Jump to content

Welcome to Dopalamy.com!

You are currently viewing the forum as a guest, you do not have access to the full forum manual and a lot of material that can only be viewed by the registered new forum. Create an account and use a powerful knowledge source! By registering an account, you have a no-logs policy. We do not store private user data.

See what you gain by staying on our forum:

  • The ability to send private messages to other users
  • Participate in the full RC chat news
  • Access to partner subforum, contests, free samples

Don't wait, Sign Up today!


Aktualności

Aktualności z całego świata!

NoMercy
W wyniku przeszukania miejsca zamieszkania podejrzewanego kryminalni zabezpieczyli również przedmioty służące do wytwarzania środków odurzających. Były to kamery leśne – fotopułapki, filtry węglowe, 11 sztuk suszarek do roślin, środki chemiczne do pielęgnacji konopi. Sąd zdecydował już o tymczasowym aresztowaniu podejrzanego na okres 3 miesięcy.
 
 
 
Dobrze zorganizowana akcja bełchatowskiej policji doprowadziła do przejęcia ponad 16 kilogramów marihuany oraz 22 gramów haszyszu. Kryminalni zatrzymali również 56-letniego właściciela narkotykowego biznesu.

Bełchatowscy kryminalni prowadząc działania skierowane przeciwko przestępczości narkotykowej wzięli pod “swoją lupę” 56-letniego bełchatowianina. Mężczyzna miał już wcześniejsze konflikty z prawem. Był również poszukiwany dwoma listami gończymi do odbycia kary pozbawienia wolności. Poszukiwany nie przebywał w miejscu zamieszkania, ani na terenie powiatu bełchatowskiego, dlatego jego zatrzymanie wymagało wielu policyjnych czynności.
Kryminalni ustalili, że 56-latek związany jest również z procederem narkotykowym. Dobre rozpoznanie środowiska przestępczego, analiza wielu wątków i spraw, doprowadziły funkcjonariuszy na właściwy trop. Okazało się, że podejrzewany może przebywać w wynajętej posesji na terenie województwa mazowieckiego.
Akcję zatrzymania podejrzewanego kryminalni zorganizowali w nocy z 28 na 29 września 2020 roku. Rankiem stróże prawa znaleźli się przy wytypowanej posesji. Szybko okazało się, że ich ustalenia są “strzałem w dziesiątkę”. Po dynamicznym wejściu do budynku, kryminalni zatrzymali poszukiwanego przez wymiar sprawiedliwości i podejrzewanego o przestępstwa narkotykowe. Zabezpieczyli również narkotyki: ponad 16 kilogramów marihuany oraz ponad 22 gramy haszyszu.
W wyniku przeszukania miejsca zamieszkania podejrzewanego kryminalni zabezpieczyli również przedmioty służące do wytwarzania środków odurzających. Były to kamery leśne – fotopułapki, filtry węglowe, 11 sztuk suszarek do roślin, środki chemiczne do pielęgnacji konopi.
Zatrzymany usłyszał już zarzuty posiadania znacznej ilości środków odurzających oraz posiadania przyrządów służących do nielegalnego ich wytwarzania. Grozi mu teraz kara do 10 lat pozbawienia wolności.
Sąd zdecydował już o tymczasowym aresztowaniu podejrzanego na okres 3 miesięcy. Najbliższy czas 56-latek spędzi za kratami odbywając karę pozbawienia wolności w sprawach, do których był poszukiwany listami gończymi.
 
 
Online-Mafia.pl

NoMercy
W mieszkaniu i piwnicy 26-latek ma ok. 58 kg marihuany, prawie 4 kg amfetaminy, 9 litrów płynnej amfetaminy, blisko kilogram kryształów ecstasy, a także kokainę i ampułki ze sterydami anabolicznymi. Policja zabezpieczyła także telefony komórkowe, wagi elektroniczne, sprzęt do porcjowania i pakowania narkotyków oraz liczarkę do banknotów. 
 
 
 
75 kg narkotyków - marihuany, amfetaminy, kokainy i ecstasy - trzymał w mieszkaniu i piwnicy 26-latek z Katowic, zatrzymany przez śląskich policjantów. Wartość narkotyków na czarnym rynku to 7 milionów złotych. Mężczyźnie grozi 10 lat więzienia.

Zespół prasowy śląskiej policji poinformował, że na trop mężczyzny zajmującego się handlem narkotykami na dużą skalę wpadli policjanci z Wydziału do walki z Przestępczością Narkotykową katowickiej komendy wojewódzkiej oraz kryminalni komendy w Chorzowie.
Mundurowi obserwowali 26-latka. Ważne było przede wszystkim to, aby wkroczyli do zatrzymania we właściwym momencie - gdy najbardziej prawdopodobne będzie odnalezienie u niego narkotyków.
W końcu wkroczyli do działania i weszli do znajdującego się na terenie Katowic mieszkania, gdzie zatrzymali kompletnie zaskoczonego widokiem policjantów mężczyznę - opisywali funkcjonariusze.

Okazało się, że w mieszkaniu i piwnicy 26-latek ma ok. 58 kg marihuany, prawie 4 kg amfetaminy, 9 litrów płynnej amfetaminy, blisko kilogram kryształów ecstasy, a także kokainę i ampułki ze sterydami anabolicznymi. Policja zabezpieczyła także telefony komórkowe, wagi elektroniczne, sprzęt do porcjowania i pakowania narkotyków oraz liczarkę do banknotów. Zatrzymany miał przy sobie również prawie 35 tys. zł w gotówce, które zabezpieczono na poczet przyszłych kar.
Mężczyzna trafił do policyjnego aresztu. Kiedy został sprawdzony w policyjnych bazach informatycznych, okazało się, że jest poszukiwany przez krakowską prokuraturę, natomiast Sąd Rejonowy w Wieliczce wystawił za nim nakaz zatrzymania i doprowadzenia do aresztu celem odbycia kary 125 dni pozbawienia wolności za notoryczne łamanie zakazu prowadzenia pojazdów - ma dożywotni zakaz kierowania pojazdami mechanicznymi.
"Odnalezione w jego mieszkaniu i piwnicy środki odurzające zostały poddane wstępnemu badaniu laboratoryjnemu. Okazało się, że amfetamina i kokaina cechują się bardzo wysoką czystością. Czarnorynkową wartość zabezpieczonych narkotyków może wynieść kilka milionów złotych. Dokładna wartość narkotyków zostanie oszacowana po wykonaniu kompleksowej ekspertyzy przez biegłego" - wyjaśnili policjanci.
To największe w tym roku uderzenie w narkobiznes w regionie. Wartość przejętych środków odurzających jest szacowana na 7 milionów złotych.
Śledztwo w sprawie wszczęła Prokuratura Rejonowa Katowice-Zachód. 26-latek usłyszał zarzut posiadania znacznej ilości narkotyków. Decyzją sądu został aresztowany na trzy miesiące. Grozi mu 10 lat więzienia.
 
 
RMF24.pl

NoMercy
Nad sprawą związaną z uprawą marihuany pracowali policjanci z Międzyrzecza oraz Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wielkopolskim. Funkcjonariusze podczas działań operacyjnych ustalili, że 62-letnia mieszkanka jednej z wsi w gminie Międzyrzecz, na terenie swojej posesji uprawia marihuanę.
 
 
 
 
Od uprawy marihuany, po zbiory, suszenie i pakowanie – tak wyglądał biznes emerytki z niewielkiej miejscowości w gminie Międzyrzecz. Policjanci zabezpieczyli na jej posesji ponad 11 kilogramów suszu oraz 17 krzewów marihuany i inne narkotyki. Sąd aresztował kobietę na trzy miesiące. Za tego typu przestępstwa może jej grozić kara do 10 lat pozbawienia wolności.

Nad sprawą związaną z uprawą marihuany pracowali policjanci z Międzyrzecza oraz Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wielkopolskim. Funkcjonariusze podczas działań operacyjnych ustalili, że 62-letnia mieszkanka jednej z wsi w gminie Międzyrzecz, na terenie swojej posesji uprawia marihuanę.
Policjanci już po wejściu na teren ogrodu poczuli charakterystyczny zapach tego krzewu. Ich ustalenia potwierdziły się. Okazało się, że kobieta na swoim ogrodzie oprócz dorodnych pomidorów, malin i marchewek uprawiała krzewy konopi indyjskich. Podczas przeszukania terenu całej posesji, oprócz 17 krzewów, policjanci zabezpieczyli również ponad 11 kilogramów suszu marihuany.

Po dokładnym sprawdzeniu pomieszczeń gospodarczych, stróże prawa ujawnili również namiot ze specjalistycznym oświetleniem, w którym najprawdopodobniej hodowane były nielegalne rośliny. 62-latka usłyszała dwa zarzuty: uprawy marihuany i posiadania znacznej ilości środków odurzających w celu przygotowania do wprowadzenia ich do obrotu, za co może jej grozić kara do 10 lat pozbawienia wolności.
Do sprawy zatrzymany został również 36-letni mieszkaniec tej samej miejscowości, który usłyszał podobne zarzuty. Na wniosek Prokuratury Rejonowej w Międzyrzeczu, sąd aresztował obie osoby na trzy miesiące. Sprawa jest rozwojowa, policjanci nie wykluczają dalszych zatrzymań.
 
 
Online-Mafia.pl

NoMercy
Uwaga! Wolne Konopie i Parlamentarny Zespół ds. Legalizacji Marihuany serdecznie zapraszają wszystkie zainteresowane osoby do udziału w rozprawie w charakterze publiczności. Chętni, w związku z obostrzeniami, które spowodowała pandemia, są proszeni o pilne zgłoszenie.
 
 
 
 
Na taką informację długo czekaliśmy! Mimo że Parlamentarny Zespół ds. Legalizacji Marihuany istnieje niemal od początku obecnej kadencji Sejmu, to wielu zwolenników legalizacji, a przynajmniej dekryminalizacji zioła, miało sporo zastrzeżeń co do pracy posłów i skuteczności grupy. Teraz jednak przewodnicząca Beata Maciejewska zapowiedziała niezwykle ważną konferencję prasową, którą nieprzypadkowo zorganizowano w Bydgoszczy.

Już we wtorek, 6 października, właśnie w Bydgoszczy odbędzie się rozprawa sądowa pana Mariana – zarażonego wirusem HIV pacjenta medycznej marihuany, oskarżonego o posiadanie znacznych ilości zioła. Dzięki konopiom mężczyzna zwalcza skutki uboczne, z którymi zmaga się w związku z koniecznością używania silnych leków antyretrowirusowych. Codziennością bydgoszczanina były omdlenia, brak apetytu, biegunki czy nagłe skoki ciśnienia. Wszystko odeszło, jak ręką odjął, tylko i wyłącznie wskutek używania konopi. Cudowne lekarstwo przez długi czas było nielegalne, a chęć poprawy własnego zdrowia spowodowała, że pacjent wszedł w konflikt z wymiarem sprawiedliwości.
 
Rozprawa i briefing
Prokuratura jest nieubłagalna – chory mężczyzna usłyszał zarzuty, jeżeli sędzia nie spojrzy na niego łaskawszym okiem, grozi mu nawet kara więzienia.
Jak się jednak okazało, losem pana Mariana przejmują się nie tylko Wolne Konopie, ale i członkowie Parlamentarnego Zespołu ds. Legalizacji Marihuany. Politycy dostrzegli absurd sytuacji, w jakiej znalazł się schorowany bydgoszczanin i zamierzają wesprzeć na miejscu walczącego o sprawiedliwość mężczyznę.
– Planujemy udział w rozprawie w charakterze publiczności, briefing prasowy, oraz właściwe posiedzenie zespołu – informuje Beata Maciejewska.
Rozprawa odbędzie się przed bydgoskim sądem rejonowym we wtorek, 6 października. Następnie, na godz. 12:30, zaplanowano półgodzinny briefing. Po konferencji prasowej, o godzinie 13:00, rozpocznie się długo oczekiwane posiedzenie zespołu. Politycy będą obradować w bydgoskim lokalu Cafe Kino, przy ul. Długiej 32.
 
Do roboty!
Wszyscy zwolennicy legalizacji, a przynajmniej dekryminalizacji marihuany, mieli sporo zastrzeżeń do pracy zespołu. Od grudnia ubiegłego roku, kiedy to powołano Prezydium, Parlamentarny Zespół ds. Legalizacji Marihuany zorganizował zaledwie DWA posiedzenia (nie licząc inauguracyjnego). Ostatni raz politycy dyskutowali o możliwych i wyczekiwanych przez społeczeństwo zmianach w prawie jeszcze przed pandemią koronawirusa, czyli w marcu. Panie i Panowie parlamentarzyści, najwyższy czas, by wziąć się do roboty!
Uwaga! Wolne Konopie i Parlamentarny Zespół ds. Legalizacji Marihuany serdecznie zapraszają wszystkie zainteresowane osoby do udziału w rozprawie w charakterze publiczności. Chętni, w związku z obostrzeniami, które spowodowała pandemia, są proszeni o pilne zgłoszenie na adres: [email protected]
 
 
WolneKonopie.org

NoMercy
Sklep "Predator-rc" był liderem na rynku dopalaczy. Udało się to m.in. codziennym promocjom, zachęcającym do kupowania większych ilości dopalaczy za niższą cenę. "Predator-rc" szukał także chętnych do testowania nowych produktów, które miały być wysyłane bezpłatnie. Jak sprawdziła PAP, domena "Predator-rc" wciąż działa.
 
 
 
 
Prokuratura w grudniu 2019 roku skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko osobom, które pracowały dla "Króla Dopalaczy". Zarzutami objęto 37 współpracowników Jana S. Jak ustaliła PAP, ich proces wciąż nie ruszył.

Prokuratura Rejonowa Warszawa-Praga Północ, wysyłając akt w połowie września oskarżenia przeciwko "Królowi dopalaczy", podała, że w grudniu 2019 roku skierowała do kilku sądów akty oskarżenia przeciwko kilkudziesięciu współpracownikom Jana S. Najobszerniejszy wątek, w którym oskarżeni są pracownicy tzw. centrum dystrybucji dopalaczy, w tym m.in. jego kuzyni głównego sprawcy, jeszcze nie ruszył.
Sprawa była przesyłana pomiędzy sądami i ostatecznie w lutym 2020 r. zarejestrowano ją w V Wydziale Karnym Sądu Okręgowego Warszawa-Praga. Z informacji uzyskanych przez PAP wynika, że w tym czasie odbyło się jedno posiedzenie. Sąd zapoznaje się obecnie z aktami, których jest 160 tomów. Termin pierwszej rozprawy przeciwko "Królowi" także nie został jeszcze wyznaczony.
Prokuratura zarzuca Janowi S. popełnienie 17 przestępstw, w tym kierowanie w latach 2014-2020 zorganizowaną grupą przestępczą produkującą dopalacze, udzielającą środków psychoaktywnych i handlującą nimi, głównie za pośrednictwem sklepu internetowego "Predator-rc". Jan S. odpowie też m.in. za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia ponad 16 tysięcy osób poprzez wprowadzenie do obrotu ponad 350 kilogramów dopalaczy.
Przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga wraz z Janem S. na ławie oskarżonych zasiądzie jego ojciec. Jacek S., adwokat, miał dla syna wziąć w leasing luksusowy audi Rs6 avant Performance, dopasowane pod wymagania "Króla Dopalaczy". Leasing opiewał na kwotę 567 tys. zł i był spłacany oraz użytkowany przez Jana S., choć ten w tym okresie nie posiadał uprawnień do kierowania pojazdami. Według prokuratury, ojciec pomagał w ten sposób "Predkowi" (kolejny pseudonim "Króla Dopalaczy" - PAP) ukryć przestępne pochodzenie pieniędzy. Adwokat miał użyczać synowi telefonu komórkowego zarejestrowanego na swoją kancelarię i ostrzegać "Predka", wysyłając linki z informacji o nowelizacji przepisów dotyczących handlu dopalaczami. Miał także odwiedzać syna w Holandii, gdy ten ukrywał się przed organami ścigania.
Urodzona w 1992 roku Paulina C., partnerka i matka dziecka Jana S., odpowie przed sądem za wprowadzanie dopalaczy do obrotu i pranie pieniędzy. Śledczym udało się ustalić, że oficjalnie bezrobotna i nie posiadająca majątku kobieta była prawą ręką Jana S., gdy ten nie mógł osobiście pilnować interesu. Ustalono też, że C. wielokrotnie dokonywała zakupu za gotówkę biżuterii, odzieży i galanterii. Zapłaciła także 15 tysięcy złotych za operację plastyczną powiększania biustu.
Oskarżony jest również mężczyzna, który na prośbę Jana S. założył w Czechach spółkę mającą w rzeczywistości być pralnią pieniędzy zarobionych na dopalaczach. Żadne z oskarżonych nie przyznało się do winy. Jak ustaliła PAP, "Predka" na etapie postępowania przygotowawczego reprezentował ten sam adwokat, który reprezentował byłego ministra transportu Sławomira N., zatrzymanego niedawno przez CBA.
Śledztwo, które zrujnowało imperium "Króla Dopalaczy" zaczęło się od śmierci mieszkańca warszawskiego Targówka. 22 września 2017 r. przy w mieszkaniu przy ul. Malborskiej w Warszawie rodzina znalazła zwłoki 16-letniego Filipa. Chłopiec siedział przy biurku, wyglądał jakby zasnął przed komputerem z głową opartą o blat. Chwilę wcześniej dzielił się ze znajomymi przez komunikator wrażeniami po zażyciu dopalaczy.
Według biegłego toksykologa powołanego przez Prokuraturę Rejonową Warszawa Praga-Północ, zawarty w BUC-3 i BUC-8 fentanyl z grupy opioidów jest substancją silnie uzależniającą i wyjątkowo niebezpieczną już w dawce 200 mikrogramów, a za potencjalnie śmiertelną ekspert uznał dawkę 1000 mikrogramów.
Przy zwłokach 16-latka technicy kryminalni znaleźli 1,24 g środków opisanych jako "BUC", oraz inne substancje psychotropowe. Historia transakcji z jego konta bankowego wskazuje, że dopalacze ze strony "Predator-rc" zakupił sześć razy. Pieniądze wysyłał na konta osób powiązanych z "Predkiem".
Prokuratura ustaliła, że 16-latek zmagał się z zaburzeniami depresyjnymi, leczył się. Zażywaniem dopalaczy chwalił się rówieśnikom, którzy wiedzieli, że "testuje" niebezpieczne używki. Filip zmarł w wyniku zatrucia fentanylem zawartym w "BUC-ach". Po śmierci Filipa w sortowni firmy wysyłkowej ujawniono kilka nieodebranych paczek, wysyłanych od nadawcy o fikcyjnych danych. W opakowaniach znaleziono m.in. BUC-3 i BUC-8. Prokuratura ustaliła, że pieniądze od klientów trafiały na rachunek obywatela Ukrainy, a następnie były wypłacane na stacji benzynowej w okolicach Brwinowa lub w centrum Warszawy, przy ul. Dobrej. Tak udało się namierzyć "centrum dystrybucji dopalaczy", mieszczące się w luksusowym apartamentowcu w pobliżu Centrum Nauki Kopernik.
Na miejscu zabezpieczono kilkadziesiąt kilogramów substancji psychoaktywnych, sprzęt do ważenia i pakowania, a także "centrum obsługi klienta", czyli komputery, na których ujawniono grafiki i opis 198 substancji sprzedawanych za pośrednictwem serwisu "Predator-rc". Pracownicy "Króla Dopalaczy" prowadzili szczegółową księgowość, codziennie raportowali stan magazynowy, ilość sprzedanego towaru, a także pobierane przez siebie wynagrodzenie. Przy porcjowaniu i pakowaniu dopalaczy pracowali kuzyni "Predka" - Dominik G. i Patryk G. Z ich wyjaśnień wynika, że dzienne przychody "Predatora-rc" to kwoty od kilkunastu do nawet 45 tysięcy złotych dziennie. Sami otrzymywali 700-800 złotych dniówki.
W "sortowni" ujawniono m.in. plastikowe torebki opisane jako "Buc-3" i "Buc-8", które miały identyczne etykiety jak środki zabezpieczone u zmarłego Filipa. Patryk G. potwierdził, że to środki, które kupiono od "Predatora-rc".
Dzięki wnikliwej pracy operacyjnej przejęto kilka przesyłek z hurtową zawartością dopalaczy z Holandii. Ustalono, że tylko za pośrednictwem firmy kurierskiej DPD "Król Dopalaczy" zamówił 700 kilogramów śmiercionośnych substancji, a u chińskiego dystrybutora składał zamówienia na 100-kilogramowe dostawy substancji i prekursorów do tworzenia dopalaczy. Wartość jednego zamówienia wynosiła ponad 100 tys. dolarów. Paczki przychodziły m.in. na adres wirtualnego biura firmy założonej w 2016 roku przez Jana Krzysztofa S. o nazwie "Ball and Roll SP. Z.o.o". Firma rzekomo mieściła się w Galerii Ursynów przy al. KEN w Warszawie.
Prokuratura ustaliła, że pieniądze z handlu dopalaczami były natychmiast wypłacane bądź przesyłane między rachunkami i trafiały na holenderskie lub czeskie konta Jana S. oraz były inwestowane w kolejne dostawy z Holandii i Chin. Na późniejszym etapie grupa coraz częściej korzystała z płatności kryptowalutą Bitcoin, która zapewnia anonimowość transakcji i utrudnia ustalenie kwot przepływających przez wirtualny portfel. Śledczy nie mają wątpliwości, że grupa "Króla Dopalaczy" uczyniła sobie z tego stałe źródło dochodu.
Reklama
Sklep "Predator-rc" był liderem na rynku dopalaczy. Udało się to m.in. codziennym promocjom, zachęcającym do kupowania większych ilości dopalaczy za niższą cenę. "Predator-rc" szukał także chętnych do testowania nowych produktów, które miały być wysyłane bezpłatnie. Zaopatrywał w używki klientów z Europy, ale także z USA, Australii, Meksyku. Z zakupów u "Króla Dopalaczy" skorzystało – według prokuratury - 16 tysięcy użytkowników. Od marca 2017 roku do maja 2018 roku sklep zarobił co najmniej 16 mln 716 117 tys. zł, a prokuratura szacuje, że w pozostałym okresie funkcjonowania grupy, mógł zarobić kolejne 4 mln zł.
Klienci Jana S. zrzeszali się na specjalnym forum internetowym i dzielili się wrażeniami po zażyciu dopalaczy. Użytkownicy relacjonowali, że czuli duszności, kołatanie serca, suchość w ustach po zażyciu "BUC-a", ale opisywali je jako element zabawy. Informowali, że w przypadku tej używki warto "celować w wyższe dawki".
Po zatrzymaniach w 2018 roku "Predator" zawiesił działalność informując klientów o problemach technicznych i szybkim powrocie na rynek. Wkrótce wyszło na jaw, że jeszcze w kwietniu 2018 roku Jan S. zorganizował przy ul. Puławskiej kolejną "sortownię" dopalaczy, zlikwidowaną półtora miesiąca później. Zatrzymani tam mężczyźni szczegółowo opisali pracę dla "Predatora-rc". Jeden z nich miał zacząć pracę w sortowni będąc jeszcze nastolatkiem. Według prokuratury "Król dopalaczy" zastraszał podwładnych i instruował jakie wyjaśnienia powinni złożyć w przypadku zatrzymania przez policję. S. zapewniał im także pełnomocników, którzy – jak ustaliła prokuratura – mieli pilnować, żeby podejrzani nie naprowadzali śledczych na jego osobę.
Do udoskonalania witryny Jan S. zatrudnił profesjonalną firmę z Bydgoszczy. Jak ustalono w toku śledztwa, jej właściciel przyjmował wynagrodzenie na konto żony i nie wystawiał faktur za usługi.
Czynności Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga-Północ zbiegły się ze śledztwem Centralnego Biura Śledczego Policji, które namierzało paczki z dopalaczami wysyłane z Chin do Holandii, a następnie do Polski. Tylko po wejściu nowych przepisów, ustanawiających handel dopalaczami na równi z narkotykami, "Predek" zamówił 350 kg przesyłek. Paczki odbierane były na terenie całego kraju: w Wałczu, Olsztynie, Krotoszynie, Bydgoszczy, Warszawie, Lublinie, Bielsku-Białej, Chorzowie, Opolu itd. Zakładano kolejne rachunki bankowe do prania pieniędzy, w Myślenicach powstało też kolejne laboratorium.
Z aktu oskarżenia wynika, że "Król dopalaczy" pośrednio przyczynił się do śmierci 16-letniego Filipa z Warszawy, 15-letniego Damiana z Biłgoraju, 23-letniego Artura z Radomia i dwóch młodych Polaków: Mateusza i Krystiana, których ciała 12 lutego 2018 roku ujawniano w miejscowości Rugby w Wielkiej Brytanii. 18-letni Bartek ze Świdnika i Ania ze Strzelec Opolskich zostali odratowani w szpitalu. Wszyscy zatruli się fentanylem zawartym w "BUC-8".
"Król dopalaczy" po tym jak media obiegła informacja o zatruciach sprzedawanym przez niego środkiem, zmienił etykiety do BUC-8 na takie, z których wynikało, że produkt nie nadaje się do spożycia. Dopalacze oficjalnie miały mieć przeznaczenie kolekcjonerskie lub doświadczalne. Jednak sprzedawcy nie informowali swoich klientów o tym jak niebezpieczne mogą być skutki zażycia tych substancji. Według prokuratury bezrefleksyjnie dystrybuowali środku chemiczne, nie sprawdzając ich składu, a często wysyłając klientom inne chemikalia niż zamówione. Umieszczenie na opakowaniach informacji, że środek nie nadaje się do spożycia miało stworzyć pozory legalności działalności "Predka", a tym samym zniesienie odpowiedzialności sprawców – uważa prokuratura.
Oskarżyciel publiczny zebrał liczne dowody świadczące o tym, że to właśnie Jan S. odgrywał kluczową rolę w grupie, zatrudniał ludzi, dzielił zadania i finanse. Według śledczych, nadzorował swój biznes nawet podczas zatrzymania w 2018 r. w Holandii, gdzie na terenie jednostki penitencjarnej miał dostęp do komunikatorów internetowych. Z notatek Jana S. prokuratura dowiedziała się, że planował zainwestować w mercedesa E 63 amg, Bentley’a, stajnię oraz mieszkania "na słupa". Gotówką zapłacił za pięć luksusowych zegarków kwotę 196 tysięcy złotych. Kolejne 11 tysięcy płacił co miesiąc za wynajem mieszkania przy ul. Tamka w Warszawie.
"Król Dopalaczy" był poszukiwany dwoma listami gończymi, w tym Europejskim Nakazem Aresztowania. Ukrywał się głównie w Holandii. Był tam nawet zatrzymywany w maju 2018 r., ale tamtejszy sąd nie zgodził się na jego aresztowanie i wyznaczył kolejny termin posiedzenia. W międzyczasie "Król" zniknął. Został zatrzymany 3 stycznia 2020 r. w Milanówku, w okolicach domu swoich rodziców.
Jan S. został w tym roku oskarżony także przez Dolnośląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej we Wrocławiu. Przedstawiono mu zarzut podżegania do zabójstwa Ministra Sprawiedliwości – Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro, a także podżegania do zabójstwa prokuratora i policjantów, którzy rozpracowywali kierowaną przez niego grupę. Ziobro miał zginąć za prace nad przepisami zaostrzającymi kary za produkcję i handel dopalaczami. "Dzięki dokonanym w 2018 r. ustawowym zmianom możliwym było objęciem przedmiotowym śledztwem wątku zorganizowanego procederu wewnątrzwspólnotowego nabywania i wprowadzania do obrotu dopalaczy oferowanych w związku z działalnością internetowych sklepów kontrolowanych przez Jana S." – podała Prokuratura Krajowa.
Sprawa podżegania do zabójstwa ministra będzie rozpoznawana przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Termin pierwszej rozprawy nie został jeszcze wyznaczony. Jak sprawdziła PAP, domena "Predator-rc" wciąż działa.
 
 
Dziennik.pl

NoMercy
Z ustaleń katowickiej prokuratury wynika, że grupa kierowana przez Krzysztofa N. działała od 2011 do 2018 roku nie tylko na terenie Katowic, ale także Krakowa, Kielc. Mężczyzna miał stworzyć "doskonałą siatkę dilerską" i współpracować z grupami przestępczymi z województwa świętokrzyskiego. Ustalono, że grupa działała także za granicą, głównie w Czechach i Holandii, ale narkotyki wysyłane były również do Chin i Australii. Przewozili m.in. amfetaminę, metamfetaminę, kokainę i marihuanę.
 
 
Przez lata mieli produkować narkotyki, przemycać je i nimi handlować. Pieniądze, w sumie 12 milionów złotych, inwestowali w nieruchomości. Jeden z nich w bankowej skrytce trzymał trzy kilogramy kokainy. Do sądu trafił właśnie akt oskarżenia.

Śląski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Katowicach skierował akt oskarżenia w tej sprawie do katowickiego sądu okręgowego. Osiem osób zostało objętych w sumie 81 zarzutami dotyczącymi czynów opisanych w kodeksie karnym oraz ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii.
- Grupa zajmowała się obrotem, przewozem i dostawą substancjami psychotropowymi i narkotykami oraz praniem pieniędzy uzyskanych z narkotyków – przekazał w poniedziałek Dział Prasowy PK.
 
Na terenie Śląska i poza granicami Polski
Z ustaleń katowickiej prokuratury wynika, że grupa kierowana przez Krzysztofa N. działała od 2011 do 2018 roku nie tylko na terenie Katowic, ale także Krakowa, Kielc. Mężczyzna miał stworzyć "doskonałą siatkę dilerską" i współpracować z grupami przestępczymi z województwa świętokrzyskiego. Ustalono, że grupa działała także za granicą, głównie w Czechach i Holandii, ale narkotyki wysyłane były również do Chin i Australii. Przewozili m.in. amfetaminę, metamfetaminę, kokainę i marihuanę.
- W toku śledztwa prokurator ustalił, że Krzysztof N. organizował na terenie województwa śląskiego proceder wytwarzania różnych prekursorów narkotykowych w tym BMK, oleju safrolowego i APPAN-u. Do przestępczej działalności zwerbował i zaangażował kilkanaście osób – podała prokuratura. Według oskarżyciela publicznego, dla N. pracować mieli bliscy znajomi oraz "osoby będące w trudnej sytuacji życiowej", którym proponował dobry zarobek.

Inwestowali w nieruchomości
Prokuratura ustaliła, że zarobione na narkotykach pieniądze oskarżeni lokowali w nieruchomości. - Ich własność wielokrotnie przenosili między sobą, co miało utrudnić stwierdzenie przestępczego pochodzenia pieniędzy. W ten sposób oskarżeni wyprali co najmniej 12 milionów złotych – podała PK.
Dodatkowo Krzysztof N. ulokował w skrytce bankowej trzy kilogramy kokainy o czarnorynkowej wartości co najmniej kilkuset tysięcy złotych. Śledczy dokonali zabezpieczenia majątkowego na mieniu oskarżonych o wartości przekraczającej 12 milionów złotych.
 
 
TVN24.pl

NoMercy
Były lider kiboli Wisły Kraków zeznaje, że na początku kupował małe ilości narkotyków. Te otrzymywał od człowieka o pseudonimie Kooman. - Jest on bratem byłego bramkarza Legii Warszawa. Nazywa się Łukasz S. On był jednym z liderów Lechii Gdańsk - relacjonował "Misiek". Według zeznań mężczyzny za 100 gram kokainy płacił 12 tys. zł.
 
 
 
Do sieci wyciekło blisko 350 stron zeznań byłego lidera gangu Sharksów. Paweł M. pseudonim Misiek opowiedział ze szczegółami o wielu akcjach, a swoimi zeznaniami pogrążył wiele osób. Jak funkcjonowała groźna bojówka, która przejęła rządy w Wiśle Kraków?

- Były szef Sharksów, czyli gangu założonego przez kiboli Wisły Kraków zeznał, że wiceprezes klubu Damian D. oraz prezes Marzena S. co miesiąc oddawali mu ze swoich pensji 15 tys. zł
- "Misiek" zdradził także, w jaki sposób uniknął zatrzymania podczas największej w historii CBŚP obławy na gangsterów
- Paweł M. opowiedział też o zabójstwie lidera gangu Cracovii. - Mieliśmy pociąć go maczetami. Nikt nigdy nie planował zabicia Człowieka. Podczas takich akcji nigdy nie mieliśmy zamiaru nikogo zabić - relacjonował śledczym
- Rządy kiboli w Wiśle Kraków oraz ich działalność gangsterską jako pierwszy ujawnił i opisał dziennikarz TVN24 Szymon Jadczak
 
Paweł M., pseudonim Misiek przez lata był liderem owianych złą sławą Sharksów. Zasłynął tym, że w październiku 1998 r. w czasie meczu Wisły Kraków z włoskim klubem AC Parma rzucił nożem we włoskiego piłkarza Dino Baggio. Usłyszał za to wyrok 6,5 roku więzienia. Po wyjściu na wolność przez lata budował swoje wpływy w środowisku pseudokibiców.
Paweł M. ponownie został zatrzymany pod koniec września 2018 r. w miejscowości Cassino na południe od Rzymu. Był poszukiwany listem gończym. Śledczy zarzucali mu m.in. kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą oraz handel narkotykami.
Mężczyzna trafił do aresztu i przebywa tam do dziś. "Misiek" w zamian za złagodzenie kary poszedł na współpracę z policją i zdecydował się zeznawać przeciwko byłym kolegom. Do sieci wyciekły właśnie jego zeznania, które liczą blisko 350 stron.
 
"Inni chcieli, aby przejął rządy"
- Od dziecka byłem kibicem Wisły Kraków. Gdy miałem kilkanaście lat, zacząłem uczęszczać na mecze Wisły. Po spadku do drugiej ligi zostali z nią tylko jej najwierniejsi fani. Wisła wróciła do pierwszej ligi w 1996 r. i wówczas zawiązała się grupa najwierniejszych kibiców Wisły o nazwie Sharks. Nie pamiętam, kto wymyślił nazwę tej grupy. W jej ścisły skład wchodziło około 30 osób - tak "Misiek" opisywał powstanie bojówki Wisły Kraków.
Na początku - według jego zeznań - grupa nie miała lidera, a decyzje były podejmowane w sposób kolegialny. - Gdy wyszedłem z więzienia, w 2006 r. zauważyłem, że grupa Sharks się rozrosła. Było już wówczas około 100 nowych osób, których w tym czasie ja w ogóle nie znałem - stwierdził.
Na przełomie 2007 i 2008 r. "Misiek" przejął kierownictwo gangu. - Stopniowo Sharksi sami przychodzili, abym to ja przejął rząd. Wzbudzałem u nich szacunek za to, że nie bałem się Cracovii - opowiadał.
Z relacji mężczyzny wynika, że w grupie były także inne osoby decyzyjne, z którymi musiał się konsultować. Paweł M. wyjawił nazwiska wszystkich członków tzw. zarządu kibolskiego gangu.
 
"Kupowałem narkotyki od brata bramkarza Legii"
Pierwsze narkotyki Paweł M. zaczął kupować w 2007 r. - W 2006 r. opuściłem zakład karny, w którym odbywałem karę 8 lat pozbawienia wolności m.in. za rzucenie nożem w piłkarza Dino Baggio. Od tego czasu stałem się bardzo medialny. Już od początku 2007 r. rozpocząłem swą działalność w zakresie handlu narkotykami. Najpierw tą działalność rozkręcałem sam - opwiedział śledczym Paweł M., pseudonim Misiek.
Były lider kiboli Wisły Kraków zeznaje, że na początku kupował małe ilości narkotyków. Te otrzymywał od człowieka o pseudonimie Kooman. - Jest on bratem byłego bramkarza Legii Warszawa. Nazywa się Łukasz S. On był jednym z liderów Lechii Gdańsk - relacjonował "Misiek". Według zeznań mężczyzny za 100 gram kokainy płacił 12 tys. zł.
"Misiek" niedługo po wyjściu z więzienia wszedł w spółkę z Grzegorzem Z., pseudonim Zielak. Wspólnie handlowali marihuaną. Potem zaczęli kupować amfetaminę. Tę dostarczał mieszkaniec Podbeskidzia. Według wyliczeń Miską od 2007 r. do 2015 lub 2016 r. miał on im dostarczyć 1350 kilogramów narkotyków.
Zakupione narkotyki kibole porcjowali w wynajętych mieszkaniach. "Misiek" opowiedział śledczym "o śmiesznej sytuacji" związanej z jedną lokalizacją na krakowskich Dębnikach. Kibole pomylili numer konta i pieniądze za wynajem zamiast do właściciela trafiły do obcej osoby. Właściciel mieszkanka nie mogąc doczekać się pieniędzy, w asyście dzielnicowego rozwiercił zamek w drzwiach i wszedł do mieszkania. Zastali tam dwóch pseudokibiców z narkotykami.
 
"Od miasta przejmiemy stadion i nazwiemy go Sharks Arena"
Misiek opowiedział śledczym, jak ludzie związani ze środowiskiem pseudokibiców przejęli najpierw władzę w Towarzystwie Sportowym Wisła. Pseudokibice założyli sekcję Trenuj Sporty Walki. Masowo zapisywali do niej członków. Dlaczego? Im więcej osób w sekcji, tym możliwość wystawienia większej ilości delegatów na walne zgromadzenie. A właśnie to zgromadzenie wybierało władze TS Wisła.
W 2016 r. TS Wisła przejęła akcję Wisła S.A, która była odpowiedzialna za sekcję piłkarską.
W 2016 roku prezesem Wisły została Marzena Sarapata, która reprezentowała Miśka w sądzie gdy ten zdecydował się pozwać "Wyborczą". Stanowisko zastępcy zajął Damian D., który wywodził się z Sharksów.
- Zielak (kibol, z którym "Misiek" współpracował przy handlu narkotykami-red.) miał plany, że od miasta przejmiemy stadion i nazwiemy go Sharks Arena. W tym celu były prowadzone jakieś rozmowy przez D. z miastem i ustalono wstępnie, że Wisła miastu będzie początkowo płacić rocznie 500 tys. zł za wynajem stadionu, a później miała to być symboliczna złotówka. Z tych planów jednak ostatecznie nic nie zostało, bo D. nie dogadał się z miastem - opowiedział śledczym Paweł M.
"Misiek" przyznał także, że miał spór z Damianem D. - W czasie gdy D. był wiceprezesem, do Wisły zgłaszali się ludzie zainteresowani przejęciem Wisła S.A. Spośród zainteresowanych przejęciem Wisły pamiętam młodego Ziętka. Ja chciałem, aby on faktycznie przejął Wisłę S.A, gdyż ta spółka przerastała nasze możliwości (...). D. cały czas przekonywał mnie, żeby tego nie robić, bo on znajdzie na to sponsorów, że ma na to swój pomysł i będzie to dochodowy biznes - mówił.
Z relacji Pawła M. wynika, że D. miał prowadzić rozmowy z przedstawicielami Fly Emirates.
Były szef Sharksów zeznał, że wiceprezes Damian D. i Marzena S., prezes Wisły Kraków, co miesiąc oddawali mu ze swoich pensji 15 tys. zł. Można się domyślać, że to w dowód wdzięczności za wsparcie środowiska kiboli.
Dodatkowo D. i S. dostawali prowizję od pozyskanych sponsorów oraz przeprowadzanych transferów. - Te pieniądze były przelewane na konto firmy żony Zielaka, a potem dzielone na naszą czwórkę tj. mnie, Zielaka, Marzenę i Damiana D. Podziałem tych pieniędzy zajmował się Damian D. wraz z Zielakiem - powiedział śledczym "Misiek".
W kwietniu 2019 Damian D. został zatrzymany przez policję, usłyszał m.in. zarzuty w sprawie wyprowadzania pieniędzy z Wisły Kraków. We wrześniu 2019 r. zatrzymana została także Marzena S., której prokuratura zarzuca m.in. udział w zorganizowanej grupie przestępczej.
 
"Nikt nigdy nie planował zabicia Człowieka"
Gang kiboli Wisły Kraków organizował także napady na pseudokibiców innych klubów.
Tomasz C., pseudonim Człowiek, był liderem kiboli Cracovii i osobą, na którą "polowali" pseudokibice Wisły. Paweł M. opowiedział śledczym o szeregu akcji, które miały być przeprowadzone wobec lidera konkurencyjnej grupy.
- Zbieraliśmy informację na temat tego, gdzie Człowiek trenuje, gdzie ma dziewczynę. Chcieliśmy przypuścić na niego atak i doprowadzić do tego, aby wyprowadził się z Kurdwanowa (...). Nasz plan zakładał, że gdy Człowiek ruszy spod swojego bloku od razu mieliśmy uderzyć jednym z samochodów w jego samochód (...). Mieliśmy pociąć go maczetami. Nikt nigdy nie planował zabicia Człowieka. Podczas takich akcji nigdy nie mieliśmy zamiaru nikogo zabić - opowiedział śledczym "Misiek".
Zasadzki na Człowieka były organizowane co najmniej kilkukrotnie. Ostatecznie plan udało się zrealizować w styczniu 2011 r. "Misiek" zaznacza, że nie brał udziału w tej akcji, a w tym czasie przebywał z rodziną w Zakopanem.
- Nie znam szczegółów dotyczących przebiegu tego zdarzenia. Jednak z tego co mi wiadomo, z opowieści to uderzenie spowodowało, że Człowiek wysiadł ze swego samochodu i zaczął uciekać. Uciekając krzyczał "ludzie pomocy" (...). Człowiek wbiegł do śmieciarki, lecz nie zdążył się zamknąć i ci co go gonili, zadawali mu uderzenia niebezpiecznymi przedmiotami. W wyniku zadanych mu uderzeń Człowiek poniósł śmierć - relacjonował "Misiek".
 
"Jeździliśmy po Polsce, aby napadać na innych"
W 2016 r. kibole Wisły Kraków zerwali wieloletnie porozumienie zawarte z kibicami Śląska Wrocław oraz Lechii Gdańsk. W tym samym czasie zawarli układ z kibolami Ruchu Chorzów i Widzewa Łódź.
- Najbardziej za porozumieniem z Ruchem był Zielak, Piotrunio i Skopek, gdyż w tym czasie zaczęły ich łączyć jakieś wspólne interesy z kibicami Ruchu Chorzów. Dokładnie nie wiem, co to były za interesy, miały one związek z jakimiś firmami i z VAT-ami, ale szczegółów nie znam - powiedział śledczym "Misiek".
- Od tego momentu zaczęliśmy wspólnie z kibicami Ruchu trenować, imprezować, jeździć po Polsce, by napadać na kibiców podróżujących na mecze swojej drużyny, polować, czyli dokonywać pobić przy użyciu niebezpiecznych narzędzi - wyjaśniał Paweł M.
"Misiek" przyznał, że brał udział w pobiciu maczetą Jarosława P. pseudonim Lotek, pseudokibica Górnika Zabrze oraz Daniela Dz. pseudonim Romek, przywódcy kiboli GKS Katowice. Obaj przeżyli atak.
 
"Kupili broń i chcieli postrzelić lidera Cracovii"
Na przełomie 2015 i 2016 r. Zielak ze Skopkiem (obaj należeli do Sharksów) kupili broń. Planowali postrzelić Adriana Z., ówczesnego lidera kiboli Cracovii (został zastrzelony w 2017 r. przez antyterrorystów - przy. red.). Z opowieści Miśka w plan były początkowo wtajemniczone trzy osoby. On dowiedział się jako czwarty.
- Oni nie mieli zamiaru zabić Z., mieli go zamiar tylko postrzelić. Zielak liczył na to, że jak rozejdzie się fama wśród biznesmenów, którzy robili jakieś wspólne interesy z Z. o postrzeleniu to się wystraszą i przyjdą do nas i z nami będą robić te interesy - czytamy w zeznaniach Miśka.
- Ponadto Zielak liczył na to, że o tym postrzeleniu szybko rozejdzie się fama w środowisku przestępczym i Wisła wzbudzi strach wsród innych grup. Od czasu wtajemniczenia mnie przez Zielaka w ich plan jako czwartej osoby powiedziałem, że w to wchodzę, ale pod warunkiem, że nie będziemy czaić się na Z. z bronią tylko z maczetami. Zielak przystał na moją propozycję - dodał Paweł M.
Kibole Wisły kilkukrotnie próbowali zaczaić się na Adriana Z. pod jego domem w Gaju. Do ataku jednak nie doszło.
 
"Dostałem sygnał, że policjanci się szykują"
W maju 2018 r. niemal tysiąc policyjnych antyterrorystów zatrzymało osoby powiązane z gangami założonymi przez kiboli Ruchu Chorzów i Wisły Kraków.
Wśród zatrzymanych nie było wtedy Pawła M., który kilka dni przed akcją wyjechał z Polski. "Misiek" twierdzi, że to przypadek, ponieważ wyjechał na wcześniej zaplanowane wakacje. Przyznał jednak, że w kwietniu 2018 r. zadzwonił do niego Mirek z Gdańska, który mówił, że policja szykuje akcję zatrzymania kiboli Wisły Kraków. Mężczyzna miał się dowiedzieć tego od jednego z antyterrorystów, z którym razem chodził na siłownię.
 
 
Onet.pl

NoMercy
Każdego roku handlarze narkotyków zarabiają w gotówce ok. 20 miliardów euro - mówi Karremans. Propozycja określa, by zabronić sklepom z odzieżą czy wypożyczalniom samochodów przyjmowania płatności gotówkowych w kwocie wyższej niż 500 euro. Rotterdam musi stać się pierwszym miastem na świecie, w którym odwiedzający i mieszkańcy nie mogą mieć przy sobie więcej niż dwa tysiące euro w gotówce. Nawiasem mówiąc, nie mówimy o profesjonalnych transakcjach
 
 
Osoby, które przemieszczając się po ulicach Rotterdamu mają przy sobie więcej niż 2000 euro w gotówce, zostaną obciążone grzywną w wysokości 2500 euro - to pomysł holenderskiej Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji (VVD), której liderem jest urzędujący obecnie premier. Limit ma zatrzymać nielegalny handel narkotykami w gminie.

Rotterdam może stać się pierwszym miastem na świecie, w którym odwiedzający i mieszkańcy nie mogą mieć przy sobie więcej niż dwa tysiące euro w gotówce...
Wprowadzenie limitów posiadanej gotówki to pomysł Vincenta Karremansa z partii VVD w Rotterdamie. Jego zdaniem nowa regulacja pomogłaby w walce z przestępczością narkotykową - informuje portal rijnmond.nl.
- Każdego roku handlarze narkotyków zarabiają w gotówce ok. 20 miliardów euro - mówi Karremans. Propozycja określa, by zabronić sklepom z odzieżą czy wypożyczalniom samochodów przyjmowania płatności gotówkowych w kwocie wyższej niż 500 euro.
 
Przepis nie będzie dotyczył każdego.
- To rygorystyczne, ale konieczne. Rotterdam musi stać się pierwszym miastem na świecie, w którym odwiedzający i mieszkańcy nie mogą mieć przy sobie więcej niż dwa tysiące euro w gotówce. Nawiasem mówiąc, nie mówimy o profesjonalnych transakcjach. Na przykład osoby, które mają dwie kawiarnie i chcą odebrać pieniądze, powinny mieć taką możliwość i nadal to robić - wyjaśnia.
Jak mówi, gotówka jest "walutą podziemia". - Musimy zabrać pieniądze tam, gdzie najbardziej boli to przestępców, z portfela - dodał.
 
Przepis ma nie dotyczyć także przedsiębiorców, którzy chcą zdeponować gotówkę w banku.
Karremans chce wkrótce omówić swój plan w komitecie ds. bezpieczeństwa i ma nadzieję, że zyska poparcie innych partii politycznych.
- Musimy wspólnie walczyć z przestępczością narkotykową, z którą mamy do czynienia na co dzień w mieście. Wystarczy spojrzeć na strzelaniny spowodowane konfliktami w świecie narkotyków, które miały miejsce w Rotterdamie - wyjaśnia.
 
 
Interia.pl

NoMercy
Operacja była konsekwencją zamknięcia w maju ub.r. jednej z największych na świecie darknetowych platform umożliwiających handel nielegalnymi produktami, znanej jako „Wall Street Market”.  Ukryty internet już nie jest ukryty, a twoja anonimowa aktywność nie jest już anonimowa. Organy ścigania są zdeterminowane, by pociągać do odpowiedzialności przestępców.
 
 
 
Funkcjonariusze organów ścigania aresztowali 179 osób zaangażowanych w handel opioidami w darknecie i skonfiskowali ponad 6,5 mln dolarów – poinformowało amerykańskie ministerstwo sprawiedliwości. Operację przeprowadzono we współpracy z Europolem.

121 osób zatrzymano w USA, 42 w Niemczech, osiem w Holandii, cztery w Wielkiej Brytanii, trzy w Austrii i jedną w Szwecji – czytamy w komunikacie resortu. W międzynarodowej operacji uczestniczyły liczne agencje federalne USA, Europol oraz służby państw Unii Europejskiej, Wlk. Brytanii, Australii i Kanady.
Według śledczych podejrzani byli zaangażowani w dziesiątki tysięcy transakcji nielegalnymi towarami, które przeprowadzano przez darknet – ukrytą i szyfrowaną cześć internetu, mającą zapewnić anonimowość jej użytkownikom.
Policjanci zarekwirowali także 6,5 mln dolarów w gotówce i w kryptowalutach oraz przejęli ok. 500 kg narkotyków, w tym fentanylu, heroiny, kokainy i ecstasy, a także ok. 60 sztuk broni palnej.
Operacja była konsekwencją zamknięcia w maju ub.r. jednej z największych na świecie darknetowych platform umożliwiających handel nielegalnymi produktami, znanej jako „Wall Street Market” – napisano w oświadczeniu. Dodano, że wciąż toczy się wiele śledztw mających zidentyfikować osoby kryjące się za kontami w darknecie.
Coraz większa liczba młodych narkomanów kupuje opiaty już nie od lokalnych handlarzy, ale od sprzedawców w internecie – poinformował zastępca prokuratora generalnego USA Jeffrey Rosen.
Przedawkowanie opioidów, w szczególności fentanylu, uważanego za 50 razy mocniejszy niż heroina, jest jedną z głównych przyczyn zgonów spowodowanych przedawkowaniem w USA – w 2018 r. było to ok. 70 proc. z 67 tys. przypadków.
Chociaż w ostatnich latach podjęto wiele środków mających ograniczyć uzależnienia od tych substancji, w wielu stanach USA i w Kanadzie podczas pandemii koronawirusa wzrosła liczba przypadków przedawkowania opioidów – relacjonuje AFP.
– Ta operacja wysyła mocny sygnał do przestępców handlujących nielegalnymi substancjami w internecie – przekazał szef komórki Europolu zajmującej się cyberprzestępczością Edvardas Sileris. – Ukryty internet już nie jest ukryty, a twoja anonimowa aktywność nie jest już anonimowa. Organy ścigania są zdeterminowane, by pociągać do odpowiedzialności przestępców niezależnie od tego, gdzie działają, na ulicach czy zza komputerowych ekranów – zadeklarował Sileris.
 
 
TVP.info

Tags

Dopalamy.com


dopalacze sklepy, opinie o sklepach z dopalaczami, sklepy z dopalaczami, dopalacze sklepy internetowe, dopalacze sklep internetowy, dopalacze sklep, gdzie kupić dopalacze, research chemicals, research chemicals shop, research chemicals opinions, research chemicals reviews, buy research chemicals, buy research chemicals online, kopen research chemicals, winkel research chemicals, Meningen research chemicals, beoordelingen research chemicals, kaufen research chemicals, Geschäft research chemicals, Meinungen research chemicals, Bewertungen research chemicals, comprar research chemicals, tienda research chemicals, comentarios research chemicals, opiniones research chemicals, 3-CMC, 4-CMC, 4-CEC, 3-CEC, 4-MMC, 4-EMC, 4-MEC, 3-MMC, 3-MEC, alfa-PVP, alpha-PVP, α-PVP, HEX-EN, NEH, MDPHP, HEP, NEP, MDPEP, alfa-pihp, alpha-pihp, alfa-php, alpha-php, a-PVT, pentedron,

Main

helpful links


Chatbox Clubs Calendar Ranking

Important Links

Most Important Links


News Chat unban Rank Advertisement Hall of Fame

Staff Team

List With Staff Members


×
×
  • Create New...