FORUM.DOPALAMY.COM: I don't like the Dopalacze (but the drugs like me) - FORUM.DOPALAMY.COM

Skocz do zawartości

Strona 1 z 1
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć

I don't like the Dopalacze (but the drugs like me)

#1 Użytkownik jest zalogowany   Niewinny 

  • ~grzesznik~
  • Wyświetl blog
  • Grupa: Administrators
  • Postów: 722
  • Rejestracja: śro, 30 gru 09
  • Opening hours:zamknięte do odwołania %-)

Napisano 08 wrzesień 2010 - 18:24

*
Popularny

Gdy lata temu usłyszałem o mającej powstająć sieci sklepów z „prawie narkotykami”, uznałem je za spełnienie marzeń: będzie można kupować legalnie substancje odurzające, nosić je przy sobie i chodzić uwalonym non-stop. Brzmiało jak bajka. Gdy w końcu otworzyli mi taką placówkę w pobliżu miejsca zamieszkania, to temat już mnie nie interesował. Po mniej więcej dwóch-trzech latach większej fascynacji tą dziedziną wiedzy, przeszło mi. Jakoś tak uznałem, że plusy nie są warte minusów, a poza tym, że moje ulubione używki już raczej niczym mnie nie zaskoczą. Dochodziło do tego obcowanie z kretynami, którzy to sprzedawali, rosyjska ruletka „a co on mi tu dzisiaj dał?” i trudności związane z nabyciem.

Mijam dość często Dopalacze.com, myślałem nie raz, żeby w coś zainwestować, ale jakoś się nie składało. Nabrałem też przeświadczenia, że to jakieś podróbki dla gimnazjalistów, a działanie asortymentu jest bardziej związane z autosugestią niż faktycznymi właściwościami towaru. Pewnego piątku zgadaliśmy się z Mraugorzatą, że może by tak spróbować. Skonsultowałem znawcę, poczytałem fora i wybór padł na Amphibię – zareklamowano mi ją jako bardzo euforyczną i jedną z najbardziej godnych uwagi z katalogu. Osoby mniej zainteresowane tematem mogą nie wiedzieć, że Dopalacze to nie jest żaden dystrybutor substancji psychoaktywnych, tylko kolekcjonerskich tabletek i mieszanek ziołowych. Istny odjazd, któż nie chciałby pozbierać kapsułek po jakieś 20 PLN za sztukę? „Wkleić sobie do klasera” jak fachowo się to określa. Co jest dość zabawne, na opakowaniu napisano że produkt nie nadaje się do spożycia przez ludzi. Gdyby jednak spożycie nastąpiło, natychmiastow skontaktować się z lekarzem! Przynajmniej się można uśmiechnąć.

Godzina 17, wspaniały obiad we dwoje, zobaczmy, co też ciekawego przyniesie Amphibia. Po 30 minutach przyniosła rozmowę. Gdy spojrzałem ponownie na zegarek, to była 23:55. Takiej utraty poczucia czasu nie miałem jeszcze nigdy. Tematy szły w tysiącach, zapomniałem nawet, że czasem lubię iść zapalić. Gdzieś koło 2 poczuliśmy, że impreza się kończy, więc postanowiliśmy spróbować zasnąć, uprzednio weryfikując swe zdanie o towarze z Dopalaczy.com – na pewno nie jest to badziewie oparte na autosugestii.

Koło godziny 6 udało mi się zasnąć na 10 minut. Wcześniej byłem pięć razy w łazience. Koło godziny 7 zmieniliśmy się w odwiedzaniu łazienki, ja już nie miałem tam z czym chodzić. Wtedy też zaczęły się dramatyczne bóle serca, nieco mniej koszmarne bóle nerek, jednak nad wszystkim królował rozkurwiający ból głowy. Jeszcze jakaś mała gorączka, kłopoty z oddychaniem, paranoje myślowe, omamy słuchowe, ale to naprawdę były detale wobec wielkiej trójcy. Nie mogłem nic z tego zrozumieć, z jednej tabletki tyle działań ubocznych? Prawie bez alkoholu? Oboje? Toż przy nielegalnych pigułach, zawierających strychninę, nie było mowy nawet o połowie takich cierpień, człowiek brał, parę piw i szedł spać w okolicach godzin porannych. Potem może nie rozkwitał, ale jednak dało się żyć następnego dnia. Sądziłem, że skoro ludzie to polecają, a sprzedaż idzie na całego, to plusy muszą zdecydowanie przeważać nad minusami.

Poszukałem dokładniej po forach, no i okazało się, że wcale niemało osób po wsadzeniu do klasera produktów z Dopalaczy.com miało dość podobną imprezę do naszej. Bajka jest taka, że ludzie jednak poszukują alternatywnych światów, więc wiele osób uważa, że za te parę godzin niezłej zabawy warto cierpieć. Dla mnie zdecydowanie nie, to już amfetamina zalana dużą ilością alkoholu nie męczyła aż tak. Patrząc na problem ze strony prawodawstwa: nasi ustawodawcy wożą się z Dopalaczami od paru lat. Jednego zakazują, więc znika, ale zaraz trafia do handlu coś nowego. Zanim zakażą nowe, to producenci w międzyczasie zarobią na tym i wymyślą kolejne. Taka wielka zabawa z polskim prawem, którą nierzadko uskutecznia też zwyczajny obywatel, chociaż niekoniecznie w tym temacie. Prawdziwe jajo jednak polega na tym, że to przecież produkty kolekcjonerskie, więc jako takie nie mają żadnych ulotek ani dokładnie podanego składu chemicznego. Nie przeprowadzono też nigdy na nich żadnych badań klinicznych, więc nie wiadomo jakie są efekty długofalowego spożywania przez ludzi. Nie będzie tego nikt robił, bo zaraz ustawodawcy zdelegalizują, no a przecież to nie do jedzenia jest, tylko do wsadzenia w klaser. Jest iście zajebiście, bo podobno niektórzy sprzedawcy nie sprawdzają dowodów osobistych klienteli, tak więc swoją podróż w hiperrzeczywistość może rozpocząć już młodzież gimnazjalna. Przejrzałem parę miejsc, gdzie ludzie wymieniają się wrażeniami. Młodzież jest, młodzież nadużywająca bez sensu jest, diametralnie różnią się reakcje – jedni piszą, że Amphibia bajka i zero zjazdu, inni że prawie umarli i karetkę chcieli wzywać.

Refleksje związane z sytuacją:

- Rządzący mogą się wygłupiać na dziesiątą stronę i kombinować z zakazami, a sprzedający ich wyruchają klaserami, kolekcjami i obrazkami. Kupujących to nie odstraszy, a widzę, że biznes jest niemały, bo w niektórych sklepach nie nadążają z zaopatrzeniem. Rozmowy na forach trwają, zdobywających doświadczenie przybywa. Większość jest zachwycona, chociaż można znaleźć ortodoksów, którzy gardzą legalnymi środkami i preferują klasykę. Dopisuję się do tej listy.

- Gdybyśmy żyli w poważnym kraju, to może udałoby się przeprowadzić debatę na temat, skończyć wygłupy z klaserami i rzetelnie informować ludzi jakie zagrożenia związane są ze zbytnim rozwojem pasji kolekcjonerskich. Takich pytań też nie brakuje (urzekło mnie: czy jeżeli biorę, co cztery dni, to jestem uzależniony?), a odpowiadają na nie ludzie z raczej fragmentaryczną wiedzą medyczną. Powtórzę: nikt nie wie jakie są długofalowe efekty działania tych wynalazków, nie sądzę, by były pozytywne. Nie byłoby źle, gdyby w szkołach w ramach nauki pierwszej pomocy dorzucono tematy związane z przedawkowaniem, zawałem i płukaniem żołądka. Tak, kościół, PiS i poseł Gowin byliby przeciwko, ale młodzież wysłuchałaby z zainteresowaniem, i może pewnego dnia ktoś uratowałby koledze życie dzięki wiedzy wyniesionej z takiej lekcji. Można potępiać przyjmowanie substancji, odurzających ale skoro jakieś 20% młodzieży jest zaprzyjaźnione z tematem, to chyba wypada się tym zainteresować? Potem można się zastanowić dlaczegóż to tyle osób woli wywalić się na orbitę zamiast twardo stąpać po ziemi. W końcu w Nowym Targu zorganizowano mszę przeciwko dopalaczom, taka alternatywa na pewno odciągnie całą klientelę pobliskiego sklepu.

- gdy temat interesował mnie i wielu moich znajomych, to wierzyliśmy, że w końcu skończy się horror tego, że nigdy tak naprawdę nie wiesz co kupisz. Piguły jakie w życiu zjadłem różniły się między sobą niczym Jaegermeister od wódki. Jedne trzymały dwie godziny, inne pięć. Po jednych biegło się tańczyć na parkiet, po drugich patrzyło tępo w lampę, po trzecich biegło szukać miłości życia. Oczywiście nigdy nie było wiadomo, co będzie na rynku, a do tego w jakiej cenie. Wizja końca horroru niewiadomej bardzo nas nęcił. Jeszcze bardziej kwestia sprzedawców – możliwość zaprzestania spotkań z koszmarnymi chamami w dresach na rzecz pracowników jakiegoś sklepu... To brzmiało zbyt pięknie, żeby mogło być prawdziwe. To wyglądało na pełną legalizację.

No, a wyszło gorzej niż na czarnym rynku. Kupując amfetaminę, czy piguły było przynajmniej w zarysie wiadomo, co będzie się działo, każdego pieściło dość podobnie, tak jak i podobne były nastroje następnego poranka. Z dopalaczami diabli wiedzą, to naprawdę dość duży rozrzut, że jeden czuł się fantastycznie i nie zaobserwował w ogóle skutków ubocznych, drugi miał kłopoty ze snem przez kolejny tydzień,a trzeciemu wszystkie mięśnie naciągnęło. Takich jaj nie było ze standardem, przynajmniej ja się nigdy nie załapałem.

- rozwiązanie jest banalne, ale oczywiście u nas nie ma racji bytu. Legalizacja „normalnych” narkotyków. Badania są już zrobione, szkodliwość znana, dawkowanie również. Zapakować, ojebać akcyzą, instrukcją i do aptek. Zwiększą się dochody państwa, zwiększy się bezpieczeństwo użytkowników, automatycznie odpadnie wielki dział przestępczości, skończy się karanie szesnastolatków za jointa. Ostatnio zaczęli się do tego skłaniać w Meksyku, zobaczymy co będzie. Nie wiem, czemu nikt nie wyciąga wniosków z lat "szlachetnego eksperymentu" (czyli prohibicji).

Warto też wspomnieć, że dostępne na receptę są specyfiki, które mają podobny cel działania jak narkotyki - wyciągnąć użytkownika z rzeczywistości, zmniejszyć mu odczuwanie bólu egzystencjalnego, dać przynajmniej trochę „lepszy” świat. Lekarze zapisują je na wyścigi, nierzadko traktując jako idealne rozwiązanie większości problemów. Jasne, nie będzie po tym widział takich fajnych obrazków jak po LSD i nie będzie skakał po parkiecie sześć godzin. Specyfików nielegalnych nie bierze się jednak często (zależy jak to zdefiniować, ale na pewno niecodziennie), a te na receptę owszem. Są to takie wirtualne rozważania, bo tematu u nas nie ma i szybko nie będzie. Delegalizacji dopalaczy raczej też nie, bo w końcu każdy egzemplarz kolekcjonerski jest obłożony VATem, dziś 22%, wkrótce 23%. Pogadają, dla świętego spokoju wpiszą na listę zakazanych jeden (zajmuje to około roku), opowiedzą w TVNie, że walczą o zdrowie młodzieży i na tym się wszystko skończy.

Użytkownicy zaś prowadzą badania na własną rękę, wymieniają się zdobytymi doświadczeniami i na wyścigi wpinają do klaserów kolejne zdobycze. Co jakiś czas ktoś trafia do szpitala, bo okaże się, że ma schorzenie, które słabo komponuje się z tym akurat dopalaczem. Trzeba pamiętać, że to tylko i wyłącznie jego wina - w końcu na pudełku jasno napisano, że produkt nie do spożycia przez ludzi.

Warto jednak wiedzieć, że nasi urzędnicy zajmują się sprawą pod kątem podatkowym (za Wprost 25/2010 http://www.wprost.pl...ciga-dopalacze/ ):

(...) na razie urzędnicy z II Urzędu Skarbowego w Warszawie stosują metodę, która jest równie skuteczna jak strzelanie z procy do czołgu. Do cypryjskich prawników w Nikozji trafia korespondencja po polsku. Listy z warszawskiej skarbówki opatrzone są dopiskiem, że zgodnie z polskim prawem korespondencja urzędowa musi się odbywać w języku polskim. – Dochodzenie należności od spółek na Cyprze odbywa się na zasadach tych samych jak wobec podmiotów zarejestrowanych w Polsce – informuje Mirosław Kucharczyk z Izby Skarbowej w Warszawie.





źródło: http://juriusz.blog.pl/
Dołączona grafika
3

Udostępnij ten temat:


Strona 1 z 1
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć