by przeprowadzić eksperyment, swoisty pilotaż mający sprawdzić, czy taka legalna sprzedaż ma sens. Na jesień tego roku miał się rozpocząć proces legalnych dostaw do coffee shopów, w 10 miastach Niderlandów. Samorządy w tym tygodniu powiedziały jednak nagłe Nie.
 
 
 
Wiele wskazuje na to, iż wizja legalnej marihuany w Królestwie Niderlandów coraz bardziej się oddala. Pilotażowy program, swoisty eksperyment z konopiami w dziesięciu miastach krainy tulipanów, został odłożony w czasie na okres bliżej nieokreślony.

Legalna marihuana
Władze w Królestwie Niderlandów są niezwykle pragmatyczne. Ustawodawca wie, iż nie uda się zwalczyć w kraju chęci zapalenia skręta dla rozluźnienia. Od wielu lat bowiem popularne “zioło” dostępne jest w coffee shopach. Ten miękki narkotyk jest w Holandii nielegalny, ale wedle ustawy opiumowej jego posiadanie w niewielkich ilościach i sprzedaż w ściśle określonych punktach jest niepenalizowana. Mówiąc inaczej, policja kupującemu może, np. zabrać zakupiony susz i upomnieć, że jest on nielegalny. Nic więcej się nie stanie, o ile rewidowany nie ma przy sobie kilogramów “trawki”.
 
Krok dalej
Mimo braku penalizacji proces sprzedaży i uprawy narkotyku jest prowadzony w większości poza wzrokiem władz. To zaś, jak można się domyśleć, nie podoba się rządowi. Pojawił się więc pomysł, by zalegalizować całkowicie marihuanę. Tak, by cały proces od uprawy, poprzez dostawy do sklepu, po spalenie jej przez klienta był w pełni legalny i przejrzysty. Co to ma dać? Po pierwsze legalne uprawy są nadzorowane przez państwo. Nie ma więc mowy o sztucznym wzmacnianiu, czy, np. trującej chemii dodawanej do roślin. Wszystko jest więc naturalne i bezpieczniejsze niż niepewny towar od dilera. Po drugie, legalny produkt można opodatkować, więc jak dziwnie by to nie zabrzmiało, państwo mogłoby czerpać zyski z handlu narkotykami. Po trzecie legalna sprzedaż pozwala wreszcie ustalić, ile dokładnie  marihuany wypalają Holendrzy.
 
Pilotaż
Dlatego też powstał pomysł, by przeprowadzić eksperyment, swoisty pilotaż mający sprawdzić, czy taka legalna sprzedaż ma sens. Na jesień tego roku miał się rozpocząć proces legalnych dostaw do coffee shopów, w 10 miastach Niderlandów. Samorządy w tym tygodniu powiedziały jednak nagłe Nie. Gminy nie wycofują się z projektu. Władze lokalne nadal go popierają, wskazują jednak, iż jest jeszcze na niego zbyt wcześnie. Nie chodzi tu bynajmniej o kwestie społeczne, a ustawowe. Między innymi z racji epidemii, rząd nie przywiązywał do tej sprawy zbyt dużej wagi i na raptem kilkadziesiąt dni przed rozpoczęciem eksperymentu, nieznane są jeszcze dokładnie wszystkie wytyczne. Istnieje nadal zbyt wiele niewiadomych. Ponadto na przeszkodzie stoją również kwestie techniczne. Wybrani przez rząd hodowcy konopi potrzebują bowiem również więcej czasu, by dostarczyć wysokiej jakości towar, tak by mógł on konkurować z tym jaki oferują nielegalni sprzedawcy.
 
 
GlosPolski.nl

NoMercy
To on miał kierować przed kilku laty grupą zaopatrującą w haszysz rosyjskie grupy przestępcze i część rodzimego rynku. W Rosji „hasz” wciąż jest jednym z najbardziej popularnych narkotyków i można na nim dużo zarobić. W przemycie tego narkotyku na Wschód specjalizują się gangi z Ukrainy, Łotwy oraz Litwy.
 
 
 
Po prawie roku procesu Sąd Okręgowy w Przemyślu nie miał najmniejszych wątpliwości: 49-letni Sergiy G. z Ukrainy kierował gangiem, który przemycał haszysz z Hiszpanii na Ukrainę i dalej do Rosji. Za kierowanie grupą przestępczą wymierzono mu „raptem” pięć lat więzienia. Jednak bossowi mina zrzedła, gdy sąd podliczył, ile mu się „należy” za zorganizowanie przerzutu 237 kg narkotyku w 2017 r. Tu nie było taryfy ulgowej – 10 lat odsiadki, 200 tys. zł grzywny i „na deser” 50 tys. zł na zwalczanie i zapobieganie narkomanii. Karała łączna wyniosła 11 lat.

Prokuratorzy z podkarpackich „pezetów” nie kryli zadowolenia z decyzji sądu. Tym bardziej, że 49-letni Siergiy G. jest prawdopodobnie ostatnim z członków grupy, którą od lat rozpracowywali śledczy. A było to dosyć trudne, ponieważ ekipa była dość hermetyczna, a komplet informacji o transportach miał boss.
To on miał kierować przed kilku laty grupą zaopatrującą w haszysz rosyjskie grupy przestępcze i część rodzimego rynku. W Rosji „hasz” wciąż jest jednym z najbardziej popularnych narkotyków i można na nim dużo zarobić.
W przemycie tego narkotyku na Wschód specjalizują się gangi z Ukrainy, Łotwy oraz Litwy.
Ponoć G. znalazł dobry sposób na zarobek. Dzięki częstym pobytom w Hiszpanii nawiązał kontakt z przemytnikami marokańskiego haszyszu.
Na Półwyspie Iberyjskim narkotyku tego jego pod dostatkiem, a w dodatku prawdopodobnie jest najtańszy w Europie. Problemem jest tylko dowieźć go do kraju i do odbiorców. A to trasa przez całą niemal Europę.
Wydawało się, że bardzo dobrym pomysłem na bezpieczny przerzut będzie ukrycie paczek z haszyszem w samochodach dobrych marek– tak, by jadący nim „turyści” nie budzili podejrzeń. Bo jak można podejrzewać parę wracającą z uroczych wakacji nad Morze Śródziemnym, w dodatku jadącą samochodem dobrej klasy? Nic bardziej mylnego.

Odlotowa pamiątka z Hiszpanii
Zimną 2017 r. funkcjonariusze Straży Granicznej w Terespolu i Korczowej zatrzymali do kontroli BMW X6 i BMW X5 na ukraińskich tablicach rejestracyjnych. Trudno uwierzyć, że była to rutynowa kontrola lub przypadek zadecydował o sprawdzeniu tych właśnie aut.
Pogranicznicy szybko odkryli specjalnie skonstruowane skrytki umieszczonych w progach samochodów. Wydobyli z nich 237 kg czystego haszyszu. Wartość narkotyku oszacowano na ponad 9 mln zł.
Zaraz po tej akcji wspomniany wyżej Ukrainiec postanowił zniknąć z widoku organów ścigania. Tym bardziej, że jakimś trafem Podkarpacki Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Rzeszowie ustalił już kilka tygodni później, że to on kierował próbą przerzucenia narkotyku do Rosji.
 
 
TVP.info

NoMercy
Po dotarciu na miejsce, w pomieszczeniach policjanci zabezpieczyli susz roślinny, foliowe torby z białym proszkiem, płynną substancję oraz kosze grzewcze, jakich używa się przy produkcji amfetaminy. Okazuje się, że z zabezpieczonych przez funkcjonariuszy 7 litrów płynnej amfetaminy można było wytworzyć ponad 20 kilogramów narkotyku.
 
 
 
Stołeczni policjanci we współpracy z mazowieckimi funkcjonariuszami zatrzymali trzech mężczyzn podejrzanych o wprowadzanie do obrotu znacznych ilości środków odurzających, nielegalnej uprawy narkotyków, a także ich przetwarzania. Podczas akcji śledczy zabezpieczyli m.in. 7 litrów płynnej amfetaminy oraz 5 kg narkotyków w tym amfetaminy, kokainy i marihuany.

Policjanci stołecznego Wydziału do Walki z Przestępczością Narkotykową wspólnie z funkcjonariuszami z Komendy Wojewódzkiej Policji w Radomiu ustalili, że na jednym z parkingów w Dziekanowie Leśnym ma dojść do transakcji narkotykowej.
W trakcie obserwacji miejsca, gdzie miało dojść do przekazania narkotyków, zauważyli saaba, a przy nim dwóch mężczyzn w wieku 36 i 47 lat. 36-latek przekazał bańkę wypełnioną żółtym płynem 47-latkowi i odebrał od niego pieniądze.
Policjanci wkroczyli do akcji w momencie wymiany, a obaj mężczyźni zostali zatrzymani. Zabezpieczono pojemnik, z jak się okazało po badaniach laboratoryjnych, 4-litrami płynnej amfetaminy. W trakcie przeszukania 36-latka znaleźli też dwie torebki z marihuaną. Ponadto w trakcie sprawdzenia samochodu, którym przyjechał, policjanci zabezpieczyli trzy telefony komórkowe oraz 14 tysięcy złotych, które mężczyzna otrzymał od 47-latka.
Saab trafił na policyjny parking, natomiast policjanci udali się z zatrzymanymi do miejsc ich zamieszkania. Podczas przeszukania warszawskiego mieszkania 47-latka zabezpieczyli wagi elektroniczne oraz plastikowe pudełka z zawartością amfetaminy, kokainy i kwasu solnego. W trakcie przeszukania miejsca zamieszkania 36-latka została zabezpieczona nieznana substancja, która została przekazana do dalszych badań.
Śledczy ustalili, że 36-latek wspólnie z 49-letnim znajomym wynajmuje również magazyn pod Toruniem, w którym obaj przechowują narkotyki. Po dotarciu na miejsce, w pomieszczeniach policjanci zabezpieczyli susz roślinny, foliowe torby z białym proszkiem, płynną substancję oraz kosze grzewcze, jakich używa się przy produkcji amfetaminy. Okazuje się, że z zabezpieczonych przez funkcjonariuszy 7 litrów płynnej amfetaminy można było wytworzyć ponad 20 kilogramów narkotyku, który potem miałby trafić do nabywców na czarnym rynku.
Ponadto dalsze ustalenia zaprowadziły policjantów do miejscowości pod Zieloną Górą, gdzie mieszkał 49-latek. Podczas przeszukania zabezpieczyli plantację konopi, na której rosło aż 718 krzewów, a także susz, który okazał się marihuaną. 49-latek również został zatrzymany.
Mężczyźni usłyszeli zarzuty wprowadzania do obrotu znacznych ilości środków odurzających, nielegalnej uprawy narkotyków, a także ich przetwarzania. Decyzją sądu zostali tymczasowo aresztowani na 3 miesiące.
 
 
Warszawa.TVP.pl

×
×
  • Create New...